Wspomnienia Waldemara (A311) Cz.III Kazimierz i Róża

Historię tej rodziny   tak   pięknie i tak wiernie oddanej wraz z   zawartymi   w   niej wątkami  historycznym pisze Waldemar  Galczak (A311).
Wyraził  zgodę  na  umieszczanie  tego  opowiadania tu na forum.
Będziemy dodawać napływające części tej historii.

Wspomnienia Waldemara Galczaka,wnuczka Jana-piekarza z Miłej Waldemar

Cz.III Kazimierz i Róża

Rozdział I – Nowa Rodzina

Zaczynało się drugie ćwierćwiecze XX wieku, gdy dwoje młodych ludzi wyruszyło, we wspólną drogą, przez życie. Połączyła ich prawdziwa miłość. Oboje wyrośli w rodzinach, gdzie Dekalog był najwyższym prawem a nakazem miłość Boga i Ojczyzny, oraz szacunek dla ludzi uczciwych, niezależnie od ich majątku i pochodzenia. Oboje przeszli zahartowani, przez okres zaboru, wojen i ciężkich prób. – On: Wierzy we własne siły i dotychczasowe szczęście. Nie potrzebuje pomocy do realizowania swych projektów.
Wystarczy, jeśli ukochana, wykaże trochę cierpliwości i zgodzi się na pewne, przejściowe ograniczenia. – Ona: Godzi się na wyrzeczenia. Trzeźwo patrzy na świat. Uważa, że „lepszy wróbel w garści niż gołąb na dachu”. Mimo to, popiera jego, entuzjastycznie przedstawiane plany.
Chociaż, nie w pełni i nie zawsze. Mama przyzwyczaiła się do imienia Róża, Nigdy nie słyszałem, żeby przypomniała, że na chrzcie św. otrzymała imię Rozalia. Była Różą – Różyczką.
To imię wpisano. Przez pomyłkę, w mojej metryce. Ojciec, wśród bliskich i przyjaciół, był Kazikiem. Niech takie imiona zostaną we wspomnieniach. Kazik i Róża wybrali tradycyjny, odwieczny model małżeństwa i tworzonej nowej rodziny, zgodnie z nakazami świętej wiary katolickiej: – Mąż zapewnia środki na utrzymanie i inne niezbędne wydatki, na wychowanie i wykształcenie dzieci, oraz bezpieczeństwo rodzinie – Żona, mówiąc górnolotnie, pilnuje „domowego OGNISKA”, dba o nakarmienie, odzianie i zdrowie rodziny, wychowanie dzieci w wierze I tradycji przodków a także, wspiera męża w jego przedsięwzięciach. – Obowiązki obojga: zapewnienie ciągłości pokoleń (u nas, „prorok” pojawiał się, co dwa lata). Szacunku dla rodziców i starszych członków rodziny a jeśli to potrzebne, zapewnienie im opieki. Wspieranie rodzeństwa i krewnych.

Oczywiście, pomoc w wypadkach losowych. – Państwu oddawać, co mu się należy i „patrzeć na ręce” a liczyć tylko na własne siły. Model naszej rodziny, normalny w ówczesnym społeczeństwie, różni się bardzo od dzisiejszego. Gołym okiem to widać. Najbardziej zmieniła się rola żony – matki, kobiety pracującej zawodowo. Czy odpowiadała ona mojej mamie? Przypadkowo usłyszałem kiedyś, jak buntowała ją ciotka Ada, osoba „światowa”: – Kurę domową z ciebie zrobił! Pieluchami świat ci zasłonił! Co ty masz z takiego życia? – Dzieci to moje szczęście i mój świat! – Zakończyła dyskusje mama i nie przerywała kuchennych czynności. Tacy byli moi rodzice na starcie i tacy zostali u kresu swej drogi, tylko, jako obiekt ich miłości doszły jeszcze wnuki. Wielodzietna rodzina, to była duma i Łaska Boska.
Byłem u babci, na Łęgskiej, gdy zawiadomiono nas, że mam nowego braciszka, Jureczka. – Ciesz się! Teraz jest was trzech! Już dacie sobie radę w życiu, jeśli będziecie trzymać razem. Modliłam się, żeby to był chłopiec. – Tłumaczyła mi babcia. Wnuki były jej największą radością u schyłku życia.
Jak wyglądała sytuacja materialna młodej pary? – Róża dostała w posagu, jako cześć przysługującego jej majątku rodzinnego, z parcelowanego folwarku Ostrowicko, „resztówkę” o dziewiętnastu hektarach słabych, wyjałowionych gruntów i łąki nad jeziorem.
Pokaźna kwota w wekslach chłopskich, żyrowanych i wykupionych przez jej ojca, do ewentualnej egzekucji, to była jak posiadłość na księżycu. – Kazik miał własny, niewielki kapitał i firmę handlową, przynoszącą, jak dotąd dochód, wystarczający na utrzymanie rodziny na nieco wyższym, od średniego, poziomie. Wchodząc do rodziny żony, nie wypowiadał się, w sprawie posagu, czy podziału majątku. Honorowo udowadniał, że żeni się z miłości a nie dla posagu. Urodziłem się w naszym, świeżo wyremontowanym przez ojca i umeblowanym przez rodziców, mieszkanku, we Włocławku, przy ulicy Milej 17. Były to dwa pokoiki, kuchnia i przedpokój, w części, parterowej oficyny, zajmowanej przez piekarnie dziadka. Zanim zacznę „widzieć”, trzeba trochę poczekać.
Mój osobisty film, reżysera „Życie” zapisywany gdzieś w mózgu, zaczyna się od oderwanych epizodów, gdzieś około trzeciego roku życia. Ciekawe, że nie zapisuje się, od początku, jako tako, logicznego, rozumowania dziecka. Na przykład: Mama opowiadała, że gdy jeździła ze mną do Torunia, odwiedzić ojca, powołanego na ćwiczenia, zabawiałem towarzystwo, odpowiedziami, trzyletniego brzdąca, na zadawane pytania. Innym razem, miałem przybiec przerażony do mamy, która już zdążyła mnie uświadomić, jak niebezpieczną może być dla dziecka woda, wołając: – Byłbym się utopił! – Okazało się, że wrzuciłem do naszego stawku w Ostrowitku, spory kamień i woda chlapnęła mi na buzię.
Mimo poszukiwań, nie mogę wydobyć z pamięci tych, czy innych wcześniejszych zdarzeń.
W Indiach poznałem lamów, z otoczenia Dalajlamy. Twierdzili, że w formującym się mózgu dziecka, istnieją jeszcze, nieskasowane zapisy, z poprzedniego wcielenia. Szkoda, że nikt nie przeprowadzał ze mną, sprawdzających tą teorie, testów. Może moje wspomnienia byłyby obszerniejsze. Na razie, muszę korzystać z tego, co słyszałem i uzupełniać tym, co widziałem później. Dom przy ulicy Miłej 17, rozdzielała, na dwie równe części, brama z przejazdem, na podwórze pod budynkiem.
Po prawej stronię, od bramy, był sklep i magazyn piekarni, po lewej, mieszkanie ciotek: Władzi, Felci i Hani. Dziadkowie, Jan i jego brat Wojciech mieli swój pokoik na piętrze nad sklepem. Właściwie, razem z naszym, było to jedno wspólne mieszkanie. Byliśmy jedna zgodna, kochająca się rodzina.
Moja mama, nowa bratowa, synowa czy bratanica, została przyjęta całym sercem i wrosła w nią bardzo prędko. Na początku małżeństwa, miało miejsce pierwsze poważne ustępstwo mamy, na rzecz wielkich projektów perspektywicznych ojca. Mama była przeciwna inwestowaniu na otrzymanej działce w Ostrowitku. Namawiała do jej sprzedaży i kupna, oferowanego w tym czasie, domu dwurodzinnego, w sąsiedztwie kupionego przez dziadków. Był to nowoczesny budynek piętrowy, na rogu ulicy Łęgskiej i drugiej, prowadzącej do Wisły. Mieszkania posiadały łazienki i toalety.
Ta część miasta miała już doprowadzona wodę z wodociągów i była skanalizowana.
Przy domu był ogrodzony i zadbany ogródek. Miał jedną wadę. Trzeba było zainwestować, prawie wszystkie wolne środki ojca i jeszcze zaciągnąć pożyczkę od dziadków. Wprawdzie, babcia Franciszka była skłonna wejść do spółki i wprowadzić się razem z nami. – Różyczko kochana, pieniądze muszą pracować. Tak do niczego nie dojdziemy. Mieszkanko na Miłej, to tylko na krótko.
Niedługo będziesz mieszkała w pałacu. – Przekonywał ojciec. Obietnica nie była gołosłowna. Ojciec poznał przyjaciela rodziny Stachurskich, Żyda, Moryca Ciuka, handlującego nieruchomościami na duża skalę. Wytrawnemu finansiście, podobał się, jako człowiek interesu, niebojący się podjęcia, dopuszczalnego ryzyka. Pan Moryc pertraktował właśnie, zakup dużego folwarku Gosławice,
na Kujawach, niedaleko Aleksandrowa. Do folwarku należał młyn mechaniczny. Ojciec reflektował na jego dzierżawę. Na piętrze pałacu, wybudowanego, po powstaniu styczniowym, przez rosyjskiego generała, mieliśmy zamieszkać. Mama podobno nawet sobie popłakała. Wolałaby mieszkać wygodnie w mieście, obok swych rodziców. Myślała nie o wygodach dla siebie, ale dla dzieci.
Może też o swym zawodzie pielęgniarki i chęci zdobywania w nim, wyższych kwalifikacji. Ustąpiła. Na Miłej, wodę trzeba było wyciągać z cembrowanej studni, kubłem, uwiązanym do nakręcanego, na drewniany wałek, łańcucha. Brudną, wylewało się „na pole” lub do rynsztoka.
Do dyspozycji, była wspólna, dwukomorowa „wygódka”, ukryta za krzewami dzikiego bzu i jaśminów, na skraju działki. Niewielkie podwórko, o nieutwardzonej nawierzchni, było regularnie rozjeżdżane wozami, dowożącymi mąkę do piekarni, czy „płody rolne” do magazynu firmy ojca. Jak to jednak, nigdy, z góry, nie wiadomo, co jest lepszym wyborem? W czasie okupacji Niemcy, natychmiast po wkroczeniu do Włocławka, zajęli ten dom marzeń mamy a właścicieli przekwaterowali do obozu.
Może włączyła się Opatrzność Boska Piekarnia dziadka Jana, była jedna z mniejszych, w dzielnicy Kokoszka. Produkcja pieczywa, odbywała się ręcznie, jak od wieków.
Była to ciężka praca fizyczna. Piec o jednej, nie wielkiej komorze, opalanej drewnem, limitował wielkość produkcji a tym samym, możliwego do uzyskania dochodu. Dziadek-stryjek Wojciech z czeladnikiem i chłopcem, terminatorem, to była załoga piekarni. Próbowano wprowadzić pracę dwuzmianową. Okazało się nieopłacalnym. Dziadek Jan, po wypadku i uszkodzeniu kręgosłupa, mógł tylko nadzorować prawidłowość procesu i dbać o wysoką, jakość pieczywa. Było rozchwytywane. Ciotki, Władzia lub Fela, sprzedawały je od szóstej rano, w ciągu dwóch lub trzech godzin. Fela, zaopatrzeniowiec i księgowa, musiała nie mało łamać głowę, aby „wiązać koniec z końcem” a Władzia, żeby oszczędnie i zdrowo nakarmić rodzinę. Piekarnia dawała tylko skromny dochód. Niewiele przynosiło nieregularnie wpłacane komorne z dwóch jedno- i dwóch dwuizbowych mieszkanek, na piętrze domu frontowego,
oraz niewielkiego w wolno stojącym domku w podwórzu. Były to kwoty kilku złotowe. Panowała ogólna, po wojenna bieda i bezrobocie a zarobki, szczególnie pracowników fizycznych były niskie.
Dziadek miał komplet lokatorów. Później poznałem ich bliżej. Gospodarz i lokatorzy, to była pewnego rodzaju, wspólnota interesów, rozumiejąca się i wspierająca na wzajem. Dziadek nie robił problemu, jeśli któryś zalegał z komornym. Lokatorzy spłacali skrupulatnie, gdy tylko mieli, z czego. Bez przypominania, dbali o swe mieszkanka i czystość posesji. Dziadek zawsze korzystał z usług „swoich”, gdy trzeba było zlecić jakąś pracę a oni, chę6nie odrabiali w ten sposób, zaległości.
Pozwolę sobie już tu ich przedstawić. Prawie wszyscy dotrwali z nami do wojny. Na piętrze, domu frontowego, pokój z kuchnią zajmowała rodzina murarza Lewandowskiego, z czwórka dzieci. Dwie córki i dwaj synowie. Najmłodszy Władek był moim rówieśnikiem. W późniejszych latach, przybyło jeszcze dwoje dzieci. Płacili jak była robota. Gdy nie było, kleili torebki dla sklepików, lub ojciec ze starszym synem chodzili na ryby. Murarz, jak inni, tego fachu, lubił sobie wypić, ale zawsze w miarę.
Drugie, podobne mieszkanko, wynajmował kolejarz Termanowski z żoną, typową Mazurką, która zamiast „sz” wymawiała „s”. Mieli dwie córki, Władzię i o rok starsza ode mnie, Niusię.
Była to sprytna dziewczynka. Opowiadała mi mama, że potrafiła mnie zawsze nabrać. To wmówiła mi, że lepsze jest kolorowe szkiełko od mojej zabawki, to udawała, że przejdzie przez kałuże a ja zaraz udowadniałem, że też to potrafię. Termanowscy płacili regularnie a po wyprowadzeniu się z „domku”, w podwórku, policjanta Piaseckiego, tam się przenieśli. Po nich, na piętrze, wprowadził się, też wypłacalny robotnik fabryki fajansu, Grzanka z żoną. Na piętrze, zostały dwa Jednoizbowe „lokale”,
każdy wyposażony w pieco-kuchnię. Jeden zajmował handlujący dewocjonaliami, ziołami leczniczymi i pijawkami, domokrążca Osowski z żoną i dwoma synami. Starszego, Staśka, nie miałem możliwości poznać, bo „skumał się” z bandą złodziei i zginął młodo w bójce. Młodszy Kaziok był o pięć lat starszy ode mnie. On mnie później, wprowadzał w tajniki gołębiarskiego fachu. Był chrześniakiem dziadka-stryjka Wojciecha. Niestety, poszedł w ślady brata, mimo, że rodzice byli bardzo uczciwi i pracowici a komorne odpracowywali sprzątaniem piekarni, czy zamiataniem ulicy i podwórka.
Do drugiego, po opuszczeniu przez Grzonków. Wprowadził się, z żoną, garbaty Niemiec z pochodzenia, piszący się z polska: Feter. Właściwie „pisany”, bo sam podpisywał się trzema krzyżykami.
Zarabiał tłukąc kamienie na odpowiednia frakcję, wymagana do naprawy okolicznych szos szutrowych. Hodował fretkę. Przy jej pomocy łowił, w przydrożnych lasach, króliki. Gdy dorosłem do posiadania własnego roweru, odwiedzałem go na trasie i pomagałem w tych łowach. Najpewniejszą pozycją, wpływu z posesji, było komorne za nasze mieszkanko i dzierżawę części działki, od strony ulicy Zimnej. Co miesiąc, pod nadzorem dziadka Jana, odbywał się taki ceremoniał: Ciotka Fela sporządzała listę płac „kierownictwa” piekarni. Czeladnik i terminator dostawali tygodniówkę. Dziadek Wojciech, i ciotki odbierały i kwitowały otrzymanie wynagrodzenia. Fela wyliczała i przedstawiała dziadkowi, wysokość kwoty zwrotu dla mego ojca, z tytułu, współwłasności zajmowanych powierzchni.
Wszyscy się rozchodzili i w tajemnicy przed dziadkiem, Władzia i dziadek Wojciech, wkładali otrzymane pieniądze, do obszernej kieszeni fartucha Feli a mój ojciec kwitował i nigdy nie odbierał tych kilkunastu złotych. Ciocia Hanka, od ukończenia Kursu Wychowania Fizycznego w Warszawie w 1924 roku, poświęcała wszystkie siły pracy zawodowej, jako instruktorka i nauczycielka wychowania fizycznego w kilku szkołach włocławskich. Była, ponad to, organizatorką i instruktorką harcerstwa.
Pracuje do granic wytrzymałości młodego organizmu. Jest, jak to się mówiło, „po słowie”, ze swym rówieśnikiem i sąsiadem, Zenonem Michalskim. Zenek jest studentem Wyższej Szkoły Handlu Zagranicznego we Lwowie. Czeka go, kilka lat studiów i praktyk zagranicznych, przy jedynie, skromnym wsparciu z domu. Ojciec Zenka był maszynistą kolejowym, o wysokich kwalifikacjach, ze stosunkowo dobrym wynagrodzeniem. Uczyły się, z zamiarem studiowania, dwie młodsze córki.
Kształcenie trójki dzieci, to ponad możliwości maszynisty. Młodzi musieli liczyć na własne siły. Hanka chciała zarobić i odłożyć na przyszłe, wspólne gospodarstwo. Podejrzewam, że też wspierała finansowo, swego narzeczonego –studenta. Mamę boleśnie dotknęła nagła śmierć, w roku 1926, zaledwie 47 letniej, siostry Józefy Czyżewskiej. Starsza siostra opiekowała się nią jak matka, przez blisko dwanaście lat. Przeżyły wspólnie wiele trudnych i groźnych chwil. Jej sile, zaradności a wreszcie odwadze, zawdzięczały szczęśliwy powrót z kraju bezprawia. Wspólne marzenia o wolnej, sprawiedliwej Polsce, o życiu blisko rodziców i rodzeństwa w kraju ojczystym, pozwoliły przetrwać. Teraz moja mama, wspólnie z babcia Franciszką przejęły opiekę, nad osieroconymi, Irena i Marianem. Byli moim starszym rodzeństwem.
W styczniu 1927 roku, dołączyła do nas, moja siostra Alinka. W naszym mieszkanku było nas już czworo. Do rodziny należała jeszcze suka Prima. Muszę koniecznie o niej opowiedzieć, bo to szczególny przypadek, przywiązania półdzikiego zwierzęcia. Rodzice dostali, na prezent ślubny, od przyjaciela ojca, oficera, służącego gdzieś na wschodniej granicy, rocznego szczeniaka, pół wilczycę. Prima poczuła się, jako pełnoprawny członek stada. Rodzice to była „para alfa” a Alinka i ja, to jej młodsze rodzeństwo, którym się pieczołowicie opiekowała. Kiedyś mama zostawiła mnie, nakarmionego i śpiącego w beciku a obok łóżeczka, leżącą Primę i wybrali się z tatą na jakieś gościnne występy teatru, który przyjechał do miasta. Ciocia Władzia zajrzała, zobaczyć czy się obudziłem a tu wilcze kły i groźny pomruk bronią dostępu do dziecka. Prima nie szczekała, ale jej gardłowy charkot i obnażone zęby wystarczały, by trzymać się z daleka. Nie pomogły prośby, groźby ani próby przekupstwa.
Ja wrzeszczałem, żeby mi zmieniono pieluchy. Zbiegli się wszyscy domownicy.
To jeszcze bardziej niepokoiło Primę. Gotowa była walczyć. Trzeba było posyłać do teatru, wywoływać z widowni rodziców i dopiero po ich przybyciu suka opuściła posterunek. Ojciec prowadził swój hurtowy handel płodami rolnymi. Głównymi klientami były garnizony wojskowe. Magazyn od strony ulicy Zimnej, był wykorzystany od piwnic po dach. Stolarnia też miała pełne zatrudnienie. Młody zapaleniec,
wbrew ostrzeżeniom, na dziewiętnastu hektarach, wyłączonych z parcelacji, jako posag mamy, wybudował, własnym kosztem, wygodny dom i zabudowania według wzorów zebranych przez dziadka Ludwika. Zakupił, lub dostał od dziadka niezbędny sprzęt, dwie krowy, dwa konie.
Chciał udowodnić, że racjonalna gospodarka na słabych glebach, też może przynosić dochód. Miała być wzorem, do naśladowania, dla okolicznych chłopskich gospodarstw.. W planach było również, popierane przez dziadka Jana utworzenie „mini kombinatu” żywnościowego: gospodarstwo – młyn – piekarnia, pod hasłem: „Od pola – do stołu”. Zdawało mu się, że zrealizuje jednocześnie marzenia teścia i ojca.
Pewien niespodziewany epizod, z tego wczesnego okresu małżeństwa rodziców, mógł radykalnie zmienić nasze przyszłe losy. Ojciec wrócił ze spotkania w Warszawie, z kolegami z wojska, z dawnej, grupy ochrony polskiej delegacji, na pertraktacjach pokojowych w Rydze. Wielu z nich służyło w ochronie polskich placówek dyplomatycznych, czy w attachatach wojskowych za granicą. Serdeczny przyjaciel ojca, zajmował odpowiedzialne stanowisko w ambasadzie polskiej w Argentynie.
Miał propozycję nie do odrzucenia: Ma doskonale kontakty. Pomoże w korzystnym ustawieniu się, z perspektywą „krociowych” zysków z handlu, lub hodowli. Argentyna to kraj wielkich możliwości dla ludzi odważnych i przedsiębiorczych. Ojciec wrócił z gotowymi planami. – Różyczko! Mamy okazję, jaka się zdarza raz w życiu, nie możemy jej nie wykorzystać! – wołał od progu. Ze swych dotychczasowych planów nie rezygnuje, tylko je odkłada na kilka lat. Gospodarstwo w Ostrowiku wydzierżawi.
Rozmawiał już wstępnie w biurze Moryca Ciuka w Warszawie. Swej firmy nie likwiduje, zostawia, jako kierownika swego dotychczasowego pomocnika, mamie przekaże niezbędne pełnomocnictwa.
Będzie miała doradcę, finansistę i buchaltera, kolegę ojca ze szkoły handlowej, Fryderyka Schendla. To Niemiec, ale ma do niego pełne zaufanie. Wyjedzie na razie sam. Pół roku wystarczy, żeby tam się urządzić. Wtedy przyjedzie po nas lub wróci na stałe, gdyby pomysł nie wypalił. – Trzeba korzystać,
gdy fortuna sama pcha się w ręce! – A tu, stanowcza kontra ze strony mamy. – Nigdzie nie pojadę! Dosyć mam życia wśród obcych. Jeśli pojedziesz, to możesz nie wracać! – Nie ma, o czym mówić, kropka.
Tak skończyło się marzenie ojca o wielkim świecie i wielkiej fortunie. Bardzo lubił śpiewać sobie tanga argentyńskie przy goleniu. Ja, gdy dowiedziałem się o tej historii, też czasem, wyobrażałem sobie, w marzeniach, jak, jako gaucho, galopuję gdzieś po argentyńskiej Pampie. W roku 1928, odbył się ślub i skromne wesele ciotki Hanki i wujka Zenka, jeszcze studenta. Byłem podobno na weselnym przyjęciu, na kolanach mamy i dziadka Jana, gdy była porywana do tańca. Nie zarejestrowałem, w pamięci, tego wydarzenia. W styczniu 1929 roku, urodziła się moja druga siostra Dziunia. Tu mi się nareszcie oczy otworzyły szeroko. Straciliśmy, z tatą, chwiejną równowagę, na korzyść żeńskiej części rodziny.
Moim drugim domem było mieszkanie dziadków na Łęgskiej. Mama chętnie oddawała mnie tam pod opiekę babci. Sama miała sporo zajęcia z córeczkami. Bała się, żebym na naszym ciasnym podwórku, nie podlazł pod koła wozu, jakie co dziennie przejeżdżały od Miłej do Zimnej. Posesja, której połowę nabyli dziadkowie, składała się z dwupiętrowej, dziwiętnastowiecznej kamienicy, piętrowej oficyny i długiego placu, aż do skwerku nad Wisłą, zakończonego gęstymi krzewami bzów i jaśminów. Była tu altanka, wykorzystywana przez żydowskich lokatorów w czasie ich święta „Kuczek”. Było to doskonałe miejsce zabaw, dla dzieci, których tu nie brakowało. Bawiliśmy się wspólnie. Różnica wyznań, nikomu nie przeszkadzała. Dziadkowie mieszkali w kamienicy. Zajmowali część mieszkania na pierwszym piętrze, od strony ulicy. Pozostałą część, od strony podwórza, zajmowała żydowska rodzina, właścicieli drugiej polowy posesji. Kuchnia dziadków, była tak duża jak nasze dwa pokoiki na Miłej a przylegający do niej pokój jeszcze większy. Swobodnie zmieściłoby się w nim cała moje obecne M-3. Z klatki schodowej, wchodziło się do kuchni dziadków. Drzwi obok prowadziły do mieszkania współwłaścicieli.
Bardzo mi się podobały dzwonki do drzwi. Na zewnątrz było pokrętło a wewnątrz dzwonek taki jak przy rowerze. Musieli mnie podnosić. Lubiłem dzwonić w umówiony z babcią sposób.
Z dziadkiem Ludwikiem chodziliśmy na spacery nad Wisłę. Dziadek miał swoja ulubiona ławeczkę, spotykał się ze swymi znajomymi, a na rzece działo się tyle ciekawego. Zima, z Marianem, zjeżdżaliśmy na sankach, na pochyłości podwórka, od Łęgskiej, aż do zarośli, za którymi, był już parkan i skwerek przy bulwarach. Babcia miała dla mnie zawsze jakieś smakołyki. Lubiłem zostawać u dziadków. Znalazło się dwóch weteranów wojny tureckiej. Odwiedzali dziadka i grali wieczorami w „zechcyka”, częstowali się tabaką, wspominali dawne czasy „za ruska” i popijali po kieliszeczku nalewki, dokąd babcie nie zarządziła: – Koniec dyskusji, bo dziecko musi iść spać. Spałem razem z Marianem a on zawsze opowiadał mi bajki i ciekawe historyjki, przed snem. Wiosna, 1929 roku wyjechaliśmy na kolejny, letni pobyt, do naszego gospodarstwa w Ostrowitku. Ciocia Hanka urodziła córeczkę Basię.
Wujek Zenek odbywał ostatnią praktykę zagraniczna, wydaje mi się w Hamburgu.
Ciocia opowiadała mi, że nie chciała rezygnować z pracy, aż do jego powrotu i zdobycia stałej posady. Małą Basią zajmowała się troskliwie ciocia Władzia a służąca, przywoziła ją, w różne miejsca aktualnej pracy cioci, do karmienia.

Rozdział II -NASZE OSTROWITKO

Lato i jesień w Ostrowitku, w roku 1929, to ten okres w mym życiu, kiedy zaczyna się, rejestrować w pamięci, coraz więcej z otaczającego świata. Chłonąłem jak gąbka wiadomości i nieudolnie,
próbowałem samodzielnie rozumować. Dostać się do tamtych zapisów, jest tym trudniej, im więcej czasu je oddziela. Pozostają jak żywe, niektóre tylko fragmenty „filmu”, jak wyspy wśród mgły zapomnienia.
Inne dawne obrazy przysłaniają późniejsze. Wybaczcie, że chronologia zdarzeń może być zakłócona. – Przysłowie hinduskie: Kiedy, jeden mówi „słyszałem”, drugi „widziałem”, to uwierz temu drugiemu! Obydwa stwierdzenia mogą być mylącymi. „Usłyszane”, może zawierać przypadkowe, lub celowe zafałszowanie prawdy a „widziane”, zależy od warunków obserwatora. Jeden z przyjaciół opowiadał,
że gdy leżał zmaltretowany przy butach bandytów w mundurach, widział ich z perspektywy myszy i taki „ogląd” rzeczywistości, tkwił w nim, dokąd nie wydostał się z łap zbrodniarzy. Dzięki Opiece Boskiej,
nie doświadczyłem takiej „perspektywy”. To, co widziałem, jako dziecko, czy dorastający chłopiec, wspominam z perspektywy ośmiu dziesięcioleci! Czas zrobił swoje. Nie mogę uniknąć dodawania, nasuwających się, skojarzeń i komentarzy. To jest przywilej starości.
To powoduje, że może się wydawać, jak gdybym, jako dziecko, był „małym mądralą”, z głową „globusikiem”. Zapewniam, że byłem zwykłym przeciętniakiem i to ku zmartwieniu mego ojca. Niestety tak zostało. Co z Ostrowitkiem? Efekty finansowe gospodarstwa, nie pokrywały wydatków, nie mówiąc o zwrocie zainwestowanego kapitału. Ojciec uwzględniał te straty, w swych kalkulacjach i wieloletnich planach. – Nie od razu Kraków zbudowano! Mamy zdrowe letnisko dla dzieci i dla nas.. – Ujemne saldo przedsięwzięcia, to są koszty pracy najemnej, które nie występują w chłopskich gospodarstwach rodzinnych, Jeszcze kilka lat i będę, mimo nich, miał dochód.
Eksperyment uważam, za udany. – Przekonywał ojciec krytyków. Udowadniał, swym, uczonym w rolniczym fachu, szwagrom, że tak wynika, „czarno na białym” na podstawie prowadzonej księgowości. Wydatki, związane z wesołym życiem towarzyskim, nie mogły tu być brane pod uwagę .
Dom jest zawsze pełen gości. W okresie polowań na kaczki i zające, chętnie goszczą zaprzyjaźnieni myśliwi. . Jedna wesoła, podlewana alkoholem impreza, skończyła się tragicznie. Młody oficer z Włocławka, niedoświadczony myśliwy, władował sobie cały ładunek śrutu w brzuch, gdy wyciągał dubeltówkę z łodzi. Mimo natychmiastowej pomocy mamy i szybkiego przewiezienia do szpitala, nie udało się go uratować. Ojciec chciał upiec trzy pieczenie na jednym ogniu.
Gospodarstwo miało być: – Letniskiem dla rodziny, czyli wymyślonymi, dopiero pięćdziesiąt lat później, „wczasami pod gruszą”. – Początkowym ogniwem, łańcucha produkcyjnego, zdrowej żywności. – Przykładem prawidłowej gospodarki. Każdy mógł przychodzić po potrzebne informacje.
Oglądać rozwiązania chlewni, obory, czy stajni. Były do wypożyczenia czasopisma i książki rolnicze.
Ojciec propagował zadrzewianie i zalesianie nieużytków. . Część dydaktyczna, oparta na samokształceniu społeczności wiejskiej, jak przewidywali, wychowani na wsi szwagrowie, „spaliła na panewce”. Może było jeszcze za wcześnie. Zainteresowania była mizerne. Większym cieszył się „monopol”. A część gospodarcza? Wydawałoby się prawidłowe są założenia i realizacja.
Płodozmiany, gleba prawidłowo uprawiana i nawożona, zgodnie z wytycznymi instruktorów rolnictwa, dawała dobre plony i rokowania. Zbyt produkcji zapewniała hurtownia Kazika.
Mimo to i ten projekt nie wypalił. Zawiódł „czynnik ludzki”. Ciągłe drobne kradzieże, zgodnie z chłopskim powiedzeniem: „jak obrodzi to ma pan i złodziej”. Wchodzenie, niby przypadkowe, krowy w szkodę, były jeszcze do wytrzymania. Najgorsze było jednak, złośliwe niszczenie upraw. Ktoś je niszczył sam, lub buntował chłopów, przeciwko obcemu z miasta, który chce ich uczyć, jak gospodarować.
Ma przy tym w ręku weksle. Chłopska przebiegłość podpowiadała: – lepiej go się pozbyć. Ojciec domyślał się, że jest to robota sąsiada, spekulanta. Kupił dwór wraz z parkiem, sadem i kawałkiem gruntu dla dostępu do jeziora. Miał niby, według złożonych oświadczeń, zakładać nad jeziorem, ośrodek wypoczynkowy. Dwór wysoko ubezpieczył, jako zabytek drewnianej architektury dworskiej.
Nieszczęście! – Dwór spłonął. Dziwny przypadek, bo wszyscy mieszkańcy byli na odpuście, w odległej parafii. Właściciel zainkasował ładne odszkodowanie, z jak to się wtedy mówiło, „fajerkasy”.
Następnie, wycinał regularnie, stuletnie lipy, z alei prowadzącej z dworu do jeziora.
Były wspomnieniem borów, które przed wiekami wycięto i spławiano rzeką Mień do Wisły i dalej na krzyżackie budowle. Zmieniono wtedy mikroklimat i stosunki wodne. Wysychała rzeka i jeziora.
Teraz kończył dzieło rodzimy barbarzyńca dwudziestego wieku. Drewno lipowe miało dobra cenę.
Ojciec bezskutecznie interweniował. Dochodzenia umarzano. Postanowił zakończyć tą walkę z wiatrakami, na próżno wyczekując ochrony i pomocy władz. Minęło czterdzieści lat budowania socjalizmu pięć, czy sześć likwidacji, jego pozostałości.. Wybrałem się z mym bratem Witkiem, zobaczyć tamte, niewidziane od sześćdziesięciu lat miejsca.
Powinienem być uodporniony na, tego rodzaju spotkania i porównania, „dzisiejszego” z „dawnym”. Przechowywałem w pamięci słonecznego dzieciństwa, obraz, okolicy pełnej życia i krzątających się ludzi. Uprawne pola. Zagrody otoczone zielenią. Co widzę? Jak okiem sięgnąć, martwa pustka. – Nie mogłem oprzeć się wrażeniu przykrości, uczucia, jakiejś osobistej, logicznie niewytłumaczalnej, straty.
Wiatr hula po„nieużytkach”, tak licznych, w dzisiejszych czasach. Przegania zeschnięte badyle i wznosi kurz wysuszonej na popiół ziemi. Jezioro też się skurczyło i zamiera. Nikt nie pasie gęsi, na zielonej, pełnej kwiatków łące. Nie ma łąki. Nikt nie „pławi” koni w jeziorze i nie poi krów, wracających z pastwisk. Niema pastwisk a krowy pewnie pozdychałyby, od takiej wody. Ani śladu łodzi rybackich, przewożących na drugą stronę, bo i kogo? Jak tu ani chałupy, ani drogi? Można długo wyliczać.
Było, minęło. Ślady rozwiał wiatr. Chciałoby się wołać: Ziemio! Matko!– Twoje dzieci puściły cię w łachmanach na żebry! Takiej degradacji środowiska, jak obecnie, ten „płachetek” polskiej ziemi nie przeżywał. Przecież wujowie twierdzili a ojciec udowodnił, że trzeba tu włożyć systematyczną, ciężką pracę i ta ziemia będzie dawała coraz lepsze plony a praca na niej będzie coraz lżejszą.
Ile było takich spotkań, z gruzami dawnej kultury, na przestrzeni wieków, na naszych ziemiach? Ilu młodych entuzjastów broniło ich z narażeniem zdrowia i życia, lub zaczynało budować, na zgliszczach, od nowa. Walczyła też ziemia. Starała się zabliźnić rany. Czyżby i ona dała za wygraną i czeka na zlitowanie, na mądrzejsze czasy. Niedługo zakończę wspomnienia życia dziadków. Zaczynam, przeżywana wspólnie historię rodziców. Marzenia, plany i co z tego zostaje, trwałego. Po wizycie w obecnym Ostrowitku i w Gosławicach, które jak wyglądały dawniej, spróbuję może jeszcze opisać, widzę systemem zwrotnych powiązań, w jeden, odwieczny ciąg, przyczyn i skutków: Jednostka – rodzina – naród – państwo… Ciąg można dalej wydłużać. Wystarczy, skończmy na państwie, które tak jak człowiek, rodzi się, rośnie, dojrzewa zdrowe, lub chorowite i ginie pożarte przez silniejszych, czasem umiera naturalną śmiercią.
Trwa to tylko tysiąckrotnie dłużej, od człowieczego życia. Historia Ostrowicka, to „w skali mikro”, historia regionu i państwa. Przyjrzyjmy się fragmentowi dziejów: Folwark Ostrowitko, z dziewiętnastowiecznym, zabytkowym dworem, leżał nad jeziorem Ostrowite, po jego zachodniej stronie.
Po stronie północnej, kościół parafialny, oraz znacznie większy i lepiej zagospodarowany folwark tej samej nazwy, co jezioro. Nazwy stare, słowiańskie, na co wskazuje ich rdzeń: „-wit”. Były tu kiedyś wielkie lasy liściaste. Kilka kilometrów dalej, wśród miododajnych lip, gródek obronny Lipno, nad spławną, niegdyś rzeką Mień, płynącą od wzgórz morenowych do Wisły. Gródek przez wieki strzegł granicy Mazowsza i Ziemi Dobrzyńskiej, przed Prusami, Jaćwingami, czy Litwinami. Podgrodzia ludne, korzysta z wymiany towarów miedzy rolniczymi Kujawami i lesistym Mazowszem i dalszym Wschodem, bo tedy prowadzi ruchliwy trakt do przeprawy przez Wisłę, gdzie braciszkowie, z zakonu Cystersów, prowadzą szpital i dają nocleg, spóźnionym podróżnym. Przeprawa prowadzi do Włocławia, grodu doskonale usytuowanego u ujścia do Wisły, spławnej Zgłowiączki. To bogaty gród, zapisywany w dawnych dokumentach, z przymiotnikiem „senis” (stary). Jeden, z czterech największych, na ziemiach Bolesława Chrobrego, do których należały jeszcze tylko Poznań, Gniezno i Giecz. Na wojnę z Niemcami dostarczył Chrobremu 800 pancernych i 2000 tarczowników. Zgłowiączka płynęły do Kruszwicy wojska ruskiego Jarosława, z pomocą Kazimierzowi Odnowicielowi przeciwko buntownikom.
Początek był dobry, szanse rozwoju gospodarczego obiecujące. W tych czasach, Berlin był jeszcze niewielką osadą nad Sprewą, na pograniczu dwóch księstw, słowiańskich Lutyków. Od Niemiec i „Starej Marchii” (Altmark’u), oddziela ich Łaba. Niemcy wielokrotnie napadają na wschodnich sąsiadów i są wypierani. J Jest rok 1134. Hrabia z Ballenstadtu, przebiegły Albrecht, zwany „Niedźwiedziem”, podstępem wchodzi w posiadanie księstwa, zmarłego „nagle”, Przybysława z Brańboru.
Jest jeszcze słaby, Z łatwością wypędza go, prawowity sukcesor, książę Jaksa z Kopanicy.
Niedźwiedź zabiega o posiłki. 0trzymuje je z łatwością . Na próżno Jaksa wyczekuje pomocy pobratymców z za Odry. Król Bolesław Krzywousty był w roku 1135 w Merseburgu u cesarza Lothara. Załatwiał sprawy zhołdowanego Pomorza Zachodniego. Nie interesuje go los Jaksy, nie potrafi przewidzieć, że tu wykluwa się smok, który nie tylko zniszczy jego osiągnięcia, ale będzie przekleństwem milionów. Tak się zaczęło. Bolesław umiera. Synowie biorą się za łby i topią kraj w bratobójczych wojnach. Ginie księstwo Jaksy. Powstaje Marchia Brandenburska.
Tuczy, pożera kolejno zachodnich Słowian i rozrasta się w kierunku Prus. Dostaje je „jak na tacy” od, wykarmionych polska piersią, Krzyżaków. Przywłaszcza sobie nawet nazwę podbitego narodu. Trzeba przyznać, że zdobywane ziemie, są umacniane gospodarczo a ludność trzymana w żelaznej dyscyplinie. To był trwały fundament ich władzy. Mijały wieki. Przechodziły „burze” i „nawałnice”.
Kto chce, niech prześledzi dzieje. Niech porównuje warunki, sytuacje i wyciąga wnioski.
Dlaczego nie potrafiliśmy ani zdobytego, ani swego utrzymać? Czy to tylko złośliwość losu, do tego, pazerność i zawsze przeważająca siła wrogów, nie unikających oszustwa i zbrodni? są powodem? – Nie! To chorowite państwo. Brak poparcia, dla światłych jednostek i prób naprawy.
To krótkowzroczność władców i ciemnej większości, to wreszcie rodzimi zdrajcy i oszuści. Zmarnowane bohaterstwo tysięcy. Nic ująć nic dodać. Minęły wieki. Brutalne fakty: – Zaborcy przeżyli nieporównywalne w dziejach straty ludzkie i zniszczenia materialnego dorobku.
Jeden, pokojowe już na zawsze Niemcy, maja swój 900-letni „Land”, Brandenburgie, mają Przedpomorze. Chlubą jest dwieście lat młodszą, wielomilionowa stolicę Berlin, z przedmieściem Koepenick (dawną Kopanica). Należą do klubu najbogatszych krajów Świata. Drugi, spadkobierca systemu zbrodni, jeszcze się z nich wszystkich, w tym wobec naszego narodu, nie rozliczył i nie wiadomo czy i kiedy to nastąpi. – Polska utrzymała, zbudowany na gruzach Włocławia, Włocławek, nazwany tak,
bo był małym, w porównaniu z dawnym grodem i miasteczko Lipno. Ma jeszcze, jak twierdza potomkowie, dzięki ofiarom ich ojców, rekompensatę, za to, co wcześniej skradli.
Co mógł zbudować naród, uciskany, przeganiany w jedną, to drugą stronę, gdy najlepsi jego przedstawiciele ginęli, byli mordowani lub rozpraszani na cztery strony Świata?
Moi dziadkowie twierdzili: – Trwałość budowli zależy od solidnie zbudowanego fundamentu. Fundamentem narodu jest silna moralnie i fizycznie rodzina, wychowana w duchu cnót obywatelskich. Dziadek Ludwik, rolnik dodawał: – Jest nim „gleba”, najliczniejsze, najniżej usytuowane warstwy narodu. Trzeba ją uprawiać, dać, czego potrzebuje i siać zdrowe „ziarno”, sadzić „dęby” i „jabłonie”. Sęk w tym, że tą dziadkową „glebę” zdążyli uprawić. Kto chciał i jak chciał, „na swój strój”.
Wracam do roku 1929. Decyzja zapadła. Ostrowitko zostanie na razie oddane w dzierżawę. Do zimy likwidujemy naszą gospodarkę. Ojciec przywozi rodzinę na ostatni letnio-jesienny pobyt i przygotowuje dla niej nowe „lokum”. Mama przypilnuje likwidacji na miejscu. Trzeba było przygotować do zabrania, to, co się może przydać i pozbyć niepotrzebnego. Zaraz po świętach Wielkiej Nocy, przyjechał, po nas, do Włocławka dwukonną bryką, nasz Janek. Przygotowania i pakowanie bagaży, trwało od kilku dni.
Teraz był problem jak to wszystko umieścić. Wreszcie ruszamy, żegnani przez ciocie i dziadków.
Na głównym siedzeniu mama, z Dziunią, opakowaną becikiem i kocykiem na kolanach, obok tata. Miedzy nimi Alinka. Przy nogach tobołki, pakunki, koszyk z pieluchami. „Bagażnik” bryczki, za siedzeniem, zapełniony a na szczycie, zamocowany sznurem do wieszania bielizny, wózek Dziuni. Ja siedzę dumnie obok Janka, na koźle. Przy naszych nogach leży Prima. Ostatnie rady na drogę. Janek ma mnie trzymać, żebym nie wypadł a ja Primę, żeby nie wyskoczyła za jakimś kotem. Nareszcie ruszamy.
Wyjeżdżamy, z pełnej rozjeżdżonych kałuż, Zimnej na Kapitulną. Podkute kopyta i żelazne obręcze kół dzwonią na bruku. Przed parterowymi, domkami ławeczki, krzesełka. Tu babcie „żłobek” z wnuczęciem na kolanach, to przysiadły sąsiadki, aby pogadać. Grupka mężczyzn podpiera ścianę. Bezrobotni.
Pełno dzieci w wieku przedszkolnym. Chłopcy, niektórzy boso, popisują się toczeniem fajerek kawałkiem drutu, z odpowiednio wygiętym haczykiem na końcu. Inni polują na przejeżdżające wozy.
Czepiają się z tyłu, aby się kawałek przejechać. Janek obiecuje, że zrobi mi też taka przyrząd sportowy, ze starej fajerki. Przed sklepikiem, po lewej stronie ulicy, Żyd właściciel, z czarną bródką i długimi loczkami przy uszach. Odbiera dostarczony towar. Kłania nam się uprzejmie, swa czapką jarmułką. „Pejsaty Żyd” – mówi do mnie Janek. Tato odkłania się. – Jak ktoś ci się kłania, to dobre wychowanie wymaga, żeby się odkłonić – zwraca uwag Jankowi. Wstępowaliśmy czasem z mamą, do tego wypełnionego różnymi towarami żydowskiego sklepiku, po drobne zakupy.
Miał bardzo smaczne cukierki grylażowe i ulubioną, prze mnie, chałwę.
Zapamiętałem sobie tą uwagę, o obowiązku odkłaniania. Byliśmy na odpuście w Skępem.
Szedłem z Marianem wzdłuż długiego szeregu żebraków. Każdy nam się kłaniał a ja każdemu grzecznie się odkłoniłem. Marian zachował powagę. Dopiero, gdy minęliśmy ostatniego, wybuchnął śmiechem. Rozpowiadał o tym wszystkim, jako dobry kawał. Poskarżyłem się tacie. – Oni nie kłaniali się tobie, tylko zdejmowali czapki, żeby okazać gotowość do modlitwy, za ciebie, lub za kogo im zlecisz, za ofiarowany grosik. – Zostałem uświadomiony. Dawni żebracy uważali, że trzeba odpracowywali, ofiarowaną jałmużnę. Tym czasem, Janek „dodaje gazu. Woła – „wioo maluśkie!” i potrząsa lejcami.
W oddali, do przejazdu kolejowego, dojeżdża wóz. Chce dołączyć, bo szlaban może zostać opuszczony i trzeba będzie czekać. Dołączamy. Wóz przejechał, my nie zdążyliśmy, Czekamy. Po prawej stronie ulicy niewielki placyk przed ostatnim domem. Tu jest salon fryzjerski pana Leszczyńskiego.
Byłem tam z tatą przed wyjazdem. Czeladnik, posadził mnie na dziecięcym foteliku i w kilka minut zlikwidował moja czuprynę, „na krótko z grzywką”, jak powiedział tata. Byłem zdziwiony, że pozwolił na czeladnika. U babci, Marian prowadzał mnie do żydowskiego fryzjera na Łęgskiej.
Domagał się zawsze, żeby mnie obsługiwał sam szef. A tu, „na krótko z grzywką” i czeladnik maszynką: ciach, ciach. Wyglądam jak ostrzyżony pudel. Za to, długo musiałem czekać, aż sam szef skończy pokaz swego kunsztu fryzjerskiego, na zaroście i włosach taty. .Pan Leszczyński miał syna, jedynaka, Januszka, o rok starszego ode mnie. Ławeczka przed zakładem, była doskonałym punktem obserwacyjnym. Januszek wyjaśniał, co się dzieje na torach. Znał rodzaje pociągów i terminy ich przejazdu. Jak się trafi pociąg towarowy, który musi zostawić wagon na bocznym torze, to przejazd jest długo zamknięty. Ten drąg, pomalowany na biało i czerwono z wiszącymi drutami i prętem na dole, to „slaban”, powiedział mi Januszek. Teraz też czekamy dość długo. To jest szlaban, nie „slaban”, poprawia mnie tata.
Niektórzy piesi, podnoszą go i przebiegają. Krzyczy na nich pan kolejarz, przy budce.
Podziwiam, jak pracuje „na dwie korby”. Zamyka lub otwiera przejazd, najpierw z jednej, po tym, z drugiej strony. Stoi na baczność, ze złota trąbka, wiszącą na piersi i czerwoną chorągiewka w ręku, gdy zbliża się pociąg. Przedstawiciele, jak to się dziś mówi, „służb mundurowych”, nosili się elegancko w porządnych mundurach. Chciałem być jednym z nich. Najlepiej strażakiem albo policjantem. Jedziemy dalej. Z tej podróży zapamiętałem szkołę, u zbiegu ulic Karnkowskiego i Brzeskiej. Małe boisko, biegający we wszystkie strony, krzyczący, różnobarwny tłum dzieci, przerażały. Już wiedziałem, że i mnie czeka szkoła. Czy dam sobie radę sam w tym tłumie. To, co opowiedział mi tata, wcale mnie nie uspokoiło. To była jego szkoła. Uczyli się po rosyjsku, mieli jednakowe mundurki a na przerwach nie wolno było biegać, tylko chodzili spokojnie dookoła boiska, pod okiem nauczyciela, też w mundurze.
Do tego kary, wymierzane publicznie trzciną w niewymowne miejsce. Mróz mi przechodził po plecach, gdy o tym słuchałem. Pozostał jeszcze w pamięci przejazd przez Wisłę, po drewnianym moście. Był niezbyt wysoko nad wodą. Właśnie działo się coś niepokojącego. Przechodnie, skupieni przy barierkach, przekazywali głośno informacje i komentarze: Zaczepią! Przejdzie! Przepływał pod mostem, długi sznur tratw. Widziałem flisaków, bosych, tylko w portkach, z nogawkami zawiniętych do kolan i ociekających wodą. Jedni przy dragach zamocowanych z boku jak wiosła. Inni skaczący po balach z długimi żerdziami, zakończonymi żelaznym hakiem. Słychać było ich nawoływania i przekazywane, dziwne komendy. Mama się zaniepokoiła. Poleciła Jankowi przyśpieszyć przejazd. Kiedyś płynąłem tratwa na krótkim odcinku rzeki. Samo poruszanie się po mokrych, oślizgłych i ruchomych, jak klawisze, balach, nie było łatwym. Groziło połamaniem nóg. Podziwiałem flisaków a szczególnie, ich szefa, retmana.
Sterowanie zestawem, nawet tylko trzech połączonych tratw, to sztuka, wymagająca długiej praktyki i doświadczenia na wodzie. Wspomnienia, z ostatniego pobytu w Ostrowitku, przyćmiły dwa zdarzenia: Zginęła Prima. Wstaję rano a tu jej niema nigdzie. Nie ma też miski z woda. Prima sypiała na ganku od strony podwórka. W nocy polowała na polne myszy, lepiej jak kot. Kotów nienawidziła.
Brama i furtka w ogrodzeniu, od strony jeziora, były na noc zamykane. Nigdy nie wychodziła sama za ogrodzenie. Wołam, pytam. Zmieniają temat. Patrzą na mnie dziwnie. Ogarnia mnie złe przeczucie. Idę do mamy. – Mamusiu, gdzie jest Prima? Dlaczego nie ma jej miski? – Mama bierze mnie za rękę, siadamy na ławeczce, na ganku. Mama przytula mnie. Widzę, że w oczach błyszczą łzy. Ociera je szybko. – Pamiętasz, jak ci opowiadałam, że naszych granic strzegą żołnierze, żeby nie zakradł się wróg. W nocy, gdy my śpimy, wytężają wzrok w ciemność. Czasem czai się nieprzyjaciel. Zdarza się, że muszą poświęcić życie. W nocy zjawili się źli ludzie, chcieli nam zrobić szkodę a może i krzywdę. Prima nas broniła i zginęła, jak żołnierz. Pochowaliśmy ją przy furtce, której broniła. Janek położył przy niej, jej miskę. – Wybuchnąłem płaczem. Następnego dnia przyjechał ojciec. Od razu pojechał do Lipna, zgłosić policji napad. Wrócił z policjantem i jego rowerem. Policjant przesłuchiwał wszystkich domowników. Pojeździł rowerem po okolicy i wrócił na obiad. Usłyszałem opinię: – To byli „koniokrady”. Grożą „obrzynem” i zabierają konie. Wilczyca, nie pozwoliła na zaskoczenie. Huk wystrzału słyszeli we wsi.
Rozszczekały się psy. Woleli zrezygnować. – Z czasem dowiedziałem się, szczegółów wydarzeń tej nocy. Prima nie szczekała. Tylko charczała groźnie i czaiła się do skoku. Może jej nie zauważyli w ciemności. Gdy otworzyli furtkę, zamkniętą tylko na haczyk, rzuciła się któremuś do gardła.
Wtedy padł strzał. Józef i Janek wyskoczyli natychmiast, ze swej izdebki obok spichrza i ukryli się w cieniu zabudowań. Poznali, strzał karabinowy. „Obrzyn” to była przeróbka karabinu, przez obcięcie większej części lufy. Obudzono się w domu. Kucharka Józefowa i Zosia, spały w pokoiku na górze.
Zapaliły lampę. Snop światła padł z okna na podwórze. Mama narzuciła szlafroczek, chwyciła dubeltówkę, wiszącą zwykle na ścianie, załadowała, zabrała pudełko z gotowymi ładunkami i pobiegła do ciemnej kuchni. Z okna widziała podwórze, Przy furtce leżała, bez ruchu Prima i naradzało się kilku mężczyzn, Widocznie zauważyli mamę w oknie. Któryś krzyknął: – Niech pani schowa tą pukawkę, bo jeszcze wystrzeli. Wilka już upolowaliśmy! – Rozległy się śmiechy i ordynarne żarty. Wycofali się za ogrodzenie. Józef i Janek słyszeli odjeżdżający wóz. Uzbroili się w widły i siekierę. Nikt nie spał do rana.
Oprócz naszej trójki. Nawet Dziunia się nie obudziła. O świcie pochowali bohaterską Primę.
Tata nie mógł być razem z nami. Więcej przebywał we Włocławku i w rozjazdach.
Po tej próbie napadu, bał się o nas i chciał abyśmy wracali do Włocławka. Mama się na to nie zgodziła. Postanowiła osobiście dopilnować, na miejscu, tego ostatniego etapu.
Tata poczynił odpowiednie zabezpieczenia. Dubeltówkę otrzymał, pod opiekę, Jozef. Trzymał ja zawiniętą, ukrytą pod łóżkiem. Mama dostała belgijski rewolwer taty. Był zamknięty w szufladce nocnego stolika, do której kluczyk nosiła zawsze przy sobie. Bramę i furtki zamykano, na noc, na kłódki. Drugie zdarzenie miało miejsce niedługo po tym. Bez Primy, miałem kłopoty z gąsiorem.
Wyraźnie mnie nienawidził. Pamiętał, że musiał przed nami uciekać. Uważał mnie za wroga, którego można lekceważyć. Teraz ja musiałem uciekać. Poskarżyłem się Jankowi.
Poradził mi, żebym sobie poszukał jakiś kijek do obrony. Znalazłem przed domem taki rosnący patyk, prawie mojego wzrostu, z kilkoma zielonymi listkami na czubku. Będzie dobry, pomyślałem. Próbowałem go złamać. Nie udało się. Przygiąłem do samej ziemi i zacząłem przygniatać nogami.
Złamał się, ale urwać nie mogłem. Zastanawiam się, co zrobić a tu słyszę wołanie Józefowej, stojącej na ganku: – O la Boga! Jaśnie panienko, panicz złamał dębczaka! Pan kazał go pilnować, jak oka w głowie. – Nadeszła mama. Wyprostowały, ten wiszący na kilku włóknach, kijek. – Trzeba mocno zabandażować. Może się zrośnie. – Zdecydowała mama. – Co ci też przyszło do głowy? To miał być twój dąb.
Tatuś go posadził, jak ty się urodziłeś. Bardzo się zmartwi. – Mama musiała wrócić do płaczącej Dziuni. Przyglądałem się, przestępca, jak Józefowa z mężem, ratowali, mój dąb. Józef przyniósł jakąś pastę. Zawijali jak złamaną rękę. – Nic z tego nie będzie. – Stwierdził Józef. Gdy odeszli kawałek, usłyszałem, co Józefowa, mówi szeptem do męża i jego głośną odpowiedź: – To zły znak Józiu.
Ten dzieciak się nie uchowa. – Nie pleć babo głupot. Mimo, że miałem większe zaufanie do Józefa, niż do jego żony, pobiegłem zaniepokojony do mamy. – Mamusiu! Dlaczego przez tego dębczaka, ja się nie uchowam? – Kto ci taka bzdurę powiedział? Musisz uważać, być ostrożnym.
A najważniejsze: Masz swojego Anioła Stróża. Chodź pomodlimy się do niego. On cię, ochroni. – Odetchnąłem z ulgą. Uklęknęliśmy przed świętym obrazem, przyłączyła się do nas Alinka i tą wspólną modlitwą: Aniele Boży, stróżu mój, Ty zawsze przy mnie stój… – Zostały rozproszone moje niepokoje. Wiele razy w życiu, w „złych terminach”, chwytałem się, jak kotwicy, tej pomocy.
Jak widać, z nie najgorszym skutkiem? W Ostrowitku, mama była „jaśnie panienką”, ja „paniczem” a tata „panem” bez dodatku „jaśnie”. Tą nobilitacje zawdzięczaliśmy, zakupieniu przez dziadka Ludwika tego folwarku. Już go nie było a tytuły zostały. Prawie jak w arystokratycznej Anglii. Chociaż nabyte bez ceremonii pasowania, przez królową. Po prawdzie, istniały tylko w najbliższej okolicy i głównie, dzięki niespłaconym wekslom, w ręku „państwa”, ale co tytuł, to tytuł. Nic dziwnego, że przypomniał mi się w latach pięćdziesiątych. W jakże zmienionej sytuacji – Z jaśniepaństwem skończyliśmy raz na zawsze. Władza ludowa nie pozwoli na powrót obszarników, którzy uciskali.
Trzymali za gardło polski lud! – Grzmiał na cotygodniowym szkoleniu major, zastępca szefa Zarządu Lotniskowego Dowództwa Wojsk Lotniczych. Towarzysz major porzucił przyłączone do „najsprawiedliwszego kraju świata”, dawne tereny Polski, gdzie, jak podejrzewaliśmy, był, co najwyżej, parobkiem w jakimś polskim folwarku. Przepchali go przez jakaś „czteroklasówkę” a dokształcał się na prelekcjach Wandy Wasilewskiej „bywszej Polki” jak siebie nazwała, w liście do Stalina, zanim przeobraziła się, na jego polecenie, w polską patriotkę i jej podobnych. Major, od czasu do czasu zaszczycał nas osobistym wykładem na cotygodniowych szkoleniach politycznych.
Wykłady ilustrował obficie, cytatami ze swej biblii „Pisma wybrane Józefa Stalina”, które miał na pozakładanych papierkami stronach i zaznaczone czerwonym ołówkiem. Zaczynał uroczystym: „cytata”. Następowało mozolne dukanie polskiego tekstu, zakończone słowami: „koniec cytaty”. Byli też młodsi oficerowie Wydziału. Nadaliśmy im funkcje kościelne. Major był proboszczem, otoczonym wikariuszami i klerykami. Co tygodniowe, dwie godziny, zmarnowane bezproduktywnie, można było wykorzystać, tylko na własne rozmyślania. Wikariusze zachęcali do dyskusji. Inteligencją przerastali proboszcza.
Były to „podpuchy”, prowokacje, zgodne z instrukcją: Wybadać dyskutanta. Może się na czymś poślizgnie. Jaśnie panowie, wyzysk, zdrajcy, sługusi imperializmu, rodzime, siły reakcji. Padały nazwiska poniżanych polskich patriotów. Gloryfikacja zdrajców. Fałszowanie historii. – To zakłócało tok własnych myśli. Przychodziła jedna uporczywa, żeby wstać i powiedzieć: „Skończ baranie te kłamstwa i brednie”.
Nie mogłem oprzeć się myśli: Wykarmiła ich „polska gleba”, fundament, w który wierzyli dziadkowie. Ile jeszcze oni rozsieją zatrutego ziarna? W życiu poznałem wielu „jaśnie panów”. Nigdzie nie spotkałem wyzysku i ucisku, o jakim łgał major i jemu podobni. Większość ziemian to byli wykształceni, doskonali rolnicy. Dbali o swe folwarki i postęp techniczny. Uczyli nowoczesnego gospodarowania. Nie bez znaczenia było to, że byli wzorem kultury osobistej i ogólnej, patriotyzmu, oraz cnót obywatelskich. Okres międzywojenny nie był korzystnym dla rolnictwa. Kryzys odbijał się na cenach produkcji rolnej.
Dochody z roli były niskie. Wyzysk biednych chłopów? Druga bzdura. Pamiętam, pełne troski dyskusje i kalkulacje, o ile można podnieść place, czy „serwituty”, czyli wynagrodzenie w naturze, aby samemu nie splajtować. Różnica poziomu życia dziedzica i fornala, była olbrzymia. Były to wielowiekowe zaszłości. Zbliżenie ich, wymagało kilku dziesięcioleci. Szło w dobrym kierunku.
Prowadzona przez władze komasacja, melioracja, czy dobrowolna parcelacja folwarków, służyły temu celowi. Wyrównywanie poziomów życia, było jeszcze wtedy, problemem ogólnoeuropejskim.
W skansenach bogatej Holandii widziałem przykłady życia chłopów z okresu, który pamiętałem. Nie było lepsze od tego, co widziałem na naszej wsi. A jak wygląda dzisiaj? Nasza „jaśnie panienka”, moja mama miała dzień wypełniony praca wiejskiej gospodyni. Wstawała przed świtem. Mieliśmy dwie krowy, trzy konie, prosiaki, drób. Pracownicy byli uniwersalni, do każdej roboty w polu i w zagrodzie. Chociaż mieli swoje, przypisane obowiązki. Końmi opiekował się Janek. Józef resztą żywego, czworonożnego inwentarza Józefowa była kucharka, dójką, drobiarką, ogrodniczka. Zosia sprzątała dom, pomagała w kuchni, opiekowała się Dziunią i Alinką. W przypadkach, spiętrzenia prac polowych, następowała ogólna mobilizacja. Mama doglądała dokładności i czystości. Sprzątająca mieszkanie Zosia, nie miała lekko. Podobnie pozostali. Krowę, dla nas, doiła sama. Gdy się kręciłem w oborze, sadzała mnie w żłobie, obok łba krowy, która oblizywała mi rękę, swoim szorstkim językiem. Mleko dla dzieci musiało być idealnie czyste. Piliśmy prosto od krowy. . Lekarz drogi i daleko. Mama, służyła społecznie, biednym, potrzebującym, pomocą pielęgniarską. Miała potrzebne wyposażenie.
W oszklonej szafce, w biurze taty, były strzykawki do zastrzyków, w metalowych pudełkach, do wygotowania, na spirytusowym palniku, szklane bańki. Do przystawiania na plecach. Było podstawowe, wzorcowe wyposażenie apteczki domowej.. Nie było dnia, żeby nie było pacjenta, czy proszących o przybycie mamy, aby obejrzeć chorego. Wszyscy domownicy mieli dzień wypełniony od świtu, do nocy.
A ty, co robisz? – Spytacie. – A ja sobie nic nie robie. Kręcę się pod nogami. Najchętniej trzymam się w pobliżu Janka. W piątek przyjeżdża tata. W niedzielę, nasi pracownicy, odświętnie ubrani, idą lub płyną łodzią, na ranną Msze św. Do kościoła w Ostrowitym. Po ich powrocie Janek wiezie nas bryką na Sumę. Janek, którejś niedzieli, wyraził chęć udania się na odpust, do dalszej parafii. Miał tam wygłaszać kazanie sławny kaznodzieja. Oczywiście, mama pochwaliła ten zamiar. Po powrocie, otoczyliśmy go wszyscy zaciekawieni jak tam było. – Pięknie! Chmara narodu. A ile straganów! Karuzela. – Opowiadał. – A kazanie słyszałeś? – Pyta mama. – Słyszałem, piękne. Mówił, mówił i mówił, tak mądrze, że nie powtórzyć. Na burze się zbierało a bór szumiał. – Tyle się dowiedziano o sławnej homilii. Mama często przypominała tą relację, gdy wracałem z kościoła i nie umiałem podać treści kazania. Likwidacja gospodarstwa przebiegała sprawnie. Kręcili się kupcy i pośrednicy. Z późniejszych podsłuchanych, rozmów o osobach, biorących udział w tym procesie, przypomina mi się nazwisko jednego z pośredników: „Wałęsa”.
Może to rodzina naszego obecnego bohatera narodowego. Toczyły się negocjacje. Został wybrany dzierżawca. Zapewniał o swej solidności o prawidłowej dalszej uprawie. Na wakacje przyjechała babcia Franciszka z Marianem. Nie mogłem się doczekać ich przyjazdu martwiłem się zawczasu, że wakacje się skończą i Marian wyjedzie. Nadeszły ostatnie żniwa i młócka. Pod opieką Mariana jeździłem na snopach zboża do stodoły i znowu pustym wozem drabiniastym na pole. Ziarno wyjeżdżało od razu w świat. Po zakończeniu młócenia, zabrano młockarnię i inne maszyny rolnicze. Babcia kierowała przygotowaniem przetworów do zabrania. Skończyły się wakacje, jak przewidywałem, musiała wracać. Na Mariana czekała szkoła. My czekaliśmy na zbiór okopowych. Tata sprzedał karego i swoją, jednokonną bryczkę. Dojeżdżał teraz autobusem, kursującym między Włocławkiem i Lipnem. Co piątek Janek czekał na Krzyżówkach. Została nam jeszcze para gniadych i duża bryczka. Martwiłem się, że i te konie będą sprzedane. Są za „lekkie”, nie nadają się do ciężkiego transportu. A tak je lubiłem i one też mnie znały. Trudne są rozstania, tłumaczył mi tata. Musisz się nauczyć wybierać, nie to, co lubisz a to, co ważniejsze. Zbiórka reszty jesiennych płodów i odjazd. Ciekawi mnie to nowe, nieznane. Tata przekonuje, że na pewno będzie mi się podobało. Część mebli, z naszego mieszkania we Włocławku, zgodnie z planem, opracowanym przez mameę, stoi już w nowym mieszkaniu. Ucieszyła mnie wiadomość: Mój chrzestny, wujek Antek, sprzedał swój folwark, Lewkówkę i został wspólnikiem taty. Będzie z nami mieszkał i już nas niecierpliwie tam oczekuje. Stopniowo wysyłano zapasy i plony do Włocławka a meble jechały na nowe miejsce do Gosławic. Robiło się coraz bardziej pusto i smutno. Na ten nastrój wpływało zmartwienie naszych pracowników. Nie mogli jechać razem z nami na nowe miejsce.
Tylko Janek zdecydował się jechać na pewien okres. Tu miał dziewczynę. Musi wracać. Jozefowie mieli zostać sami do wiosny, do przekazania gospodarki dzierżawcy. Nadchodzi ten nieunikniony moment. Mama budzi nas wcześnie rano. O świcie już zajechały trzy ostatnie, wynajęte z Ostrowitego duże wozy folwarczne i trwa załadunek reszty dobytku. Do Gosławic kawał drogi. Janek czeka przy gotowej do jazdy bryce. Ubieramy się, śniadanie i pożegnanie Józefowej, płacącej Zosi i Józefa. Mnich buddyjski, z którym żegnałem się, przed laty w Colombo, w Sri Lance, powiedział mi, że takie pożegnania, na zawsze, to jest kawałek śmierci. Pewnie miał racje. Wypoczęte, wyszczotkowane przez Janka konie, w reprezentacyjnej uprzęży, ruszają raźno. Alinka i ja machamy, na pożegnanie, stojącej przy bramie trójce. Nawet malutka Dziunia, siedząca na kolanach mamy, kiwa, poruszana przez mamę rączką i powtarza: ata! ata! – Co oznaczało jazdę. Tak skończył się pierwszy, króciutki odcinek, mego życia. „Ostrowi6tko”. Nad wysychającym jeziorem Ostrowite hula wiatr. Wokół jak okiem sięgnąć nieużytki.
Jaki dalszy los czeka tą ziemie? Pojawiają się nowi „ziemianie”, stają się właścicielami tysięcy hektarów. Jak do tego doszli? Prawem albo lewem. Łączy ich jeden cel: „Business” a „matka-ziemia”? – Towar, jak każdy. Wiele się na to złożyło. Kiedyś, przed laty, jechałem na wieś podmoskiewska. Cieszyłem się, że będę mógł odetchnąć wiejskim zdrowym powietrzem. – Waniaiet gawnom i kisłym mołokom! – uprościł gamę zapachów, jakie nas oczekują, mój przyjaciel Sasza Fiedorow.
Wiózł mnie z Moskwy, na swoją „dacze”. Kupił ją dla babki, od znajomego kołchoźnika. Marzyła o wiejskim życiu, jak za cara, przed rewolucją. Rzeczywiście, zapachowe skutki, rekordowej wydajności tych dwóch produktów, przodującej, wiejskiej gospodarki, były, dla świeżo przybyłego nosa, nie do wytrzymania. Gościnna babka, twierdziła, że można przywyknąć. Naszą „daczę” zapamiętałem, wśród zapachów świeżo skoszonego siana, łąk, pól i jeziora. Jak pięknie pachniała wieczorem macierzanka. Tu uczyłem się rozpoznawać zapachy kwiatów, rosnących we wzorcowym ogródku przed domem. Nawet zapachy stajni czy obory były, dla mnie uciążliwymi a chlewika, do zniesienia. Taki obraz zostanie.

Rozdział III – GOSŁAWICE

Przeprowadzka! Ludzie mówią: – Trzy razy się przeprowadzić, to raz się spalić. Nie przypominam sobie, aby nasze przeprowadzki powodowały straty. Meble pokojowe były masywne, rozbierane. Tata postarał się przewieść całe wyposażenie domu w Ostrowitku i znaczna część z mieszkania we Włocławku, bez uszkodzeń. Mama obawiała się, że wynajęte, dworskie wozy, to nie wozy meblowe, nie bardzo nadają się do transportu na kilkadziesiąt kilometrów, że może trafić się deszcz. Udało się. Po dziadkach mieliśmy wyposażenie wiejskiej kuchni. W niej się chętnie kręciłem, bo działo się zawsze coś ciekawego. Meble kuchenne wytrzymałyby ulewę. Były proste i wytrzymałe. Surowe, gładko strugane drewno, łączone bez gwoździ, Na przykład stół kuchenny, to gruby, na półtora cala, blat z twardego drewna, długi i szeroki, na podporach, krzyżakach, łączonych na kliny podłużnym balikiem. Podobnie wykonane ławy, mebel uniwersalny. Mogą na nich usiąść wygodnie, trzy a nawet cztery osoby, do stołu. Można je podstawić pod balie, ustawić na nich, kubły z wodą, czy zima, przenocować, w kuchennym cieple, niespodziewanego gościa „niższego stanu”. Jakie to były kuchnie! Tu koncentrowało się codzienne, „domowe” życie. Na opisanie wyposażenia wiejskiej kuchni i dawnych sprzętów, można by poświęcić cały tom. Kto jeszcze pamięta dzieże, do wyrabiania ciasta na chleb, dłubane z jednego pnia lipowego, stolnice, skopki, chochle i garnki gliniane, niektóre zmyślnie drutowane. Zainteresowanych odsyłam do muzeum regionalnego. Dziadkowy, stół kuchenny, wytrzymał zabory, dwie wojny, liczne przeprowadzki i okupację. Kończył swą wierną służbę w naszej rodzinie, jako stół warsztatowy w garażu na Miłej, by stać się, wraz z innymi sprzętami, łupem złodziei, dopiero na oczach nowej, ludowej „praworządności”. Na Miłej, ciocie: Władzia i Felcia, wyciągają nas z bryki i obcałowują na powitanie. Biegnę do piekarni przywitać dziadka Jana i dziadka –stryjka Wojciecha. Dziadek Jan siedzi na swoim ulubionym miejscu. Piec zwęża się, z boku. Na wysokości około półtora metra, powstała, wygodna do siedzenia ława. Tu siada zwykle dziadek Jan i grzeje, obolałe plecy. Wspinam się po przystawianych, drewnianych schodkach. Całuję, na powitanie stwardniała od pracy rękę. Dziadek Wojciech głaszcze mnie tylko po głowie. Nie pozwala się przytulić. Osypany jest mąką. Zaglądam do naszego, ogołoconego z mebli mieszkania. Zostały łóżka, szafka z pościelą, stolik i kilka krzeseł. Sprawdzam, czy nie zostało coś mojego, ważnego. Został koń na biegunach. Dostałem go na ostatnią gwiazdkę. Na wsi, gdzie tyle żywych, byłoby mi wstyd, pokazywać się na takim koniu. Trudno, niech czeka. Ciocia Władzia zaprasza na przygotowany dla wszystkich obiad. Nadeszła ciocia Hanka. Ciocia karmi maleńka Basię. Mama, starszą o pięć miesięcy, Dziunię. Zjadamy obiad w pośpiechu. Janek pożywia się i rusza sam w drogę, załadowaną zapasami bryczką. My jedziemy samochodem. Przyjechał Stach Nowak, obecny sąsiad z Siniarzewa, naszej nowej parafii. Mają rodzinne przedsiębiorstwo samochodowo autobusowe. Doganiamy Janka na ulicy Toruńskiej, w okolicy szpitala. To moja pierwsza jazda samochodem. Wyjeżdżamy z miasta na szosę, z tłucznia kamiennego, uwałowanego, ale miażdżonego wciąż kołami wozów podkowami koni. Za nami. Długi ogon białego pyłu, ścieli się po polach. Trasę, którą jedziemy poznam wkrótce dokładnie. Do Gosławic mamy około 30 kilometrów. Mijamy Brzezie, wyjeżdżamy z lasu i jedziemy drogą na Inowrocław. Doganiamy i wyprzedzamy trzy wozy z naszymi „gratami” z Ostrowitka. Na szosie duży ruch. Spotykamy, wędrujących poboczami ludzi, rożne pojazdy konne, czasem przepędzane krowy. Mijamy zagrody wiejskie, chałupy bliskie, prawie przy samej szosie. Nasz kierowca nie żałuje klaksonu. To kury grzebią na środku drogi. To kaczki maszerują spokojnie sznurem. Musimy hamować. Psy regularnie usiłują nas gonić, z głośnym ujadaniem. Przed każdym wyprzedzeniem wozu konnego, kierowca zwalnia i daje sygnał klaksonem. Wozy, przeważnie zatrzymują się a woźnice zeskakują i stają obok lewego konia i trzymają go krótko za uzdę. Podobnie czekają na nasz przejazd pojazdy jadące z przeciwka. Bądkowo, kawałek bruku przez osadę. Wjeżdżamy na drogę nieutwardzoną. Takie drogi przeważają w najbliższej okolicy Gosławic. Ujma Duża i już Siniarzewo. Folwark i kościółek, który teraz będzie naszą świątynią. Jesteśmy na miejscu. Przez szeroko otwarte wrota, wjeżdżamy na wielkie dworskie podwórze. Samochód zatrzymuje się przed gankiem, w szczycie dużej piętrowej budowli. To pałac majątku Gosławice. Stara siedziba szlachecka. Powstanie 1863 roku. Majątek skonfiskowano za udział w powstaniu. Otrzymał go, w nagrodę, „tłumiciel polskiego buntu”, generał rosyjski. Trzeba przyznać, że zainwestował znaczny kapitał, skradziony, uskładany z łapówek, czy otrzymany od cara, „super złodzieja”. Niestety, uleciały mi z pamięci nazwiska polskich właścicieli i rosyjskiego generała. Historyk doszukałby się w archiwach. Właściciel, Polak, zginął na syberyjskiej katordze. Polskie władze zwróciły majątek, jedynej spadkobierczyni, wdowie po zmarłym, czy poległym synu właściciela. Bez wieloletnich procedur, potrąceń, podatków od zbogacenia. W głowie się nie mieści. Tak po prostu: Twoje? Bierz! Drugie „kuriozum”: Po ucieczce Rosjanina, po opuszczeniu przez Niemców, nikt nie rozkradł mebli, nie powyrywał okien ani drzwi, nie rozebrał ozdobnych pieców. A ile było złomu! Młyn z pełnym wyposażeniem. Ile dobra w budynkach dworskich. Sąsiedzi upilnowali. Tu chyba mieszkał jakiś inny naród! Jeszcze nie doszło do wyzwolenia ze Wschodu. Spadkobierczyni powstańca otrzymała wszystko w najlepszym porządku. Właścicielka zgłosiła sprzedaż majątku. Nabył go niejaki pan Dorenda, pośrednik w handlu nieruchomościami, za kredyt udzielony przez Maurycego Ciuka, finansistę z Warszawy. W skład posiadłości, wchodził, nowoczesny, jak na owe czasy, młyn motorowy, którym zainteresował się mój tata. Tak, więc historia naszych rodzin splatała się znowu. Jak mi to po latach, wyjaśniono, pan Dorenda był właścicielem „de jure”. Był to bardzo sympatyczny starszy pan. Odwiedził nas kilkakrotnie. „De facto”, wszystko należało do Maurycego Ciuka i on był tu rzeczywistym decydentem. Z mama i wujkiem znali się od dzieciństwa i byli „per ty”. Dla nas był panem Morycem Rozmawiałem kiedyś z tata na temat interesów finansowych Ciuka i pytałem, czy takie wejście w posiadanie folwarku, wbrew polskiemu prawu, było uczciwym. Ojciec nie miał zastrzeżeń. Interesował się tą transakcją. Ciuk nie wykorzystał przymusowej sytuacji wdowy, ani cen ziemi na rynku krajowym. Przebił wszystkich. Wartość oszacował według cen europejskich i zapłacił twardą walutą. Ojciec był przeciwny dyskryminacji Żydów, jeśli folwark mógł nabyć obywatel polski, każdej innej narodowości a nawet obcokrajowiec. Niemcy, wykupywali je w Poznańskiem i na Pomorzu. Ojciec nie popierał „zamachu Piłsudskiego”. To było powodem, że, stosunki z miejscowymi dowódcami jednostek wojskowych, nie układały się zadawalająco. Do tego utrzymywanie „kontaktów towarzyskich” z oficerami kwatermistrzostwa, stawało się coraz kosztowniejsze. Zaczynał się powszechny kryzys i nieuczciwa konkurencja. Propozycja Ciuka, wydzierżawienia młyna, pojawiła się w samą porę. Ojciec zakończył dostawy dla armii, postanowił skoncentrować się wyłącznie na hurtowym handlu zbożem i mąką. Po krótkich negocjacjach została zawarta umowa dzierżawy. Potrzebny był zaufany kierownik młyna. Wujek Antek, mój chrzestny, zaproponował wejście do spółki i przejecie tej funkcji. Zakopanie się na wsi, w charakterze „hreczkosieja”, szybko znudziło się, lubiącemu wesołe towarzystwo, wujkowi. Pozbył się swego folwarku, jak się po cichu mówiło, z solidną stratą. „Zaciskanie pasa”, nie leżało w jego naturze. Tata ucieszył się ze zwiększenia kapitału zakładowego firmy i z pomocy zaufanego wspólnika. Mógł poświęcić się całkowicie, działalności handlowej. Ja tez się cieszyłem. Bardzo go lubiłem. Wujek już w Gosławicach, oczekiwał naszego przyjazdu. Nasze nowe mieszkanie było urządzone meblami i sprzętami z Włocławka. Tylko dwa wielkie, składane, metalowe lóżka z materacami na sprężynach, z chromowanymi gałkami ma poręczach, były nowym zakupem. Pościel, ubrania, bielizna już na miejscu i oczekiwały na gospodynię. Oczekiwał też, z niepokojem, personel: kucharka i pokojówka, zaangażowane przez wujka pod warunkiem, że „nadadzą się” pani. ` Przez wielka sień w szczycie pałacu, po drewnianych wygodnych schodach, weszliśmy na piętro. Długi korytarz prowadził przez cały budynek. Na parterze pałacu, była kuchnia dworska. Apartamenty właściciela i sale reprezentacyjne. Na piętrze mieszkania oficjalistów i pokoje gościnne. Tu, przy klatce schodowej, po prawej stronie, było mieszkanie rzadcy, po lewej, „serowara”. Następne po prawej, było przeznaczono dla nas. Wchodziło się do obszernej kuchni z niej, na prawo, dwa duże pokoje w amfiladzie. To nasz stołowy i sypialny. Z kuchni na lewo, to pokój wujka. Dodatkowo, mieliśmy trzy pokoje „gościnne”, po lewej stronie korytarza. Pokój stołowy miał pełnić jednocześnie funkcje salonu a w części, gabinetu ojca. Z tego, wielozadaniowego pokoju, wychodziło się na obszerny taras, nad głównym wejściem do pałacu. Stad rozpościerał się widok na park. Mama miała wiele zastrzeżeń i wydawała dyspozycje zmian. Brakowało firanek zasłon, rosła lista niezbędnych zakupów. Czekaliśmy na przyjazd wozów z Ostrowitka i Janka, jadącego naszą bryczką. Dziunię ulokowano w wózku z grzechotką w rączce, Alinka trzymała się maminej spódnicy. Ojciec z wujkiem zagłębili się w studiowaniu „papierów”. Czułem się, jak zwykle, jak piąte koło u wozu. Postanowiłem rozpoczęć zwiedzanie. Na wielkim podwórzu, kręcili się ludzie zajęci praca. Nikogo jeszcze nie znałem. Postanowiłem czekać na Janka. Wybrałem się do parku. Wysokie drzewa, jak w lesie. Nigdzie żywego ducha. Czułem się trochę niepewnie. Ruszyłem żwirową aleją, wzdłuż pałacu. Przed głównym wejściem do pałacu, duży klomb trawiasty, obramowany niskim, równiutko przystrzyżonym, żywopłotem. Otaczała go druga aleja, prowadząca do wielkiej, ozdobnej, żelaznej bramy, w murowanym ogrodzeniu. Za nią droga publiczna, którą przyjechaliśmy i pola uprawne. Przed ogrodzeniem krzewy i trzecia aleja, wzdłuż parkanu. Zastanawiam się chwilę, w którą iść stronę. W prawo, do podwórka, w lewo w nieznane. Maszeruję w lewo. Dochodzę do ścieżki. Na jej końcu, wśród zarośli jakaś szopa. Idę sprawdzić. Słyszę głuche warczenie ostrzegawcze, jak by naszej Primy. Ucieszyłem się. Wołam: – Piesku! To ja idę, swój! Była to drewniana psiarnia. Ściana szopy z otworami, jak do psiej budy. Przed nią kawałek podłogi i niewielki wybieg, też pod dachem. Po bokach dwie drewniane ściany, Z przodu siatka prawie w całości zabitą deskami. Na dole szczelina do wsuwania misek z pokarmem. Zajrzałem przez szparę do środka. W półmroku trzy psy o wilczej sierści. Dwa podobne do Primy, tylko pyski szersze. Z nosami przy siatce, wciągały mój zapach. Trzeci, olbrzym, jak cielak, leżał sobie na kawałku podłogi. Żal mi się ich zrobiło. Mowie: – Pieski, kto was tu pozamykał? – Na ścieżce stała pusta miska i konewka z woda. Nalałem wody i wsunąłem miskę do środka. Rzuciły się do picia. W bocznej ścianie zobaczyłem furtkę, zamknięta na zasuwę. Otworzyłem, wszedłem do środka. Furtka przymknęła się sama. Usiadłem sobie na krawędzi podłogi. Psy ugasiły pragnienie i obwąchiwały mnie. Olbrzym płożył się obok na podłodze i przestałem go interesować. Chciałem go pogłaskać, ale przypomniałem sobie, że mama mówiła, żeby nie głaskać obcych psów, bo mogą być brudne. Coś mu tam opowiadałem. Wtem, psy rzucają się do siatki jak wściekłe, nawet olbrzym zrywa się, ze swoim basowym: How! How! To jakiś chłopak zajrzał do środka, zobaczył mnie, a ja jego przerażoną minę. Zawrócił i pognał gdzieś z powrotem. Mówiono mi, że wpadł zdyszany do pokoju, gdzie mama zajmowała się dziewczynkami i rozmawiała z wujkiem. Był tak przerażony, że przez chwilę łapał tylko powietrze. Wreszcie wydusił: – Ten chłopiec! Wlazł do psiarni! Hycam po Józwe. – Zawrócił i pobiegł. Jozwa był stróżem nocnym i opiekował się psami. Wujek zbladł jak ściana. Zostawił mamę, wpadł do swego pokoju, chwycił ze ściany sztucer, kilka naboi i pędził po schodach. Przerażona mama za nim, jeszcze lamentująca kucharka i pokojówka. Tata był akurat we młynie. Psy już spokojne, rzuciły się znowu z wściekłym ujadaniem, do siatki. Słyszę wołanie wujka: – Waleczku, jesteś tam? – Jestem wujku. – Odpowiadam. – To wyjdź pomalutku i zamknij furtkę. – Woła wujek. – Do widzenia pieski, nie szczekajcie to swój, mój wujek, jeszcze do was przyjdę. – Mówię i spełniam polecenie. Otaczają mnie wszyscy. Mama chwyta w ramiona i obcałowuje i wyciera łzy. Wujek zarzuca swój sztucer na ramie i głaszcze mnie po głowie. Psy w dalszym ciągu szaleją. Biegnie, zasapany tata, za nim wiejski chłopak a kusztykający na jedną nogę, potężny chłop z biczem, tak zwanym „bykowcem” „ w ręku, zamyka ten komitet powitalny. W oczach, otaczających mnie, widzę radość, podziw, zdziwienie. Wydaje mi się, że tak witano Gagarina, gdy opuszczał swa kosmiczną kapsułę. Co się okazało? – Psy zagryzły niedawno, w nocy, włóczęgę, który przelazł przez parkan. Miały być uśpione. Czekano na przybycie kynologa i jego ostateczna decyzję. Psy były tresowane na agresywne. W dzień były zawsze zamykane. Słuchały tylko stróża. Wychowywał je i tresował od szczeniaków. Tylko, jakie to były metody. Miały być złe i groźne. Słuchały Józwę a raczej, jego bykowca. Na noc wypuszczał je do parku. Wszyscy wiedzieli, że tam wejść niebezpiecznie. Stróż brał jednego z mniejszych, na postronek i obchodził z nim resztę terenu. Na hasło „bier go”, gotowe były rzucić się na każdego. Wujek obiecał mi, że nie pozwoli na uśpienie psów. Mówił, że włóczęga zginął przez ludzką głupotę. Pies-olbrzym, pochodził od kaukaskich owczarków generała. Nazywał się Rozbój. Przybyla komisja potwierdziła opinie wujka. Kazano usunąć deski przed siatką. Rozbój mógł być wypuszczany swobodnie, pod czyimś nadzorem i przychodził do nas na piętro. Mamie się nie podobał, bo rozsiewał pchły. Ta przygoda kosztowała mnie dodatkową kąpiel i zmianę ubrania, żeby pozbyć się tych drobnych zwierzątek i psiego zapachu. Było warto. Byłem podziwiany, we dworze i w „czworakach, „za odwagę”. Przekonałem się, jak łatwo zostać bohaterem mimo woli”. Od tego zdarzenia, z podejrzliwością podchodzę do sławy, wielu bohaterów. Tak rozpocząłem, nasz krotki, lecz dla mnie, pełen przygód i życiowych doświadczeń, pobyt. Przyjechał nasz Janek, Niestety, nie decydował się na pozostanie u nas na stale. Serce ciągnęło go w lipnowskie. Było wielu kandydatów na jego miejsce. Tata miał sprzedać nasze konie dopiero na wiosnę i wynajmować dworskie. W Gosławicach znaleźliśmy się w żydowskim otoczeniu. Pan Moryc, krępy, średniego wzrostu mężczyzna, był w wieku mojego taty, zawsze elegancko ubrany, w okularach w cienkiej złotej oprawie, Przyjeżdżał rzadko swym drogim samochodem. Kierowca w skórzanej kurtce i takiej czapce, zawsze w białej koszuli z krawatem, zakładał fartuch i brał się do mycia i polerowania samochodu. Pomagałem mu w tych czynnościach i uważałem za swego przyjaciela, Pomyłka! W czasie okupacji stal się konfidentem i marnie skończył. Gdyśmy przyjechali, w pałacu przebywała pani Ciukowa, osoba światowa, trochę wyższa od męża, pulchna, ale w miarę. Rozsiewała zapach perfum, gdy przechodziła w swych zwiewnych toaletach. Nudził ją pobyt na wsi. Na stałe mieszkał tu, ze swa pielęgniarką, panią Wandą, ich nieszczęśliwy syn Moniuś. Był o kilka lat starszy ode mnie. Po paraliżu dziecięcym miał wykrzywiona buzię, niesprawne ręce, powykręcane nogi. Nie opuszczał wózka inwalidzkiego. Nie mówił. Rozumiała go tylko pielęgniarka. Wyraźnie cieszył się, gdy przychodziłem i starałem się coś opowiadać. Wydaje się, że wszystko rozumiał. Pani Wanda prosiła, żebym przychodził częściej. Ważnym rezydentem, był młodszy brat Moryca. Pan Moniek. Zajmował się administracją majątku. Różnił się od brata, posturą i temperamentem. Cichy, spokojny, coś studiował, nad czymś pracował naukowo. Kilka razy przyjechał wesoły i uprzejmy drugi syn Moryca, student Henryk. To byli mieszkańcy i na krótko, użytkownicy apartamentów na parterze pałacu. Dwie wielkie sale stały puste. Nasza kuchnia na piętrze, była kiedyś kuchnią „pańską”. Winda kuchenna, łączyła ją z salą stołową na parterze i piwnicami a system dzwonków, również z naszymi pokojami. Sąsiadami na piętrze byli Nejmanowie. Pan Nojman, rządca, wyglądem nie przypominał Żyda. Wysoki, barczysty, ciemny blondyn z sumiastym wąsem, zawsze w bytach z cholewami, nie różnił się od innych rządców. Żyd, wykształcony agronom, to było rzadkością. Mieli czworo dzieci, Najmłodszy Kuba, był moim rówieśnikiem, Córki to: czternastoletnia Reginka, dwa lata starsza Genia, z kruczymi kręcącymi się w loczki włosami i dziewiętnastoletnia Salcie, blondynka, podobna do ojca, Były bardzo ładnymi dziewczynami. Kuba, od pierwszego spotkania został moim przyjacielem i nieodłącznym towarzyszem zabaw. Drugimi sąsiadami byli państwo Żółci. Pan Żółty, „nomen omen”, miał rude włosy i zarost a do tego był specjalista od produkcji żółtych serów. Ze swym garbatym nosem, nie mógłby ukryć pochodzenia. Był bardzo miły. Lubiłem przyglądać się jego pracy w lśniącej czystością piwnicznej serowarni. Miał młodą, sympatyczną żonę i małą córeczkę Alusię. Obie rodziny nie różniły się, od nas ani ubiorem, ani typowym dla wielu Żydów, zniekształcaniem polskiego języka. Ciekawe, że kontakty naszych rodzin nie mogły się przeobrazić w przyjaźń, jak to miało miejsce w przypadku poznawanych polskich rodzin.. Zbyt duże były różnice wyznaniowe, obyczajowe i kulturowe. Można by je nazwać, zażyłą znajomością. Oni obchodzili swoje święta my swoje. Nikomu to nie przeszkadzało. Jak to mówią: „Bywaliśmy u siebie. My u siebie i oni u siebie” Kuba i ja wyłamywaliśmy się z tego schematu. Kuba zapraszał mnie na podwieczorek, gdy, przysłana z domu Reginka, odwoływała go od wspólnej zabawy. Czasem korzystałem z zaproszenia. Siadałem obok Kuby. Przy stole zbierała się cała jego rodziną. Kuba złościł się, że ja siedzę bez czapki a on musi jej zawsze szukać. Dziwiło mnie, że on i ojciec siedzą w czapkach, że wszyscy stoimy, aż ojciec wygłosi kilka słów w nieznanym języku i sam nakłada każdemu na talerz, najważniejszą potrawę. Wszystko mi smakowało. Kuba nie mógł się przełamać, żeby zjeść coś przyrządzanego w naszej kuchni. Mama nie pozwoliła go przymuszać. Kuba, chłopiec o żywym, wesołym usposobieniu, ucieszył się, że ma we mnie towarzysza zabaw i powiernika. Rozumiałem go, Prawie dorosłe siostry. Synowi rządcy nie wypadało bawić się, z chłopcami z czworaków. Przekonałem się, że nawet tu istnieją, trudne do przełamania bariery, wynikające z jego żydowskiego pochodzenia. Jest nas coraz mniej, którzy pamiętamy Żydów, jacy byli kiedyś i jacy żyli wśród nas. Jakich spotykało się na każdym kroku na ulicach miast i miasteczek? Zniknęło około 20% społeczeństwa. Spotkał ich okrutny, niewyobrażalny w cywilizowanym świecie los. Fakt ten zaciera się w pamięci młodych pokoleń. Nie mogę zrozumieć, dlaczego wciąż w niej spotyka się jakiś osad kłamstw i nienawiści, propagowanych przez morderców dla uzasadnienie zbrodni. Jako uzasadnienie „czarnej opinii”, przedstawia się bzdury, że dobra, które zebrali, przez wieki osiedlenia na naszych terenach, zdobyli nieuczciwie. Przedstawia się pewien margines tego narodu, którego i naszemu nie brakuje. Dlaczego nie wyciąga się wniosków i nauki, z tysiące lat liczącej historii, nie bierze przykładu z pozytywnych cech tego narodu? Fakty: Mały kraj Izrael jest w czołówce twórców postępu naukowo- technicznego Świata a czterdziesto milionowa Polska, w ogonie. Przy pomocy Kuby szybko poznawałem nowe otoczenie. Dla niego nie było tajemnic ani w pałacu, od piwnic po strych, ani w dworskich zabudowaniach, czy w parku i ogrodzie. Wszystko mnie ciekawiło. Nie mógłbym mieć lepszego przewodnika. Park rozciągał się od strony północnej, między pałacem a drogą publiczną. Stuletnie świerki, jodły i modrzewie, na których gnieździły się dzikie gołębie i mieszkały wiewiórki. Reszta to trawa, niegdyś zapewne pieczołowicie pielęgnowana, jak w parkach angielskich, obecnie tylko koszona. Pełno krzewów ozdobnych, niektóre sprowadzane z dalekich krajów. Na zachodnim skraju parku, w narożniku przy drodze, malowniczy zakątek ze stawem, na którym rosły wodne lilie. A za nim, aż do parkanu, nieprzebyta dżungla zarośli. Jeszcze dwie wierzby płaczące, z gałązkami zwisającymi do samej ziemi. Doskonałe kryjówki, pod ich baldachimem. Po południowej stronie pałacu, niewielka, oszklona weranda, wśród ozdobnych krzewów. Tu kilka skrzynek z kwiatami i komplet wiklinowych mebli. Z werandy wyjście do ogrodu kwiatowego, kończącego się maliniakiem, krzakami porzeczek i agrestu. Dalej niewielki warzywniak, na dworskie potrzeby, ze szparagarnią i ciągnący się daleko sad. Drzewa owocowe w równych rzędach i szpalerach. Najwięcej jabłoni. Są i grusze, śliwy, wiśnie i czereśnie. Do sadu nie mamy wolnego wstępu. Dzierżawi go sadownik, a pilnują jego pomocnicy i „psy ogrodnika”, uwiązane przy szałasach z żerdzi ze słomianymi strzechami. Dziwne, że nie interesują ich kaczki, które wędrują sznurem z podwórza, przez sad, do stawku na jego skraju i wracają tą samą drogą. Podwórze dworskie. Tu dopiero można się napatrzyć! Po środku pompa z dwoma wielkimi kołami zamachowymi i długie koryta na wodę do pojenia koni i bydła. Jest i gołębnik na wysokim słupie. Wokół zabudowania Stajnia na dwadzieścia kilka koni. Tu są również nasz dwa gniadosze. Obora – stado kilkudziesięciu pięknych, czarno białych krów i potężny byk z żelaznym kółkiem w nozdrzach, w oddzielnej mocnej przegrodzie. Kuba wprowadza mnie w tajniki agronomii i hodowli. Byk rozpłodowy, miał pełne zatrudnienie. Jesteśmy stałymi widzami. Siadamy jak w loży, w teatrze, w powozie, stojącym w wozowni, degustujemy narwane do czapki owoce a Kuba komentuje fachowo spektakl. Jest jeszcze wiele ciekawych miejsc. Wszędzie panuje idealny porządek. Wujek Antek, sam rolnik, chwalił dobra organizacje. Niema wałęsających się, lub czekających na dyspozycje ludzi. Każdy wie, co i jak ma robić. Na skraju podwórza, drewniana dzwonnica jak przy kościele. Dzwon regularnie ogłasza początek i koniec pracy i przerwy obiadowej. Jeździliśmy z Kubą, z panem Nojmanem po polach, jego jednokonna „linijką”. To, jakby wyściełana ławka na kołach. Siedziało się bokiem do kierunku jazdy. Pola ciągnęły się daleko. W kierunku południowym mijaliśmy niewielkie jeziorko z czysta wodą, obrośnięte tatarakiem. Miejsce „pławienia”, czyli mycia koni i powszechnej kąpieli. Dalej łąki i dworskie pastwiska gęsi, krów i koni. Czas płynął. Już koniec jesieni. Kuba wyjeżdża do żydowskiej szkoły. Nojmanowie na ważniejsze święta wyjeżdżali całą rodziną, aż do Grójca koło Warszawy. Kuba opowiadał mi, że tam jest bardzo mądry rabin i wszyscy słuchają jego nauk. Zostałem sam. Nie na długo. Przy czworakach kręciło się sporo dzieci. Starsze były przeważnie zajęte. Pomagały rodzicom. Kilkunastu moich rówieśników miało mniej obowiązków. Trochę się na mnie boczyli, gdy przyłączyłem się do grupy omawiających jakiś problem. – Nie wydas? – Zapytał najstarszy, przerastający o głowę nas wszystkich. Ubrany był w portki z przyciętymi nogawicami, ściągnięte w pasie kawałkiem sznura i koszulę lnianą, już przyciasną. Pozostali podobnie ubrani. Garderoba ograniczona do najniezbędniejszych części i to za małych, albo za dużych. Trochę łat i dziur, ale czysta, doprana. Odkryte ręce i bose nogi, opalone na brąz. Podziwiam podeszwy, twarde jak zelówki. Wszyscy oczekiwali, co odpowiem. – Nie wydam. – Mówię. – Mas święty medalik? – Pada pytanie. -Mam. – To tsymej w garści i mów: „Co by mie zgali i rąbali, siekli i piekli, nie wydom nikogo i co godalim. Tak mi Matko Bosko dopomóz! Jamen!” Powtórzyłem. Pocałowałem, jak mnie mama uczyła, medalik i schowałem za koszulę. Lody zostały przełamane. Jachu, tak się nazwał ten przywódca, kontynuował omawianie wyprawy. Mieli iść na jabłka. Metoda była sprawdzona. Rozdzielali się na dwie grupy. Jedna pokazywała się „na wabia”. Ściągała na siebie uwagę psów i ogrodników i wycofywała się bez strat. Druga w tym czasie, w innym odległym miejscu, dobierała się do jabłek. Mnie wyłączyli. – Jezdeś znacny, obacom cie na mile. Cekaj podle stawka, dostanies jabko. – Usłyszałem. – Poszedłem nad staw. Byłem zadowolony z takiego obrotu spraw, bo kradzież jabłek, wcale mi się nie podobała. Przyłączył się do mnie maluch w koszulinie i porciętach rozprutych na siedzeniu, żeby, w razie potrzeby nie potrzebował rozpinać. Patrzył na mnie z podziwem i wyraźnie się cieszył, gdy prowadziłem go za rękę. Miałem pierwszego przyjaciela. Wyprawa się nie udała. Ogrodnicy już rozpracowali system Jacha. Rozdzielili się i pilnowali dobrze z dwóch stron. Przypomina mi się historia z jabłkiem, jaką miałem przed laty w Sri Lance. Po przylocie, zamieszkałem razem z poznanym w samolocie Jankiem Okoniem. Miał zakupić, dla Polski, znaczną ilość herbaty. Z lotniska, nasza ambasada wywiozła nas po kryjomu, przed miejscowymi dostawcami, do zaprzyjaźnionych właścicieli obszernego „bungalow” niedaleko Colombo. Janek musiał się ukrywać, dopóki nie przeprowadzi prób i degustację wszystkich tegorocznych herbat. Cieszył się, że ma towarzysza do wieczornych rozmów. Rozpakowywałem się w swoim pokoju. Zajrzał, może trzyletni, synek gospodarzy i przyglądał się ciekawie. Właśnie trafiłem na piękne jabłko, które miałem na drogę. Dałem je chłopcu. Ucieszył się, podziękował i wybiegł. Wychodzę, aby udać się do miasta a tu, kilkanaście osób służby i cała rodzina gospodarzy, ustawiona w półkole. Razem ze mną wychodzi pani domu. Niesie na srebrnej tacy pokrojone na cieniutkie plasterki moje jabłko. Przedstawia mnie i wyjaśnia, że to jest owoc, który rośnie w moim kraju, Którym Ewa skusiła Adama do złamania boskiego zakazu. Każdy dostał po plasterku. Próbowali ostrożnie, jednym zębem. Myśleli pewnie: Tracić raj dla czegoś takiego? A może tu drzemie jakaś ukryta siła?, Święta Bożego Narodzenia. Ubieramy wielką choinkę. Na wigilię jedziemy do Włocławka. Spadł obfity śnieg, chwycił niewielki mróz. Ojciec robi nam przyjemność. Jedziemy saniami. Generalskie sanie zostały „wyrychtowane” pod nasz dwukonny zaprzęg. Generał jeździł „trojką”. Wyjeżdżamy po wczesnym śniadaniu. Ojciec sam powozi. Nie chciał wyrywać z domu, żadnego z miejscowych chłopaków, na okres tego największego rodzinnego święta. Jest doskonałym woźnicą, wyraźnie lubi tą czynność. Przypominam sobie dawniejszą sannę z Ostrowitka, ta jest równie wspaniała. Przy końskiej uprzęży dzwoneczki, to są „janczary”. Wydzwaniają, towarzyszący nam przez całą drogę, koncert. Jak pięknie różni się, znana dotąd w kolorach jesieni, droga. Jedziemy szpalerem oszronionych drzew, wśród pól przykrytych śniegową kołderką. Postój i rozgrzewka u znajomego gospodarza w Bądkowie. Gorące mleko, pajda świątecznego ciasta i dalej w drogę. Zajeżdżamy na Miłą, gdy zaczyna zapadać wczesny zimowy zmrok. Naszym zaprzęgiem zajmuje się lokator dziadka Jana, Osowski. Stara stajnia, ciasna, po niedawnych, dworskich. Po tym stwierdzeniu, pędzę do piekarni. Tu duży ruch. Zwykłe pieczywo dawno rozprzedano. Piekarnia pełna kobiet i dziewcząt. Przyniosły, do pieczenia, w piekarniczym piecu, świąteczne ciasta i oczekują na ich odbiór. Dziadek-stryjek Wojciech uwija się w kanale, przed piecem. Wyciąga, na drewnianej łopacie, blachy i foremki z upieczonymi smakołykami. Uśmiecha się tylko do mnie z daleka. Nie może opuścić tak ważnego posterunku. Niczego nie można przypalić, ani nie dopiec. Piekarze czekają. Przed świętami jest zatrudniona jeszcze jedna zmiana. Ciocia Felcia zabiera mnie z piekarni. Wszyscy już zgromadzeni przy stole. Jest, dotąd mi nieznany, wujek Zenek mąż cioci Hanki. Przyjechał na święta z zagranicy. Pierwsze wrażenie korzystne. Może trochę zbyt poważny. Ciocia Władzia martwi się, że długo czekała z gotowym obiadem i może nam nie smakować. Żałuję, że wujek Zenek i ciocia Hanka wychodzą zaraz po obiedzie. Chciałbym usłyszeć o obcych krajach. Do kolacji, pomagam cioci Felci ubierać niewielką choinkę. W naszym mieszkaniu trochę pusto. Napalone w piecu. Mamy tu tylko nocować. Następnego dnia wigilia. Rano wstaję wcześnie, razem z tatą, Śniadanie u cioci Władzi, podzielone na dwa terminy. Najpierw mężczyźni, do których i mnie dopuszczono. Postne śniadanie. Gorące mleko, chleb z masłem i kawałek ciasta. Mam się najeść, bo dziś nie będzie obiadu, Tata mnie pogania. Czeka na nas majster murarski pan Lewandowski. Zajmuje się przebudową naszego magazynu na lokale mieszkalne. Ojciec stosuje wobec mnie swoistą metodę wychowawczą. Gdy sam już zacząłem interesować się, sprawami ważniejszymi od „siusiu i papu” a pytaniami męczyć ludzi, zabiera mnie często z sobą. Mam zachowywać się spokojnie, buzi nie otwierać a pytania zostawić „na po tym”. Nieznajomym, przedstawia mnie poważnie: – To mój następca. – Przeważnie mi to odpowiadało. Ubieramy się ciepło. Idziemy odbierać roboty. Założony program został wykonany. Są ścianki działowe, kanały dymowe, kuchni i pieców. Wybite i przygotowane do wstawienia okien otwory. Obecnie na zimę pozabijane deskami. Zaglądamy tylko ośrodka przez prowizoryczne drzwi z desek. Niewiele widać. W półmroku widzę surowe ściany, rusztowania i pełno gruzu. Roboty ruszą na wiosnę. Stolarkę wykonuje nasza stolarnia. Przechodzimy do ciepłej stolarni. Wita nas pan Lenek, majster stolarski z pomocnikiem. Warsztat stolarski przykryty jakąś płytą i obrusem z białego papieru. Na nim choineczka, talerzyk z opłatkami, drugi z pokrojonym ciastem, butelka wina i szklaneczki musztardówki. Jest wujek Wacek Malendowicz, kuzyn taty. Zdun. Ma stawiać kuchnie i piece. Dzielimy się opłatkiem. Wszyscy majstrowie wąsaci, kłują wąsami. Mam rosnąć zdrowo. Rozsiadają się wokół warsztatu-stołu Pan Lenek nalewa po lampce wina. Mnie przysuwają ciasto. Krótka narada. Ojciec wypłaca umówione zaliczki. Mogę powiedzieć, że z mlekiem pod nosem, zacząłem asystować w nadzorze budowlanym. Na wieczerze wigilijną, najpierw pojechaliśmy dorożką, na Łęgską, do dziadków Stachurskich. Jest wujek Antek. Przyjechała ciocia Ada. Kończy studia ogrodnicze w Poznaniu. Są nasi cioteczni Irena i Marian, no i dziadkowie: babcia Franciszka i dziadek Ludwik. Piękna choinka. Ozdoby, to cacuszka, wykonane pracochłonnie przez Irkę. Ma dziewczyna wyjątkowe zdolności plastyczne i manualne. Nakrywa do stołu. Babcia, mama i Ada pracują w kuchni. Ma być dwanaście potraw. Irka zgłasza poważny problem. Jest nas jedenaście osób. Nie do pary. Sprawdzam na palcach. Zgadza się, jedna osoba brakuje. Problem zostaje rozwiązany. Ciocia Ada ma przyjaciółkę. Panna Marysia Kitlińska mieszka niedaleko. Wujek Antek rusza ochoczo, ratować sytuację. Udało się. Wracają niedługo, z kolędą na ustach. Opłatek, życzenia. Apetyt dopisuje. Prezenty. Pamiętam, dostałem elementarz: „Ala ma kota”. Ołowianych żołnierzy i zeszyt do rysunków a do niego, kredki, ołówek z gumką, linijkę, ekierkę i cyrkiel. Znowu pomysł wychowawczy taty. Mam rozwijać uzdolnienia techniczne. Nie bardzo wiem, co zrobić z tym prezentem. Tata pokazuje mi jak można, przy pomocy cyrkla i ekierki, rysować zapełniać stronnice zeszytu fantastycznymi formami z kolorowaniem utworzonych powierzchni. Sam wykonuje na próbę, piękny, kolorowy, niby projekt witraża. Marian i ja urządzamy zaraz zawody, kto wykona ładniejszy. Wesoło mija czas, jak zwykle tam, gdzie jest wujek Antek. Rodzice zapraszają, całe towarzystwo, do Gosławic. Dziadek Ludwik czuje się zbyt słaby, na taką podróż. Irka i Marian mieli przyjechać na całe zimowe wakacje. Babcia musi zostać z dziadkiem. Ada i panna Marysia przyjmują zaproszenie. Ustalono, że my wracamy, po świętach, autobusem a wujek Antek przywiezie gości naszymi saniami. U nas urządzimy Sylwestra, Cieszę się na myśl, jaka to będzie zabawa. Musimy wracać na drugą wieczerze wigilijną na Miłą. Liczę osoby przy stole. Jest do pary, chociaż Dziunia i Basia siedzą na kolanach swych mam. Nie zgadzam się, aby, jak proponował Marian, każde z nas dzieci, liczyć, jako pół osoby. Niestety, nie doczekałem się opowiadania wujka Zenka, o jego zagranicznych przygodach. Natomiast słyszę, że w przyszłym roku zabiera rodzinę do Francji. Obejmie swą pierwszą posadę w dyplomacji. Martwią się z ciocia. Jest to związane z poważnymi wydatkami na stosowną, do różnych okazji, garderobę, dla obojga, nie mówiąc o wyposażeniu mieszkania. Boże Narodzenie wypadało, w tym roku, w środę. W sobotę ruszmy do Gosławic. Rodzice muszą się przygotować, na przyjecie gości i Nowego Roku. Wracamy autobusem Nowaków. Zaprzyjaźniliśmy się z cała ich rodziną. Mają duże gospodarstwo w kościelnym Siniarzewie. Dwa autobusy utrzymują komunikacje miedzy miastami Kujaw i Warszawą. Mają też, pojemny samochód osobowy, na szczególne okazje. Trzej synowie prowadzą ten samochodowy interes, dwie dorosłe córki, wiejski sklep wielobranżowy. Rodzice zajmują się wnukami i gospodarstwem. Stach, kierowca naszego autobusu, kawaler do wzięcia, z radością przyjmuje zaproszenie na Sylwestra. Autobus jedzie dalej, aż do Inowrocławia. Na przystanku w Siniarzewie wysiadamy. Pan Nowak, ojciec, zaprasza na poczęstunek. Wchodzimy, na krótko, składamy i przyjmujemy życzenia. O „na krótko” nie ma mowy. Musimy zostać na obiedzie. Rodzice wymawiają się, że mamy złożyć życzenia proboszczowi. Proboszcz będzie na obiedzie. Argument odpada. Zostajemy. Proboszcz, ksiądz kanonik Hofman, to ksiądz-chłop. Pochodzi z niemieckich kolonistów, osiadłych od kilkuset lat w Polsce. W chwilach wolnych, od skrupulatnie spełnianej, duchownej posługi, osobiście uprawia kawał ziemi, należącej do kościoła, dogląda niezbyt licznego żywego inwentarza. Pod swoją wypłowiała sutanną, nosił chłopskie portki wpuszczone w buty z cholewami. Nieraz spotykaliśmy go na polu przy jakiejś pracy, lub w księżej stodole. Parafia mała. Był jeszcze organista i kościelny. Gospodarstwo prowadziła pani Marta, starsza siostra księdza. Od pierwszego spotkania polubił naszą rodzinę jak własną. Do rodziców zwracał się po imieniu. Co niedziela, po sumie, wstępowaliśmy obowiązkowo, na plebanie, na herbatkę. Pani Marta miała, dla nas dzieci, zawsze coś słodkiego. Ojciec, przejeżdżając zaglądał zawsze, dowiedzieć się: „Co u księdza proboszcza słychać?” Ksiądz też nas nie omijał, gdy swoja jednokonną „bidką” wracał od chorego. Obiad u gościnnych Nowaków przeciągnął się jak zwykle. Mężczyźni, w tym i ksiądz proboszcz, nie wylewali za kołnierz. Oprócz jednego z Nowaków. Ma nas zawieść samochodem do domu. Rodzice zapraszali do nas, na skromnego Sylwestra. Tylko dzisiejszy kierowca autobusu, Stach, będzie miał wolne. Przyjął już zaproszenie. Pan Nowak, ojciec, przyjedzie z proboszczem, „zajrzeć”, po wieczornym nabożeństwie. Minęła niedziela, poniedziałek. Nadszedł sylwestrowy wtorek a naszych gości z Włocławka ani widu, ani słychu. Mama martwi się, czy nie stało się coś złego po drodze. W kuchni czeka garnek czerwonego barszczu, jest bigos, jakieś inne dania. W stołowym pokoju, stół przesunięty pod ścianę. Na biurku taty, radio, patefon i płyty. Będzie muzyka, jest miejsce do tańca. Ze współmieszkańców pałacu zostali tylko pan Moniek i pani Wanda z nieszczęśliwym Moniusiem. Pozostali wyjechali do rodzin. Pan Moniek nie sprzeciwia się, że może być trochę głośno, dziękuję za zaproszenie, ale kategorycznie wymawia się od udziału w zabawie. Będzie nocował w pokoju bratanka, żeby pani Wanda mogła przyjąć zaproszenie. Nasza trójka ma spać w pokoju wujka, za kuchnią, żeby nam hałas nie przeszkadzał. Wszystko gotowe. Zapada wieczór a gości jak nie było, tak nie ma. Siedzę w oknie na naszym korytarzu. Stąd widać podwórze i drogę. Wpada konny goniec. Pędzę p tatę. Chłopak przywiózł list od wujka. Tata idzie z nim do mamy i czyta: – Kaziku! Jedziemy kuligiem. Przyjazd około 22.00. Poproś p. Mońka o sale, tą z windą do naszej kuchni. Będzie nas pół kopy. Dobrze byłoby napalić. – O Boże! – Jęknęła mama. – Mówiłam, żeby mu sań nie zostawiać. Trzydzieści osób, jak ja ich nakarmię? – Czekaj, tu jest do ciebie. – Tata czyta dalej: – Różyczko! Nie martw się wieziemy bigos i bańkę barszczu. Całuję! Antek Tata pisze na kartce, uzgodnione z mamą zamówienie. Daje chłopakowi plecenie: – Skocz jeszcze do Siniarzewa, do Nowaków, tych, co mają sklep. Oddaj kartkę i wracaj. Przydasz się. -Chłopak włożył kartkę do czapki, czapkę na głowę i zbiegł po schodach. Widziałem z okna, jak wskoczył zgrabnie na konia i zniknął za bramą. Pan Moniek zgadza się na udostępnienie sali bankietowej, zmagazynowanych stołów i krzeseł. Z czworaków przybywa „ekipa porządkowa”. Mama wydaje sprzęt i dyspozycje. Trzeba pozbyć się kilkoletniego kurzu. W piecu już się pali. Pani Wanda uzupełnia, brakującą zastawę, z dworskiego kredensu, Uruchomione obie kuchnie. Gorzej z oświetleniem. Młyn nie pracuje. Wyszukano ile się dało, lamp naftowych. Przyjeżdżają Nowakowie, ojciec i syn, przywożą proboszcza, oraz skrzynki piwa, lemoniady, inne butelki w koszu i zapas pieczywa. To zamówienie taty. Nasz pokój stołowy zostaje doprowadzony do poprzedniego stanu. Mama zaprasza proboszcza i Nowaków do stołu na przekąskę. Alinka i ja dostajemy zwykłą naszą kolację i mamy iść spać. Minęła ósma. Próbuję wytargować trochę czasu. Choćby do przyjazdu wujka i gości. Bezskutecznie. Dziunia już śpi w swoim łóżeczku. Będę spać w pokoju wujka. Mój tapczanik, w sypialnym, przeznaczono, na tą noc, dla Irki a do mnie ma być dokwaterowany Marian. Niema rady, żegnam gości i tatę, dyskutujących zawzięcie przy stole. Pacierz odmawiamy wspólnie z Alinką i mamą, mycie i maszeruję, przez pachnącą bigosem i barszczykiem kuchnie, do łóżka. Mama zabiera lampę. Przyda się gdzieś indziej. Staram się nie zasnąć. Na próżno. Ktoś mnie budzi. Ciemno, tylko z dołu dochodzi szum jak z ula, przez niego przebijają wesołe głosy i dźwięki muzyki. To Marian przepycha mnie do ściany. – Przesuń się, przespałeś nadejście nowego roku, który w swoim numerze ma na końcu kółko. Długo będziesz czekał na taki drugi. – Słyszę przez sen głos Mariana. Tak w półśnie wkroczyłem w ostatnie dziesięciolecie Drugiej niepodległej

Rozdział IV- “NA WOZIE”

Kazimierz i Róża rozpoczynali rok 1930 wesoło, z nadzieją na pomyślne dziesięciolecie, rozwój gospodarczy i kulturalny kraju. Polityka marszałka Piłsudskiego, zmierzająca do nadania naszemu socjalizmowi, polskiego charakteru, co odbierało pole propagandy komunizmowi. Oparcie polityki zagranicznej o sojusze nieagresji z sąsiadami, oraz współpracę gospodarczą i wymianę handlową z całym światem, napawały optymizmem. Najbardziej jednak przekonywały, niepodważalne efekty, stworzonych podstaw rozwoju gospodarczego. Minister Władysław Grabski doprowadził do stabilnej waluty. Działalność wybitnego uczonego Ignacego Mościckiego, wprowadziła nasz kraj do światowej czołówki rozwoju, nowoczesnego przemysłu chemicznego. Profesor. Mościcki, już, jako prezydent R.P. rekomendował na stanowisko ministra przemysłu i handlu, swego najlepszego współpracownika, wybitnego inżyniera i ekonomistę, Eugeniusza Kwiatkowskiego. Minister realizował z doskonałym skutkiem i w rekordowym tempie, rządowy plan rozwoju kraju. Pierwsza na świecie, na nowych unikalnych rozwiązaniach, Fabryka Związków Azotowych pod Tarnowem, najnowocześniejszy na Bałtyku, port Gdynia, czy rozpoczęta z amerykańskim rozmachem, budowa Centralnego Okręgu Przemysłowego, to są fakty. Polska jest prawdziwą, nie malowana na wyborczym plakacie, „zielona wyspą” na mapie ogarniętej światowym kryzysem Europy. Jak potoczyły się losy Kazimierza i Róży w tym ostatnim dziesięcioleciu przed „POTOPEM”? Sylwestrowy kulig był wydarzeniem towarzyskim, o którym długo mówiono w okolicy. Wujek Antek nie byłby sobą, gdyby w czasie śnieżnej zimy, mając do dyspozycji wygodne, generalskie sanie i trzy dorodne panny „na pokładzie”, nie zorganizował takiej imprezy. Przyczyniło się do tego, jeszcze pokutujące, rozwarstwienie towarzysko- społeczne wsi kujawskiej, oraz pewne wcześniejsze wydarzenia. Gdy ojciec i wujek przyjechali do Gosławic, jako dzierżawcy dworskiego młyna, zaczęli od złożenia wizyty proboszczowi ich nowej parafii Siniarzewa. Ksiądz Hofman przyjął ich z otwartymi ramionami i obiadem na plebanii. Znaleźli wspólny język, oraz podobne poglądy na świat i życie. Wizyta zakończyła się nie tylko nawiązaniem znajomości, ale początkiem serdecznej przyjaźni. Z drugą, zapowiedzianą wcześniej wizytą, w podanym terminie, udali się do właściciela folwarku Siniarzewo. Pan dziedzic przyjął ich bardzo uprzejmie, na stojąco. Pochwalił, że mu się przedstawiają, jako pierwszemu, przed rozpoczęciem działalności. Wspomniał o wyzyskiwaniu chłopów i ziemian, szczególnie, znajdujących się w trudnej sytuacji, przez różnego rodzaju spekulantów. Dając do zrozumienia, że posłuchanie skończone, oświadczył, iż wierzy, że będą „handlowali” uczciwie. Ojciec zauważył, że niewiele brakuje a wujek strzeli pana dziedzica w pysk. Uprzedzając to, odpowiedział, siląc się na spokój: – O to może pan być spokojny. Należymy do tych, co własna krwią płacili za to, co zdrajcy Ojczyzny, z pewnych sfer, przehandlowali z jej wrogami.. – Skłonił się lekko i wyszli. Nie czekali na łaskawe podanie przez dziedzica ręki. Sytuacja towarzyska, jeśli chodzi o kontakty z „górną warstwą”, została wyjaśniona. Drugi akt tej „tragi komedii”, rozegrał się, gdyśmy pierwszej niedzieli pojechali do kościoła. W prezbiterium, za „balaskami” były „ławy kolektorskie”, dla fundatorów kościoła. Sześć miejsc po prawej stronie ołtarza, dla dziedziców Siniarzewa i sześć po lewej dla Gosławic. Te od lat były zajmowane sporadycznie, przez gości dworu. Do prezbiterium wchodziło się przez zakrystię. W nawie kościółka było jeszcze kilka podwójnych ławek. Resztę wypełniał zbity, stojący tłum. Weszliśmy przez zakrystię i rozsiedliśmy się na gosławickich ławkach. Tata i wujek, zanim usiedli ukłonili się sąsiadom z przeciwka. Widocznym było zaskoczenie i oburzenie, szczególnie trzech starszych pań. Do rozpoczęcia Mszy św., było jeszcze trochę czasu. Zajęliśmy pięć miejsc, ale mama poleciła Alince i mnie zacieśnić się. Tata wstał i wyszedł do zakrystii. Widziałem jak przepycha się przez tłum, wyprowadza, po krótkiej rozmowie, małżonków, starszych Nowaków. Siedzieli na skromnej ławeczce, otoczeni liczną rodziną, „na stojąco”. Po chwili cała trójka weszła przez zakrystię. Nowakowie zajęli, trochę nieśmiało, wolne miejsca obok nas. Sprawę przypieczętował ksiądz proboszcz. Po kazaniu, polecił Bogu dusze dawnych dobroczyńców kościoła i oświadczył, że z radością wita i będzie się modlił o boską opiekę dla nowych. Kulig sylwestrowy, był trzecim aktem towarzyskich zmagań, młyna ze dworem. Udział w nim brała, celowo zmobilizowana przez wujka, średnia warstwa wiejskiej społeczności. Do zniwelowania różnic jeszcze kawałek drogi. Każdy tkwi w swoim sosie. Minął karnawał, wypełniony, zabawami, sannami a nawet polowaniem. Żałowałem, że goście się rozjechali, Ciotka Ada i panna Marysia obiecały: przyjadą na wakacje. Irena i Marian spędzali je u nas. Ich przyjazdu byłem pewien. Znowu będzie wesoło. Rozpoczęło się normalne, codzienne życie. Mama uruchomiła swą pielęgniarską pomoc okolicznym chorym. Energicznie kierowała swym, angażowanym dorywczo, oraz stałym „personelem”. Szumnie nazwane „kucharką i pokojówką”, przy gościach, od święta, były to w codziennej praktyce, kobieta i dziewczyna ze wsi, „do wszystkiego”:. Obsługa kuchni, sprzątanie, pranie, prasowanie, to w domu. W „zagrodzie”: mieliśmy kawałek ziemi na własny warzywniak i kwiatki. Mieliśmy krowę, świnkę, kury, kaczki, indyki. Zwykła wiejska praca. Obie musiały być uniwersalne. W Londynie, na budowie, poleciłem stolarzom, sprzątnąć po sobie wióry. – Usłyszałem: – „Sorry, Związki Zawodowe zabraniają, musi pan zamówić sprzątacza. Rzeczywiście, kręcił się sympatyczny murzyn, kontroler. Dziwny kraj, choć kapitalistyczny. Mama była wyjątkowo wymagającą, jeśli chodziło o higienę i dokładność wykonywania wszystkich zleconych prac. Zakres ich był spory. Kuchnia, mieszkanie, warzywnik, oraz żywy inwentarz. Wszystko pod jej czujnym okiem, pokazywała własnoręcznie, lub szczegółowo wyjaśniała każdą czynność. Niestety nie więcej, niż trzy razy. Potrzeba było roku, żeby znalazły się i utrwaliły swą pozycję Antoniowa z czworaków i Marysia z pobliskiej wioski. Nawet kierowały samodzielnie, pomocą „dworskich”, czy kobiet z czworaków. Na przykład, donoszenie do kuchni wiader czystej wody i wynoszenie brudnej, było zlecone stróżowi, po jego nocnym dyżurze. Cotygodniowa kąpiel całej rodziny, wymagała przyniesienia i ustawienia w kuchni, ciężkiej klepkowej wanny, wyłożonej prześcieradłem, wylewania i wynoszenia brudnej wody z demontażem całości, po imprezie. Podobnie było z pomocą przy praniu. Czy większych zamówieniach z kuchni. Administrator folwarku, nie miał zastrzeżeń, że jego pracownicy zarabiają dodatkowo. W czworakach każdy grosz się liczył. Przypomina mi się historia, ilustrująca, jak żyli ludzie na wsi. Marysia, którą polubiliśmy, miała chłopaka. Nieśmiało pytała mamy, czy nie straci pracy, jeśli się pobiorą. Mama nie tylko nie miała nic przeciwko temu, ale podarowała jej kompletną wyprawę i jakąś niewielką kwotę na wesele. Urlop okolicznościowy, nie był długi. Marysia wróciła trochę markotna. Otoczyliśmy ją kołem ciekawi, jak tam było na weselu. – Ano, zwyczajnie, wódke wypili, bigos zjedli, graty w chałupie powywracali i pośli nad ranem. – Opowiada smętnie. – No to przyprowadź swego chłopa, musimy go poznać. – Mówi mama. Marysia w płacz. – Dyć on w chałupie, pod pierzynom, nie śmi, ani za potrzebom. – A co się stało? Pobili go na weselu? – Pyta zaniepokojona mama. – Bogu dzięka nie pobili. Żyd dał mu na „borg” przyodziewek na wesele i pilnował, ino skończylim, zabrał. A jego jedyne portki, utopili w gnojowicy. – Wyjaśnia, połykając łzy, Marysia. Dostała stare spodnie taty i pobiegła rozradowana, wypuścić małżonka z pod pierzyny. Mieliśmy psy: młoda wilczyca Nora, o płowej sierści, posłuszna, dobrze ułożona. Daleko jej do naszej bohaterskiej Primy. Wujek Antek nabył wyżła, białego w brązowe łaty, lub odwrotnie. Trudno było rozstrzygnąć. Wabił się Bemol. „Wystawiał” nieomylnie, śpiące pod miedzą zające, przyczajone kuropatwy, aportował z wody zestrzelone kaczki. Wujek był doskonałym myśliwym. Polował tylko w okresach dozwolonych i tylko na wyraźne zamówienie mamy. Dla naszej kuchni. Kiedy dostałem na gwiazdkę elementarz, umiałem już czytać duże litery drukowane i recytować liczby do stu i dalej. Teraz, tata kupił dla nas, prawdziwą, podwójną, szkolną ławkę, z kałamarzami na atrament i miejscem na książki i zeszyty pod blatem. Ustawili je w końcu naszego, długiego korytarza, pod oknem. Bawiliśmy się z Alinką, czasem z Kubą, w szkołę. Zapełnialiśmy zeszyty coraz równiejszymi kółeczkami, laseczkami i w końcu, literkami z elementarza. Nie wiadomo, kiedy nauczyliśmy się czytać i pisać. Imponował mi Kuba. Znał, oprócz naszych, dziwne hebrajskie litery. Ojciec, wiosną, sprzedał naszą parę gniadych i kupił pięknego karego konika. Jak w piosence: gwiazdkę miał na czole. Miał służyć pod wierzch i do bryczki. Mamie cena wydawała się podejrzliwie niska. – To rzadka okazja, dokumenty konia w najlepszym porządku, sprawdzałem go przy bryczce i pod wierzch. Łagodny jak baranek. – Twierdził tata. Następnego ranka, po śniadaniu, zaprzężono karego do bryczki. Wyruszyli w pierwszą podróż. – Tylko nie spóźnij się na obiad. –Upominała mama. Zbliżała się pora obiadu. Stróż wydzwania, na dworskiej dzwonnicy sygnał przerwy a taty ani widu, ani słychu. Mama wysłała mnie za bramę, na górkę, żebym zawiadomił, jak zobaczę, nadjeżdżającą z daleka, bryczkę. Zobaczyłem ją kilkaset metrów za bramą. Wokół kilku ludzi i tata, jeszcze jakiś koń. Zdziwiło mnie, że nasza bryczka stoi w drugą stronę, jakby tata nie chciał wracać do domu. Podbiegłem. – Tatusiu, mama czeka z obiadem. –Ojciec wziął z bryczki kurtkę i teczkę z papierami. – Wyprzęgnijcie drania i zaprowadźcie do stajni a bryczkę do wozowni. – Polecił. Wracaliśmy pieszo do domu. Co się działo przez te kilka godzin? Kary ruszył początkowo ładnym kłusem i rozmyślił się raptownie. Jak stanął nie pomogły ani prośby, ani groźby, Ani założenie drugiego konia do towarzystwa. Podpalenie z tyłu wiechcia słomy spowodowało tylko, kilkumetrowy skok do przodu. Wszystkie próby, nawet z zasłanianiem oczu i ciągnięciem za uzdę, nie pomogły. Wyczerpano wszystkie rady i pomysły, za wyjątkiem użycia bata, na co ojciec nie pozwalał. Zeszło kilka godzin. Kary wygrał. Przy stole było wesoło. Wujek śmiał się.- Kupiłeś może osła nie konia. – Tata tłumaczył, że przecież kupował nie jednego konia w życiu, że próbował go przy bryczce. – A Cyganie kręcili się w pobliżu? – Pytał wujek. – Pewnie, że byli. Widziałeś jarmark koński, na którym ich nie było? – Dałeś się nabrać. To ich stara sztuczka.Dali mu silny środek uspokajający. Jak wytrzeźwiał, zaprzęgnięto go do bryczki to obraza, jego końskiego honoru. Żałowałem honornego konika. Został sprzedany jakiemuś amatorowi konnej jazdy. Imieniny obchodziliśmy wspólnie z tatą, na Kazimierza, w marcu. Nie ma w kalendarzu świętego Waldemara, jak twierdził proboszcz we Włocławku i ochrzcił mnie, jako Kazimierza. Po latach dowiedziałem się, że święty Włodzimierz, kniaź ruski, który przyjął chrześcijaństwo w obrządku bizantyjskim, był znany w Skandynawii pod swym waregskim imieniem „Waldemar”. Czy on był prawdziwym świętym, czy może takim „honoris causa”? Wydaje mi się, że pewniejszym patronem jest nasz święty królewicz. Ojciec zafundował sobie na imieniny piękny motor firmy „Harley”. Wujek Antek miał już motocykl „DKW’. Pan mechanik też korzystał z tego środka lokomocji. Kierownictwo firmy zostało w całości zmotoryzowane. Ja również dostałem pierwszy w życiu pojazd mechaniczny. Była to miniatura kolejowej drezyny na kółkach. Napęd ręczny a kierowało się nogami opartymi na przedniej, skrętnej osi. Jazda wymagała solidnej gimnastyki. W wyścigach, z dodatkowym obciążeniem pasażerką, biłem na głowę Kubę, w jego pięknym kabriolecie, z napędem na pedały, jak w rowerze. Ciężki, mało zwrotny grat, potrzebował dwóch chłopaków do pchania. Tyle tylko przewagi, że miał prawdziwą samochodową trąbkę z gumową dmuchawą. Horyzont planów ojca, poszerzył się znacznie. Postanowił dalej unowocześniać. Tak, jak to rozpoczął rosyjski generał. Powtarzał, że postęp techniczny to warunek utrzymania się w światowej czołówce. Nie wolno niszczyć pożytecznych dokonań, choćby pozostawił je nieprzyjaciel. Nie wolno się zatrzymywać. W kilkuletnim planie rozwoju pojawiły się: – wymiana agregatu prądotwórczego, na nowocześniejszy; – rozbudowa linii przesyłowych i sprzedaż energii elektrycznej; – odbudowa i rozbudowa linii kolejki wąskotorowej, której zarośnięta i częściowo rozebrana bocznica dochodziła do młyna. Były to plany wymagające dużego kapitału i kilku podobnych zapaleńców, inwestorów. Interesy szły dobrze. Plany miały szanse realizacji. Na razie, przystąpiono do generalnego remontu młyna. Usprawniano i unowocześniano wyposażenie. Najważniejszym pracownikiem był pan mechanik Kochanowski. Stołował się u nas i mieszkał w jednym z pokoi gościnnych. W soboty jeździł, swoim motorem, do domu i wracał w poniedziałek. Wraz z pomocnikiem obsługiwał potężny silnik, sprzężony z agregatem, wytwarzającym prąd elektryczny dla oświetlania dworu i folwarku, Zabezpieczano się dodatkowym, oświetleniem naftowym, bo przerwy w pracy młyna były nieuniknione. Bocznice kolejową wykorzystywały dzieci, do wożenia się na jedynym, pozostawionym wózku szynowym. Oczywiście włączyłem się z zapałem do tej zabawy. Ojciec był entuzjastą postępu technicznego, odwiedzał Targi Poznańskie, od czasu ich powstania. Zawsze przywoził ciekawe informacje a nieraz jakiś nowy zakup. Jako jedni z pierwszych, mieliśmy radio firmy „Marconi”, miało lampy na wierzchu czarnej skrzynki. Zasilanie było z baterii kwasowej i dodatkowej, suchej, o rozmiarach cegły. Do tego słuchawki i głośnik, z wielką tubą, na oddzielnym postumencie. Zaraz po przyjeździe, zamontowaliśmy antenę na dwóch wysokich słupach, z solidnym uziemieniem, Po powrocie z Poznania, tata zawołał mnie, wyjął lampy, z naszego radia, rozłączył kabelki. Wręczył mi aparat, dwa śrubokręty i szczypce. – Zobacz, co tam w środku, tylko się nie pokalecz! – Brzmiała instrukcja. Sam, rozpakowywał nowy, lśniący lakierem, odbiornik. Ostatni model firmy „Philips”. Przy współpracy Kuby, wykonałem to pierwsze w życiu zadanie techniczne. Od tej pory rozkręcałem wiele urządzeń. Gorzej wypadało ponowne montowanie. Najtrudniej przyszło mi poznać wnętrze naszego młyna. Dwupiętrowy murowany budynek, z przylegającym do niego mniejszym, maszynownią, były dla mnie niedostępnymi. Tu praca wre, „jak we młynie”, wyjaśniano, nie możesz się plątać pod nogami.. Wujek i pan mechanik obiecują, że jak będzie spokojniej, to mi wszystko pokażą. „Czekaj tatka latka”. Nareszcie wakacje. Przyjechali Irena i Marian. Jest wesoło. Jedziemy całą rodziną, na wycieczkę, do Ciechocinka. Tężnie, park uzdrowiskowy, obiad w restauracji. Ciechocinek, będzie teraz celem wycieczek z naszymi gośćmi, dla uatrakcyjnienia im pobytu. Przyjeżdżają, tak jak obiecały, ciotka Ada i panna Marysia. Tata przywozi komplety gier ruchowych na świeżym powietrzu: krykieta, serso, piłki. Rozgrywane są mecze, w których uczestniczą także panny Nojmanówny. Ciotka Ada zabrania nam, nazywać ją „ciocią”. Mamy być wszyscy „na ty”. Jest pewien kłopot. Ojciec i wujek, członkowie klubu motocyklowego i jacyś tam funkcyjni muszą wziąć udział w rajdzie motocyklowym do Gdyni i na Hel. Każdy powinien mieć pasażera, lub pasażerkę, na tylnym siodełku. Mama nie może jechać. Malutkiej Dziuni wyrzynają się ząbki. Wujek zabiera Adę, od dawna są umówieni. A tata? Na szczęście jest chętna panna Marysia. Tata też ma pasażerkę i to bardzo ładną. Mama pakuje wyprawkę, ostrzega, żeby jechał ostrożnie. Zastanawiam się, że nie widziałem u mamy cienia smutku a tym bardziej zazdrości. Jazdy, jako pasażerka na motorze, nie lubiła, ale żeby nie być zazdrosną o męża? Widocznie dawniej ludzie mieli więcej zaufania do najbliższych. Wrócili pełni wrażeń. Wujek świetnie opowiadał o wesołych przygodach po drodze. Przywieźli bursztyny, wodę morska w buteleczce, zdjęcia i „wiatr od morza”. W sierpniu mama i babcia Franciszka, wybrały się na pielgrzymkę do Częstochowy. Mama zabrała i mnie. Wyjechaliśmy raniutko z Włocławka, pielgrzymkowym pociągiem z daleka. Na stacji dołączono włocławskie wagony. Podróż zeszła na modlitwach i śpiewach kościelnych. W Częstochowie na dworcu formował się pochód parafii za parafią, z krzyżem na przedzie i ze śpiewem. Szliśmy, prowadzeni przez księży w białych komżach na Jasną Górę. Odsłonięcie Cudownego Obrazu. Wśród świateł, zapachu kadzideł, klęczymy. Modlę się, jak babcia mnie uczyła, wpatrzony w twarz Czarnej Madonny. Trzeba wstawać. Napływają nowe grupy pielgrzymów. Robi się ciasno. Już widzę tylko plecy stojącego przede mną. Po chwili już nos mam w jego marynarce. Mama usiłuje mnie wziąć na ręce, wyciąga i podnosi mnie rosły mężczyzna z prawej. Znowu widzę ołtarz i mam, czym oddychać. Stoimy pośrodku nawy. Przez środek robią przejście dla biskupa. Tłum zostaje rozdzielony. Mama z babcią są po lewej a ja z opiekunem po prawej. Jeszcze widzę mamę kiwającą mi ręką. Rozjeżdżamy się coraz dalej. Ludzie chcą być bliżej nadchodzącego orszaku. Biskup błogosławi na prawo i lewo. Też się przeżegnałem. Jesteśmy już zupełnie z boku nawy. Jest luźniej. Ląduję na własnych nogach. Myślę, co dalej. Jestem spokojny. Tata uczył mnie: – Gdybyś się zgubił, to szukaj zawsze policjanta. – Czy go tu znajdę? Nieznajomy przeczuł moje myśli, bo nachylił się i szepcze, żebym modlił się spokojnie, znajdziemy mamę. Nabożeństwo trwało długo, homilia również. Skończyło się tak, że oddał mnie pod opiekę sióstr zakonnych, które zbierały zagubione dzieci. Jedziemy do miasta. Poznaję sierociniec, gdzie dzieci w jednakowych fartuszkach siedzą właśnie przy długim stole. Dostaję miejsce i swoją porcję obiadu. Pętam się po niewielkim placyku z ławeczkami. Mama i babcia dowiedziały się gdzie jestem. Wcale się nie śpieszyły za bardzo, żeby mnie odebrać. Przyjechały dorożką i pojechaliśmy prosto do naszego rozmodlonego pociągu, We Włocławku nocowałem u dziadków na Łęgskiej . Spałem razem z Marianem. Opowiadam mu o tym sierocińcu. Dreszcz mnie przechodził na myśl o tych dzieciach. Miałem tu zostać kilka dni. Rodzice robią potrzebne, zwykłe zakupy, Jest też sprawa ważniejsza, mają wybrać wzory mebli do naszego mieszkania. Stolarnia na Milej skończyła produkcję stolarki budowlanej. Magazyn został już przebudowany na cztery mieszkania i jest „zasiedlany”. Ojciec przestawia produkcję naszej stolarni. Ma zrealizować poważne zamówienie: wykonać komplet mebli do naszego mieszkania, Jest to duże zamówienie. Trzeba umeblować, nowocześnie, na początek, stołowy i sypialny a następnie dopiero inne pokoje. Cała rodzina pomaga wybierać odpowiednie wzory, z ilustrowanych zagranicznych magazynów. Ojciec znajduje i angażuje młodego majstra, dobrego fachowca. Żaden pokazywany wzór go nie przeraża, każdy podejmuje się wykonać. Na wykonanie pierwszej części zamówienia potrzebuje, co najmniej, dwa lata z doliczeniem przerw na poszukiwanie i zakup materiałów. Ręczna robota. Stawia warunki: sam dobierze sobie pomocnika, musi osobiście wybierać potrzebne materiały. Ojcu podoba się nowy pracownik. Przyjmuje warunki, omawiają dodatkowe wyposażenie i organizację stolarni. Cieszyłem się z każdego pobytu u dziadków Stachurskich. Wielka kuchnia była przedzielona kotarą na dwie części. Za nią, od strony okna, był „pokój” dziadka i Mariana. Po lewej stronie etażerka z książkami „kozetka” Mariana. Pośrodku stolik, fotel dziadka i krzesła. Przy prawej ścianie, staroświeckie łóżko z daszkiem na czterech słupkach i zielonymi zasłonkami dookoła. Pościel chowało się do długiej skrzyni przy ścianie, przykrywało materac narzutą i można było siedzieć jak na kanapie a po zaciągnięciu firanek, jak w namiocie. To było moje ulubione miejsce, mój indiański wigwam, lub zdobyty namiot tureckiego paszy. Na etażerce stała mała, rzeźbiona w drewnie i pięknie politurowana kapliczka. Muszę ja opisać, bo była to jedyna pamiątka, prezent ślubny dziadków. Był to jakby przekrój, trzynawowego kościoła gotyckiego z dwiema wieżami. W środkowej apsydzie, wyłożonej masą perłową. Nad głównym ołtarzem krucyfiks Chrystusem z kości słoniowej. Na ołtarzach w bocznych nawach figurki św. Ludwika i św. Franciszka. Ołtarze, to były tajne skrytki, szufladki. Trudno było się ich domyślać wśród ozdobnych ornamentów. Otwierały się tylko po naciśnięciu jednej z setek cegiełek w bocznej, zewnętrznej ścianie kapliczki, niczym niewyróżniającej się od innych. Tą tajemnicę zdradziła mi babcia, gdy byłem starszy. Po śmierci babci zabrałem tą kapliczkę do nas, na Miłą. Nie przetrwała kolejnej wojny. Wdrapałem się na kolana dziadka, który siedział, jak zwykle, w swoim fotelu przy stole. Opowiadałem o swojej przygodzie na Jasnej Górze. Nie spodziewałem się, że to jest ostatnie spotkanie. W październiku do Gosławic nadeszła straszna wiadomość o jego śmierci. Przyjechaliśmy na pogrzeb. Dziadek nie chorował, przy drobnych niedyspozycjach, nie korzystał z pomocy lekarzy. Jedyne badanie lekarskie było na komisji wojskowej. Po prostu zasnął i już się nie obudził. Trudno mi było pogodzić się z tym, że go już niema i nie będzie. Żal, łzy same płyną. To jest normalne, tłumaczy ojciec. Człowiek się rodzi i umiera. Spotkamy się kiedyś, – TAM. Dziadek pozostał w mojej pamięci. Starannie ubrany, pachnący lawendą i tabaką, którą „zażywał” z blaszanej tabakierki. Pogodna zawsze twarz, zwisające białe wąsy i niebieskie, jak gdyby wypłowiałe, oczy. Oczy pełne dobroci, budzące zaufanie, takie, jakich się nie zapomina. Kolejna zima. Na święta była babcia, Irena i Marian. Przyjechała też Ada. Mama była oszczędzana w przygotowaniach wigilii i świątecznych specjałów. W kuchni dowodziła babcia, wspierana przez Adę. Przy ubraniu choinki pomagaliśmy wszyscy Irence. Z niecierpliwością oczekiwaliśmy prezentu od „bociana”, powiększenia się rodziny. 14 stycznia 1931 roku otrzymałem trzecią siostrzyczkę, Bożenkę. Na chrzcie świętym, pojawiły się te same kłopoty, co przy moich chrzcinach. Nie ma świętej Bożeny. Jako patrona otrzymała również świętego Kazimierza. Chrzestnym ojcem został, przyjaciel rodziny, ksiądz proboszcz Hofman. Babcia została tym razem dłużej. W roku 1931 miały miejsce, dwa ważne dla mnie, wydarzenia. Pierwsze mogło zakończyć moją życiową karierę, zanim się poważnie zaczęła. W czasie letnich upałów chodziliśmy się kąpać do stawu za sadem. Nie umiałem jeszcze pływać, podobnie, jak niektórzy moi rówieśnicy z czworaków. Pomagaliśmy sobie, pływakami z wałów sitowia, wiązanego też sitowiem. Pływaliśmy stylem, zwanym „po piesku”. Marian już nieźle pływał i nurkował. Popisywał się swymi umiejętnościami. Skakał do wody, z niewysokiej, pochylonej nad stawem, wierzby. Znalazłem się kawałek od brzegu, gdy mój pływak rozmienił się na drobne. Pomachałem trochę rękoma i ostatnie, co zapamiętałem to, jasno brunatna woda, zamykająca się nad moją głową. Film się urywa. Nieprzyjemne szarpanie za ręce, ugniatanie, krztuszenie się zwracaną wodą. Widzę boży świat, pochylonego nade mną Mariana i zbiegowisko wszystkich chłopaków. Marian usłyszał; – Waldek się topi! – W kilka sekund był pod resztkami mojego pływaka. Niespełna piętnastoletni ratownik, uratował niedoszłego topielca. Prosił żebym się nie chwalił w domu swoją przygodą. Wydało się. Za dużo było świadków. Wody się nigdy nie bałem, tylko czasem w snach, przypominała mi się, ta jasno brunatna, zmykająca mnie szczelnie masa. Drugie wydarzenie, nie do pominięcia w życiorysie, było rozpoczęcie „kariery naukowej”, w czteroklasowej, publicznej szkole wiejskiej. Mogłem jeszcze rok spędzić na swobodzie. Rodzice zdecydowali: Wiele się nie nauczy, ale przynajmniej przez pół dnia nic nie zbroi. Szkoła w oddalonej o kilometr wiosce Wola Bachorna, mieściła się, w jednej obszernej izbie. Dwa rzędy podwójnych ławek. Osiem w każdym rzędzie. Po prawej stronie rząd klasy pierwszej, po lewej drugiej. To od ósmej rano do południa. Po południu klasy trzecia i czwarta. Czarna szkolna tablica, ponad nią krzyż, niżej Biały Orzeł w czerwonym polu w towarzystwie marszałka i prezydenta. Okna po dwóch stronach. Pierwsza klasa gapi się na pola, druga ma widok ciekawszy, na drogę. Z tyłu, za ławkami wielki piec i wieszaki na garderobę. Obok tablicy drzwi do mieszkanka nauczycielki. Skromne dwa pokoiki i kuchenka. Szkoła jest koedukacyjną. „Pani” się rozdwaja. Pierwsza klasa pisze a właściwie rysuje mozolnie, w kajetach o trzech linijkach, kreski, laseczki i kółeczka. Druga sylabizuje czytanki, z przekazywanych sobie, wysłużonych książeczek, które tylko niektóre dzieci posiadają, Po tym, na odwrót. Druga klasa przepisuje jakiś niedługi tekst, lub ślęczy nad „rachowaniem”, dodawaniem i odejmowaniem, do dziesięciu. W tym czasie, pierwsza, uczy się rozpoznawać, pisane przez panią na tablicy, literki. Na pierwszej lekcji zostałem przeniesiony do lewego rzędu, do drugiej klasy. Od czasu do czasu, czytam, jako pierwszy, przepisywałem zadany tekst i gapię się na drogę. Ciekawsze były rachunki inne przedmioty. Byłem najmłodszym uczniem w szkole. W wiejskiej szkole, przeważnie dzieci chodziły po dwa lata do każdej klasy a niektóre po trzy i dostawały promocję automatycznie. Dłużej „studiować” programu jednej klasy nie było wolno. Nauczycielka wolała przepchnąć do następnej. Granicą, szkolnej „odsiadki”, było dwanaście lat. Po dwóch latach do wojska. Alinka zazdrościła mi szkolnej nauki. Zażądała: – Też chcę do szkoły. – Chodziliśmy razem, Ona została w pierwszej klasie, w prawym rzędzie. Droga do szkoły w czasie roztopów i niepogody była ciężka. Mimo to, byliśmy pilnymi uczniami. Zdarzyło się pewne nieporozumienie towarzyskie. Siedzimy wszyscy przy kolacji i słyszymy krzyk, na cały dom, To tubalny głos pana Nojmana, po polsku i częściowo po żydowsku, płacz i wołania żony i córek. Wyskoczyłem pierwszy zobaczyć, co się stało. W kuchni Nojmanów, przez otwarte drzwi, zobaczyłem naszego potężnego rządcę. Nad głową wymachuje żelazkiem do prasowania, dzwoniąc jak dzwonem, latającą w nim duszą. Czerwony jak burak wolał: – Ja go zbije! Ja go zabije! Pani Nojmanowa z jednej strony, Reginka i Genia z drugiej, starały się go zatrzymać. Płaczą i ciągną „tate” za poły marynarki. Zobaczył mnie Kuba. Wysunął się ukradkiem, odskoczyliśmy w głąb korytarza. Mówi szeptem: – Nasza Salcie, powiedziała, że „się wychrzci” i wyjdzie za twojego wujka. To „tate” się strasznie zdenerwował, chciał ja zamknąć. To ona się wyrwała i uciekła. Na pewno do twego wujka. – Panna Salcia, myślę, taka miła i ładna dziewczyna. Moją ciotką? Nie miał bym nic przeciwko temu. Trzeba ratować wujka. – Niemożliwe, wujek je spokojnie z nami kolacje. – Mówię i pędzę do stołowego. – Wujku! Wołam. – Pan Nojman wujka zabije, bo Salcie uciekła do wujka. – Nie martw się, zabić to on może swoją kulawą kurę. – Odpowiada spokojnie wujek. Pędzę zobaczyć, co u sąsiadów. Słyszę jeszcze zmartwioną mamę: – Antosiu, zobacz! Może ona naprawdę schowała się u ciebie. Na korytarzu, pochód już dochodzi do naszych drzwi. Pan Nojman kroczy na przedzie. Trzaska dusza w żelazku i ciągnie za sobą, przeciwniczki tej akcji. Powtarza: – Ja go zabije! Moje dziecko! Moje Salcie! Przyłączam się do Kuby, na końcu pochodu. O wujka się nie martwię da sobie radę. Boję się o pana Nojmana, zawsze był taki miły i co go napadło? Kuba zachowuje filozoficzny spokój. Szarpnięcie drzwiami i przy dźwięku żelazka-dzwonu i powtarzanej, jak pęknięta płyta, groźby, wkraczamy do kuchni. Ojciec nie reaguje. Stoi sobie spokojnie z boku, z tajemniczym uśmieszkiem na twarzy. Mama usiłuje rozładować sytuację: – Panie Nojman, proszę się uspokoić, wszystko da się wyjaśnić. – - Brak reakcji. Pan Nojman z uwieszoną płaczącą asystą, dociera do drzwi pokoju wujka. Szarpnięcie i drzwi stoją otworem. Widzę wujka stojącego na wprost. W lewym ręku trzyma swój mały czarny rewolwer. Nie żeby nim groził. Trzyma lufa do dołu a prawą, wyciera szmatka, chyba plamę oliwy na kolbie. Znam ten rewolwer. Wujek nie ma do niego ani jednego naboju. Ma być mój, jak urosnę. Gdy pan Nojman otworzył drzwi, wujek szybkim ruchem schował rewolwer do tylnej kieszeni spodni i stał na przeciw naszego wściekłego Goliata ze ściereczką w ręku. Temu, opadła ręka z żelazkiem, głos zamarł w pół słowa i zastygł jak słup soli, w który zamieniła się żona Lota z obrazka w Biblii. Cisza. Pierwszy odezwał się wujek, spokojnym, prawie łagodnym głosem. Jak gdyby nigdy nic: -, Co się stało panie Nojman? Mógłby pan zastukać. Pan zdenerwowany. Różyczko, dajcie szklankę wody. – Spełniono prośbę. Pani Nojmanowa wyjęła, z ręki męża, jego groźna broń a on trzęsącą się jeszcze, przytknął szklankę do ust. Przełknął łyk i usłyszeliśmy jego normalny głos: – Przepraszam panie Stachurski, czy pan nie widział mojej Salcie? Panna Salcie biegła bez park, widać do młyna, jakem tu szła. – Wtrąciła pokojówka Marysia. – Młyn pozamykany. Biedne dziecko. Robi się ciemno. Na pewno schowała się gdzieś w parku. Ruszajmy jej szukać. Pani Nojman niech pani weźmie coś ciepłego, bo zimno. Weźcie latarki. – Mama przejęła komendę ekspedycji poszukiwawczej. – Ty nie jesteś potrzebny. Myj się i do łóżka! – To było do mnie. Nie doceniono moich zasług ani znajomości każdego schowka w parku. Biegła w stronę młyna. Mieliśmy tam kryjówkę. Między ogrodzeniem a stawem. Pod płaczącą wierzbą jak namiotem stała ławeczka. Przeczucie mnie nie myliło. Kuba znał ta kryjówkę. Cos mi się zdaje, że i wujek, stary zwiadowca, wiedział o niej. Poszli jak po sznurku. Znaleźli uciekinierkę. Panny Salci więcej nie widziałem. Rano wyjechały razem z panią Nojmanową. Kuba zdradził mi w tajemnicy, że do rodziny do Grójca. Musiałem dać słowo, że nikomu nie powiem. -, Komu będziesz teraz koncertował. Przy księżycu, na swojej mandolinie? Lepiej daj ją na przechowanie, bo znowu jakiejś biedy napytasz. – Żartował ojciec. Mama się zdenerwowała. Pokłóciła się z tatą a jeszcze dłużej i poważniej z wujkiem. Dochodziły mnie tylko bardzo groźne urywki podniesionego głosu mamy i niezrozumiały szmer głosu wujka. Ostatnim akordem 1931 roku były święta Bożego Narodzenia. Rodzina w komplecie: Babcia, Ada. Irena i Marian. Martwię się o wujka. Wciąż go nie ma. Mama go gdzieś wysłała, ze dwa tygodnie temu. Usłyszałem groźne: – Bez niej więcej się nie pokazuj! – Mamo, kogo ma wujek przywieść? – Pytam zdziwiony. – Zobaczysz. – Tyle się dowiedziałem. Wreszcie w wigilię jest. Przywozi małą wychudzona dziewczynkę. Ma ze trzy latka. Tak, jak nasza Dziunia. Trzyma się kurczowo wujka. – To jest wujka córeczka Krysia. Jest waszą siostrzyczką. Będzie mieszkała razem z nami. – Ogłasza mama. Same dziewczyny. Chciałem spytać, czy wujek nie ma jeszcze gdzieś ukrytego synka. Ugryzłem się w język. Krysia stała się bliźniaczką Dziuni. Zawsze razem. Co jedna to i druga. Dziunia była zazdrosna o wujka. Gdy brał jedną na ręce, musiał brać i drugą. Dziunia stale całowała Krysię. Oddała jej wszystkie swoje zabawki. – Niech wujek na nią nie ksycy, bo ona nie ma mamy! – Upominała. W szkole wystawialiśmy, bożenarodzeniową szopkę. Alinka i ja mamy poważne role w pierwszym akcie. Alinka jest Matką Boską, ja królem Melchiorem, przynoszącym dary. Pierwszy publiczny występ uważam za udany.

Rozdział V – „POD WOZEM”

Szczęście jest jak porcelana – mówią Chińczycy. – piękne ale kruche. Kazimierz i Róża zdawali sobie z tego sprawę. Dwa pierwsze lata w Gosławicach, były bardzo pomyślne. Czy ten dobry początek, uda się utrwalić? Pojęcie „szczęście”, można rozumieć dwojako:, jako wygraną, w ryzykownym przedsięwzięciu, lub jako stan ducha – „skarb” chroniony w sercu człowieka szczęśliwego. „Póki człek żywy, nie jest nigdy szczęśliwy” – mówił dziadek Ludwik i dodawał, – „bo jest zachłanny i chciałby mieć więcej, niż może dostać.”. Mama często powtarzała te słowa. Umiała cieszyć się bieżącą chwilą a przyszłość pozostawiać w ręku Boga i pod opieką Najświętszej Panienki. Kult Matki Boskiej, w rodzinach obojga rodziców, był przekazywany nam dzieciom, dawał mi zawsze poczucie bezpieczeństwa. Ojciec był zdania, że odważnym los sprzyja. „Szczęście trzeba rwać, jak świeże wiśnie”, słyszałem dopiero po latach, refren piosenki. Obydwa hasła pasowały do niego w tym okresie jak ulał. W handlowe interesy angażował coraz większy kapitał i wygrywał. Podczas, gdy wujek Antek kierował pracą młyna, ojciec, na swym wspaniałym motorze, objeżdżał coraz dalsze tereny. Zaczynał się coraz poważniej liczyć w handlu zbożem na Kujawach. Chcąc, nie chcąc, znalazłem się w planach ojca, z ważną w przyszłości, rolą. „Mój następca” przedstawiał mnie swym znajomym, Nie byłem zachwycony tą nominacją. Szczególnie, niepokoiło mnie, że będę musiał chodzić w garniturze, jak dorośli, jak chłopcy w moim wieku z angielskich magazynów, Straszne! Jak się pokażę chłopakom w szkole? Tata ubierał się bardzo modnie i elegancko. Na co dzień miał sportowe garnitury. Oczywiście zawsze szyte na miarę, u jednego z dwóch najlepszych włocławskich krawców. Do jazdy motocyklem, na garnitur, zakładał specjalny kombinezon, zapinany wieloma „zamkami błyskawicznymi”. Do tego była jeszcze skórzana czapka „pilotka”, okulary ochronne i rękawice z dużymi, uszczelniającymi rękawy, ochraniaczami. Marzyłem o takim stroju. Na gwiazdkę dostałem blaszaną fabrykę. Mama oceniła krytycznie ten pomysł rozwijania, we mnie, politechnicznych zainteresowań. . Właściwie, była to otwarta hala fabryczną, z modelem nieokreślonej, potężnej maszyny na środku. Napęd dwoma, naciąganymi sprężynami. Z jednego końca, wsypywało się „sypki surowiec”. Po wprawieniu maszyny w ruch i wyciagnięciu zasuwy, był przenoszony, zewnętrznym transporterem, na szczyt maszyny, do wsypu, znikał w jej wnętrzu i wysypywał, do podstawianych na dole wagoników. Fabryka produkowała dużo hałasu. Sprężyny trzeba było często nakręcać. Surowiec, zastosowana przeze mnie, drobna sól, rozsypywał się po całej podłodze. Musiałem się z fabryką wynosić do parku. Wymyśliłem zabawę. Kuba był moim wspólnikiem i sprzedawaliśmy po szczypcie „produktu” – soli. Ustawiała się kolejka dzieci z czworaków, każde miało szmatkę do zapakowania. Pieniędzmi były kamyczki czy inną waluta. Sól przydawała się do kartofli parowanych, „w mundurkach”, dla świń. Częstowała nas nimi świniarka Józia. Wkrótce, blaszany mechanizm fabryki, nie wytrzymał narzuconego tempa pracy. Wyszło na mamine: – Wyrzucone pieniądze! A cel wychowawczy? – Wydaje się, że został osiągnięty. Poznałem mechanizm. Dowiedziałem się, że sól i wilgoć „żrą” żelazo. – Z takiej „gównianej blachy” nie mogła długo wytrzymać. – Pocieszył mnie wujek Antek. To też ważne doświadczenie. Z niecierpliwością oczekiwałem na dzień 4 marca, naszych wspólnych z tatą i malutką Bożenką, imienin. Wymalowałem, przy pomocy mamy i Ireny, piękną laurkę. Drugą malowała Alinka. Umieliśmy już wierszyki z życzeniami. Co dostanę? Imieniny wypadły w piątek. Tata raniutko musiał wyjechać. Uroczystość rozpoczęła się po południu. Życzenia i prezenty dla taty, dla „malucha” Bożenki i wreszcie moja kolej. Mama, babcia, wujek, Irena. Życzenia, prezenty. Cieszę się dziękuję. Patrzę, jednym okiem, na solidny karton, który tata trzyma w rękach. Teraz i on ściska mnie i całuje. Mam się pilnie uczyć, być rozsądnym, posłusznym, bo rodzice chcą mojego dobra. Nareszcie dostaję tajemniczy karton. Otwieram a tam: kombinezon do motocykla i reszta dodatków. Identyczna jak u taty. Cieszę się bardzo. Przymierzamy. Jest zbyt obszerny. Mam szybko rosnąć. Na razie tu i tam się pozakłada i pościąga. To nie koniec niespodzianek. Po kolacji, tata kazał sobie przynieść moje szkolne zeszyty, przejrzał je i mówi do wujka: – Musimy zatrudnić, niedrogiego sekretarza. Potrzebny mi stały rejestr, cen zboża na różnych rynkach. Przygotowałem taka księgę do wpisywania cen z giełdy warszawskiej, lwowskiej i poznańskiej w odpowiednie rubryki. Musiałby, co tydzień, jak tylko przywiozą gazety, wyszukać je i zapisać. – Masz kogoś znajomego na oku? To bardzo odpowiedzialna praca. Niech się pomyli, możemy mieć poważne straty. Zastanawiał się, udając powagę, wujek. Ojciec podał mu moje zeszyty. Zaczęli obaj je przeglądać. Mróz mi przeszedł po plecach. Czy myślą o mnie? – Musiałby się mocno podciągnąć, Zobacz, jaka ta ósemka koślawa a czwórka, to przecież ma być odwrócone krzesełko a nie zygzak. No zgoda, ale na okres próbny – usłyszałem podsumowanie przeglądu. – Przyjmujesz posadę? Trzy miesiące okres próbny. – Zwrócił się do mnie ojciec. – Zatkało mnie. – Chwileczkę – włączyła się mama. – Zapytaj, za ile? – Powtórzyłem pytanie. – 20 groszy tygodniowo, płatne z dołu, po odbiorze pracy. Potrącenia 5 groszy za każdy kleks w księdze. Mama przejęła pertraktacje. – Sekretarz, to pracownik umysłowy, pensja miesięczna i płatny urlop. Takie warunki i wynagrodzenie 1 złoty miesięcznie, proponuję, w imieniu mojego klienta. – Wspólnicy porozumieli się wzrokiem. – Przyjmujemy. Dawaj prawicę! – Ojciec i wujek potrząsnęli moją ręką. – Umowa stoi. Masz tu księgę. Ma zawsze leżeć na moim biurku od jutra przystępujesz do pracy. Tak tata prowadził, na mojej osobie, dalej swój wychowawczy eksperyment. Otrzymałem pierwszą w życiu, posadę. Następnego dnia, po powrocie ze szkoły, zasiadłem przy biurku ojca do pracy. Stos gazet a na nim, przekazana mi „księga”. Na etykiecie wypisane pięknym, kaligraficznym pismem ojca: „Ceny giełdowe zbóż – złotych za 199 kg – 1932 rok”. Otwieram. Strony podzielone, równiutkimi, pionowymi kreskami, pojedynczymi i podwójnymi. U góry, na drugiej i trzeciej stronie, nazwy kolumn: Data. „Pszenica”, podzielona niżej na trzy: Warszawa, Poznań, Lwów. Dalsze: „Żyto” i „Jęczmień”, mają już tylko Warszawę i Poznań. Pod spodem numery kolumn: 1 do 8. Na następnych stronach, nad kolumnami już tylko same numerki. Patrzę jak ciele na malowane wrota. Na ratunek przychodzi mama. Tłumaczy, że jest miejsce żebym cyferki pisał takie duża jak w moim zeszycie do rachunków, tylko liczby równiutko na linijce i w kolumnie. Pokazuje mi, w której gazecie i gdzie mam szukać cen. Podawane są tylko raz w tygodniu. Wypełniamy pierwszy rządek. Ostrożnie osuszyłem suszarką do atramentu. Prezentował się nieźle. Przy kolacji zameldowałem: – Tatusiu! Wujku! – Pszenica najtańsza we Lwowie, żyto w Poznaniu a jęczmień w Warszawie. – Dziękuję sekretarzu, weźmiemy to pod uwagę odpowiedział zadowolony ojciec. Mama dokładnie sprawdzała, czy siedzę bezpiecznie na tylnym siodełku motocykla. Podpórki dla nóg dopasowane, pałąk do trzymania się, mocny, z tyłu oparcie, też. – Jedź ostrożnie! – Prosi ojca. – Trzymaj się mocno. Na zakrętach pochylaj się leciutko tak jak ja. – instruuje tata. Nic trudnego. Jazda wspaniała. Kłopot z tymi konnymi zaprzęgami. Konie motocykla wciąż się boją. Trzeba czekać, aż woźnica przytrzyma, lewego za uzdę. Niektórzy robili to celowo opieszale. Pan Nowak pouczał. Jak pan jest już kolo takiego, niech mu pan zatrąbi w ucho, żeby go koń do góry podniósł i razem z wozem w pole poniósł, to się nauczy, ale ojciec czekał zawsze cierpliwie. Przypomniało mi się pewne zdarzenie w Sri Lance. Jechałem samochodem, wąską groblą, wśród zalanych wodą pól ryżowych, które orało ponad dwadzieścia zaprzęgów bawolich. Jarzma na grzbietach z zamocowanym do nich drągiem, zakończonym socha. Półnadzy oracze kierowali zaprzęgami melodyjnym pokrzykiwaniem i cienkim prętem bambusowym, którym nie bili, tylko delikatnie kłuli, lub drapali zwierzęta. Zatrzymałem się. Chciałem zrobić zdjęcie najbliższemu zaprzęgowi. Bawoły skoczyły jak zaatakowane przez tygrysa. Jarzmo, drąg i socha pofrunęły w powietrze. Pognały w dal. Żeby to tylko te jedne. Jak na komendę, zrobiły to samo wszystkie pozostałe zaprzęgi. Wszystkie bawoły zrzucały jarzma, w drzazgi szły drągi soch. Gnały w fontannach wody w kierunku, w którym pognał pierwszy zaprzęg. Oracze ratowali się ucieczka jak ludzie przed bykami w Pampalonie. – Sir, odjeżdżajmy, bo oni nas zabiją. – Woła mój towarzysz. Odjechaliśmy na pełnym gazie. Już chmara ludzi z pobliskiej wioski, biegła do grobli, żeby nam odciąć drogę. Dowiedziałem się, że to są jeszcze półdzikie bawoły z instynktem stadnym. Biegną, żeby się skupić do obrony. Żeby wziąć mnie za tygrysa, to mała przesada. Z końmi, na naszych drogach, nie było tak groźnie. We Włocławku, tata zatrzymał się na ulicy 3-go Maja, zdjął kombinezon, chował go do bocznej torby i poszedł załatwiać swoje sprawy w Starostwie. Wokół motocykla natychmiast zgromadził się wianuszek ciekawskich. Zdjąłem pilotkę i rękawice, schowałem też do torby. Wyjąłem szmatkę, wycierałem starannie reflektor, tablice rejestracyjne. Udawałem, że „publika” mnie nie interesuje. Nawet, gdy usłyszałem, cichą uwagę jakiejś pani: – Czy on nie za mały, żeby go wozić na takim pojeździe? – Spokojnie schowałem szmatkę, wypróbowałem cięgno hamulca i usiadłem sobie, bokiem, na siodełku taty. Podobne sceny powtarzały się wielokrotnie, kiedy musiałem czekać przy motorze. Czasem odpowiadałem łaskawie na pytania. Na Miłej, ciocie miały te same obiekcje, co pani na 3-go Maja. Dziadek Jan pytał tylko: – Nie boisz się? – Skąd! Dziadku to bardzo fajnie. Jak podrosnę, też będę miał taki motor. To trzymaj się zawsze mocno. – Zalecił. – Pamiętaj! Kto szybko jedzie, może biedę dogonić! – Wtrącił dziadek Wojciech. Wosiu, nie strasz! Dokończ to przysłowie:, Kto za wolno jedzie, to jego bieda dogoni. Trzeba się przeżegnać i robić swoje. – Zapamiętałem na zawsze tą dyskusję mych dziadków. Piekarnia dziadka Jana funkcjonowała coraz słabiej. Niezbędny był gruntowny remont. Ciocia Felcia martwiła się. Ukrywała kłopoty przed dziadkiem Janem i ciocia Władzią. Zwierzała się tacie, że oprócz zmartwień finansowych, czuje się źle. Chciałaby, wybrać się na kurację, do odpowiedniego uzdrowiska. Tata pomagał siostrze w prowadzeniu piekarni.. Mąkę dostarczał po cenach kosztów. Obiecał zająć się księgowością, na okres wyjazdu cioci. Z ciekawością słuchaliśmy informacji od cioci Hanki. Mieszkali w Lille, we Francji gdzie wujek Zenek pracował w konsulacie polskim. W grudniu 1931 roku, ciocia urodziła drugą córeczkę Zosię. Ojciec regularnie doglądał pracy stolarni. Majster, pan Józef z pomocnikiem, pracowali wyłącznie, przy wykonaniu mebli dla nas. Udowodnił, że jest mistrzem w swoim fachu. Zlecenie było prawie na ukończeniu. Obszerny kredens i stół rozsuwany na 12 osób, to miał być pokój stołowy. Do wykonania krzeseł miał być włączony tapicer, lub może zakupi się gotowy komplet. Sypialny, to wielka szafa ubraniowa, dwie nocne szafki i toaletka dla mamy, ze stolikiem z szufladkami, dużym lustrem środkowym i dwoma uchylnymi po bokach. Do łazienki, umywalnia z marmurowym blatem, półką, lustrem i szafką na ręczniki. Wszystko stało już w magazynie, czekało na politurę, ostateczne wykończenie i okucie. Po te elementy, i materiały, które dopiero miały nadać dziełu „wystawowy wygląd”, pan Józef wybierał się do Warszawy. Ojciec zostawił mnie na Miłej. Wracać mieliśmy dopiero po obiedzie. Ciekawiła mnie stolarnia. Pana majstra polubiłem od pierwszego spotkania. Był wysoki, szczupły, trochę przygarbiony, z wąską kreską, przystrzyżonego wąsika pod nosem. Miał czas. Zlecił już zadania, na okres nieobecności, pomocnikowi i był przygotowany do podróży. Oczekiwał na powrót taty i pieniądze. Objaśnił mi zalety warsztatu stolarskiego. Pokazał wszystkie narzędzia i ich zastosowanie. Przypadkowo zobaczyłem plik gazet na parapecie okna. Odkryłem „hobby” pana majstra. Były to egzemplarze tygodnika, wydaje mi się, pod nazwą: „Detektyw”. Marian kupował go czasem. Opisywano w nim sprawy kryminalne- Czy pana, kiedy okradli? – Spytałem. – Mnie? Kochany. Jeszcze się taki nie urodził. Cieszę się z wyjazdu do Warszawy. Lubię robić kawały tamtym cwaniaczkom. Trafiłem na ulubiony temat. – Wiedz, że pieniądze to ja zawsze dobrze chowam. Najlepiej do skarpetki. Portfel wypycham złożoną gazetą, żeby wyglądał okazale. Przy portmonetce, zobacz, mam taki haczyk, na który w kieszeni zakładam łańcuszek. W Warszawie, obserwują cię już na dworcu i typują „jelenia”. – Szczotką-zmiotką, zmiatał pyłki z warsztatu. – Odwróć się, przyczepiły ci się trociny. – Otrzepał mi lekko moje spodenki i mówił dalej: – Na moje przynęty, udało mi się złapać „płotki i trafić do szczupaka”. Już mnie znają i jesteśmy w dobrej komitywie. Ale która to godzina? Twego taty wciąż nie ma? Gdzie się podział mój zegarek? Leżał tu na warsztacie. – Tak, widziałem go, z takim srebrnym łańcuszkiem. – Potwierdzam. – Wyobraź sobie, mam kłopot z tym zegarkiem. Jak rozmawiam z kimś sympatycznym, to on zaraz do niego ucieka. Zobacz, czy on nie uciekł do ciebie? – Śmieję się. – To niemożliwe. – Sprawdzam. W jednej kieszeni chustka do nosa i sznurek, w drugiej blaszane pudełko z landrynkami. Wyciągam wszystko. – To dziwne, nie masz więcej kieszeni? Mam jeszcze z tyłu, zapięta na guzik. – To dla niego drobiazg. Odpinam, wkładam rękę i wyciągam zegarek. Nadszedł ojciec. Pan Józef śpieszył się, Postanowiłem sobie, że będę go odwiedzał. Na początku kwietnia przyjechał pan Moryc Ciuk. Poprosił rodziców i wujka na konferencje. Trwała dość długo, Wrócili podnieceni. Okazało się, że pan Ciuk postanowił sprzedać Gosławice. Usiedli zasępieni przy stole. – Wcale mu się nie dziwię. Przy tej nagonce na Żydów, wycofuje kapitał z Polski. Co myślicie o tym porozumieniu Hitlera ze Stalinem? – pytała mama. Te nazwiska znałem już. Co mają wspólnego ze sprzedażą? Co to za nagonka? Zrozumiałem, że młyna nie kupimy. Mama kategorycznie nie wyraża zgody na zadłużanie się kredytem. Dalsza dzierżawa zależy od tego, kto będzie nowym właścicielem folwarku. Nastąpiły zmiany. Wyprowadził się serowar, pan Żółty, następnie Nojmanowie. Kuba nie zdążył się ze mną pożegnać. Nigdy w życiu nie spotkałem go więcej. Wyjechał administrator pan Moniek i Moniuś z panią Wandą, jego opiekunką. Sprawy administracji przejął pan Dorenda. Dojeżdżał zawsze na kilka dni. Zjawił się nowy rządca, pan Żebrowski z żoną. Nie mieli dzieci. Nowy rządca patrzył każdym okiem w inna stronę. Nigdy nie było wiadomo, czy patrzy na człowieka, czy nie. Był dyplomowanym agronomem. Prace w folwarku przebiegały normalnie, jak dotąd. Tata uprzedził mnie, że sprawa sprzedaży to tajemnica. Przekazana przez pana Ciuka tylko do naszej wiadomości. Nie wolno mi jej zdradzić nikomu. Czułem się dowartościowany takim zaufaniem. Wypełniałem bardzo sumiennie moje obowiązki „sekretarza od cen giełdowych”. Z wynagrodzeniem, wyszło trochę nie tak, jak to sobie wyobrażałem. Wujek, powiedział: – Masz jak w ruskim banku – „Nie propadiot i nie uwidisz”. – Przy pierwszej wypłacie, tata wręczył mi zarobioną złotówkę, jednocześnie wyjął z szuflady, stalową, niewielką puszkę, ze słowami: – To jest skarbonka, własność Komunalnej Kasy Oszczędności we Włocławku. Tylko tam mogą ją otworzyć, specjalnym kluczykiem. W niej będziesz zbierał zarobione pieniądze. Jak będzie pełna, pojedziemy razem. Otworzą, przeliczą. Dostaniesz własne konto i własną książeczkę oszczędnościową. Będziesz mógł zrobić z tym kapitałem, co będziesz chciał. –Takie to były metody wychowawcze. Znowu mi się coś przypomina: W Damaszku, byłem zaproszony, przez wyższego urzędnika państwowego, na przyjęcie, z okazji urodzin, jego najmłodszego syna. Zajmowali najwyższe piętro wieżowca, wraz z całym dachem-tarasem. Siedzieliśmy, po zachodzie słońca, w przyjemnym powiewie od pustyni, na miękkich pufach, przy niskim, marmurowym stole. Sami mężczyźni, ponad dwudziestu, nie licząc, siedmioletniego właśnie, Abdula, jubilata i jego kilku rówieśników, na końcu stołu. Zgrzybiały dziadek „hadżi” na honorowym miejscu. Jako gościa, posadzono mnie wysoko, obok gospodarza. Zdziwiło mnie, że na Abdula nikt jak gdyby nie zwracał uwagi. Prezent, który mu przyniosłem, natychmiast oddal ojcu. Ten odłożył go, na bok, po krótkim „szukran” – dziękuje. Obsługiwała nas sama gospodyni i dwie dorastające, bardzo ładne, córki. Po niezliczonej ilości dań podstawowych, gdy wniesiono słodycze i owoce oraz kawę. Przyniesiono prezent dla Abdula: – Piękny ozdobny stołek pucybuta, ze szczotkami, pudełkami past. Rozległ się okrzyk radości, Chłopiec rzucił się całować rękę dziadka i ojca. Poprosił o pozwolenie i cała grupka, z solenizantem na czele, pobiegła na ulicę, wypróbować prezent. Siedzieliśmy jeszcze długo, przy kawie i nargilach. „Bolanda”, czyli Polska interesowała nawet panią domu, która przysiadła za mężem i zwracała się do mnie, niby za jego pośrednictwem: – Zapytaj pana o … Dochodziła 1-sza, żegnałem gościnnych gospodarzy, gdy wrócił zmęczony pucybut, ze swym warsztatem pracy. Podał ojcu pudełeczko, z kilkunastoma monetami. Ojciec pochwalił go i wsypał pieniążki do podanej przez matkę puszki. -To jest jego osobista kasa. – Wyjaśnił. Sam jeździł eleganckim mercedesem. Przypomniała mi się moja skarbonka z dzieciństwa. Minęło pięćdziesiąt lat a tu jeszcze takie zacofanie. Dziecku się należy! Trzeba „bezstresowo”! Inna Kultura?. A u nas? – Poszliśmy do przodu. – Mówił mi, pracujący na przystanku tramwajowym, zbieracz puszek po piwie. – Patrz pan. k… przyciśniesz pan butem i zgnieciona. Ameryka! Jeszcze ze dwadzieścia i będzie „browar”. W Gosławicach czekaliśmy na nowego właściciela folwarku. Może się zdarzyć, że będziemy się wyprowadzać. Przyjechaliśmy motorem na Miłą. Tata wydaje nowe dyspozycje. Gotowe do odbioru meble, pozostaną w magazynie. Zjawia się znana mu już ekipa budowlana. Nasz dom od ulicy Zimnej, nie został jeszcze zajęty przez lokatorów. Ma być znowu przebudowany, na jednorodzinne mieszkanie, z bogatszym, od dotychczasowego, wykończeniem. Przypominam tacie, że mamie nie podoba się mieszkanie na Miłej. To ma na razie zostać między nami. Musimy mieć awaryjne rozwiązanie. Na wszelki wypadek. W stolarni wita mnie pan Józef, Patrzę na niego z nieukrywanym podziwem. Proszę, żeby mnie nauczył sztuczki z zegarkiem. To nie takie łatwe, trzeba długo ćwiczyć. Radzi mi, żebym zaczął od przesuwania monety między palcami jednej ręki. Jak się nauczę to mi pokaże następne ćwiczenia. Dowiaduję się, że jego marzeniem jest nauczyć się otwierać, skomplikowane zamki, na przykład kas pancernych. Opowiada mi o słynnym „kasiarzu”, „Szpicbródce”, któremu musi dorównać. – Czy pan chciałby napaść na bank? – Spytałem szeptem. – Może. – Uśmiechnął się. Przypatrzył mi się badawczo. – Próbowałem wstąpić do policji. Nie przyjęli. Zdrowie! Postanowiłem zostać takim prywatnym badaczem choroby. Nie mów o tym nikomu. To tajemnica. Przyrzekasz?. – Przyrzekam! – Potwierdziłem uroczyście. Nie bardzo rozumiałem, co ma wspólnego badanie choroby, na którą cierpi. Znowu tajemnica. Nawet nie mogę z nikim o niej porozmawiać. Wielki Tydzień. Dorośli uczestniczą w rekolekcjach prowadzonych przez wspierającego, naszego proboszcza, obcego księdza. Ja czytam zawsze przed obiadem, wybrany przez babcię fragment biblii. Nie opuszcza mnie myśl, może te Święta, będą tu ostatnimi. Od tygodnia nasz świniak jest przerabiany, przez sprowadzonego rzeźnika, na szynki, kiełbasy i wspaniała kaszankę. Niczego nie wolno kosztować, bo post. Nadwyżki mięsa „pekluje” się w beczce z solą. Kuchnia pracuje na wszystkie fajerki i piekarnik. Na kuchennym stole przybywa ciast, bab i mazurków o różnym smaku. Mama jest wspierana przez babcię i Irenkę. Oboje z Alinka, malujemy pisanki. Patyczkami, moczonymi roztopionym wosku, rysujemy na jajkach różne wzorki. Jajka są po tym, gotowane w łupinach cebuli, buraków, czy w trawie. Są kolorowe a nasze wzorki zostają białe. Okolice obiega przerażająca wiadomość. Schwytano wielokrotnego mordercę. Handlarz bydła i świń, z niedalekiego Zakrzewa. Jeździł na jarmarki swym dwukonnym wozem. Po tym oferował podwiezienie gospodarzowi, który dobrze sprzedał krowę, czy świnię. Jeszcze upijał go po drodze i dowoził do lasu, na wieczne nie wytrzeźwienie. Wpadł, gdy zostawił ogłuszonego tylko, kupca w swojej oborze, bo do furtki dobijał się następny kandydat na nieboszczyka. Na szczęście pozostawiony odzyskał przytomność. Jedna z ofiar wrzucił do studni kolejowej w Brzeziu. Biedni ludzie wyrzucali całe, przygotowane na tej wodzie, wielkanocne potrawy i wypieki. Znaliśmy tego bandytę, bo czasem oferował nam prosiaka, lub cielaka. Był bardzo uprzejmy i wymowny. Tylko mama zwróciła uwagę, że ma oczy„świdrujące” i biegające, oraz ręce, których nie mógł utrzymać spokojnie, te nie budzą do niego zaufania. Sprawdziło się. Święta są wesoło i rodzinnie. Domownicy: kucharka i pokojówka, oraz nasza piątka dzieciarni, dostajemy coś nowego z ubrania na, lato, W Wielką Sobotę nie możemy się doczekać na przyjazd księdza proboszcza, żeby poświęcił świąteczny stół, żebyśmy mogli, rzucić się na te smakołyki. Babcia upomina, że dopiero poświęcenie potraw, jest zakończeniem postu. Ksiądz Hofman, przyjeżdża do nas końcu, żeby tu już zostać dłużej, na obiedzie. Wielka Niedziela. Jedziemy wystrojeni do kościoła. – „Wesoły nam dzień dziś nastał, Którego z nas każdy żądał …” – śpiewali tata i wujek po powrocie. Z Marianem poszliśmy do czworaków, grać w jajka. Marian wygrywał, ja przegrywałem. – Przyjdźta na dyngusa! –Zapraszali nas chłopacy. Marian poszedł. Mnie mama nie puściła. Wrócił ociekający wodą. Ja mogłem tylko wodą kolońską pokropić nasze dziewczyny. Stało się! Tata pojechał swym motorem na spotkanie „złego fatum”. Ciekawe, że człowiek ma czasem, niewytłumaczalne, przeczucie. Tata wyjeżdżał bardzo niechętnie. Wróciłem właśnie ze szkoły. – Chcesz się przejechać? – Pytał mnie. – Niema mowy. Niech się pouczy. Nauczycielka mówiła mi, że uważa się za takiego mądrego, że nie potrzebuje zaglądać do książki. – Przecięła mama dyskusję. Byłem na podwórzu, gdy zajechał, z raptownym hamowaniem, nasz znajomy taksówkarz z Włocławka. Wyskoczył i pyta: – Gdzie jest mama? – Na górze, w mieszkaniu. – Odpowiadam. Pędzi po schodach, a ja za nim. – Niech pani się prędko ubiera, mąż miał wypadek! – Mówi jednym tchem. Zdrętwiałem. Patrzę na mamę. Zastygła na moment. – Ubieraj się, pojedziesz ze mną. – Mówi, twardym nie swoim głosem. Rzuciłem się przebierać w lepsze ubranie. Słyszałem jeszcze jak wujek pytał: – Żyje? – Zabrali go do szpitala. – Brzmiała odpowiedź. Siedzimy w taksówce. Mama obok kierowcy. Ja podskakuję z tyłu, na wybojach. Trzymam się oparcia przede mną, Taksówka pędzi, prawie bez przerwy, na sygnale. Pan Tadeusz opowiada: – Stałem na Placu Wolności, na postoju. Przyjechał kolega i powiedział o wypadku. Mąż jechał prawidłowo od strony Torunia. Przy katedrze, z lewej strony, z ulicy Mostowej, wyskoczył nowiutki samochód osobowy, z młodym kierowcą i grzmotnął w motor i pani męża. Zaraz wystartowałem po panią. Jak przejeżdżałem, to męża już zabrali. Leżał rozbity motor, stal samochód z rozbitymi reflektorami i policjanci mierzyli i opisywali. Dobrze, że mąż nie wiózł pasażera. Dojechaliśmy do Szpitala św. Antoniego. Mama poprosiła, żeby pan Tadeusz czekał. Tata leżał z głową i piersiami w bandażach. Tylko widać zamknięte posinione powieki i otwór na usta. Prawe ramię i ręka też w bandażach i na rusztowaniu z drutu. Zjawił się ordynator oddziału. Przedstawia mamie rodzaj zabiegów i stan rannego. Nie wszystko wtedy zrozumiałem. Pamiętam, co wielokrotnie w domu powtarzano, że ustawiono i usztywniono prawy staw barkowy i złamany obojczyk, oraz kręgi szyjne. Stwierdzono pęknięcie postawy czaszki. Niepokojono się obszarem wstrząsu mózgu i brakiem czucia w nogach. Nos był rozbity, ale nie złamany. Tata miał silny krwotok. Podano krew. – Organizm silny, trzeba czekać. – Słyszę słowa lekarza i dalszy przebieg rozmowy: – Panie doktorze, co można jeszcze zrobić? – Dobrze byłoby uzyskać opinię specjalisty. – Kogo pan mógłby polecić, najlepszego? – Chyba profesora N, z Warszawy. . Czy mógłby pan mnie połączyć z profesorem? – - Możemy próbować. Wychodzą. Jaka ta mama dzielna myślę. Mnie łzy same płyną. Klękam przy łóżku. Przytulam policzek do leżącej bezwładnie ręki. – Tatusiu, niech tatuś nie umiera. – Proszę cichutko. Wraca mama i siostra, pielęgniarka. Mama zabiera mnie. Idziemy do taksówki. – Nie pozwolę mu umrzeć! – Mówi mama, do mnie, czy do siebie. – Panie Tadeuszu, żebyśmy nie zapomnieli. Jutro musi pan wyjechać na ranny pociąg warszawski. Niech pan trzyma w ręku kartkę z dużym napisem: Szpital św. Antoniego. Przyjedzie profesor. Zawiezie go pan do szpitala i będzie pan do jego dyspozycji. Jedziemy do banku, Dobrze, że mama ma niezbędne pełnomocnictwa. Na Miłej wszyscy maja czerwone zapłakane oczy. Ciocia Władzia nalewa nam po talerzu zupy. Musimy coś jeść. Mama połyka szybko. Zabiera z naszego mieszkania bieliznę dla taty i potrzebne drobiazgi. Wraca do szpitala. Ma tam nocować.. Zostaję na Miłej. Modlimy się razem o wyzdrowienie taty. Dziadek Jan siedzi przy mnie w naszym mieszkaniu. Niby coś czyta. Właściwie czeka żebym zasnął, żebym nie czul się sam w pustym mieszkaniu. Następnego dnia, po obiedzie, idziemy z ciocią Władzią do szpitala. Odbyło się już konsylium z udziałem profesora. Nie podjęto decyzji o trepanacji czaszki, ustalono, co trzeba i profesor odjechał. Przyrzekł możliwość dalszych konsultacji. Mama w białym szpitalnym fartuchu. Opowiada, że tata odzyskał przytomność. Nie może mówić. Poruszanie szczęką sprawia mu ból. Chwycił mamę swą lewą ręką. Usłyszała, z trudem wymówione: – Zabierz mnie, nie chcę umierać w szpitalu! Podeszliśmy do łóżka. Tata otworzył oczy i zamrugał kilkakrotnie. Z nosa zdjęto opatrunek Był spuchnięty, i czymś wysmarowany. Tata wyglądał okropnie. Ciocia pocieszała, że będzie jak dawniej. Przychodziliśmy codziennie, przynosiliśmy w koszyczku obiad dla mamy i specjalna, rosołowo- jarzynową „papkę”, którą mama, łyżeczką, karmiła tatę. Na Miłej plątałem się między piekarnią a stolarnią. Pan Józef zabawiał mnie swymi „kryminałkami”, Kaziok Osowski pokazywał jak się łapie obce gołębie. Z dziadkiem Janem siadałem w zagłębieniu pieca. Opowiadał mi o wypieku chleba. Myślałem o tacie. Martwiłem się. Minęło ze dwa tygodnie. Mama mówi nam, że jest postęp, że jest już czucie w nogach. Natomiast martwi się, że tata jak gdyby nie wierzył, że z tego wyjdzie. Nie może znieść stałego żądania, aby zabrać go, bo nie chce umierać w szpitalu. Postanowiła spełnić to żądanie, mimo sprzeciwu lekarza. Musi podjąć to ryzyko. Samopoczucie rannego jest bardzo ważnym. Wie to ze szpitalnej praktyki. Ciocia obawia się, czy to dobry pomysł. Może nastąpić gwałtowne pogorszenie. Tu mają lepsze możliwości. Mija jeszcze kilka dni. Zabieramy tatę i wracamy. Podjeżdża pan Nowak swoim mikrobusem. Mama musiała podpisać jakiś dokument. Tata na noszach, obłożony poduszkami. Obok niego mama i pani pielęgniarka. Ja siedzę przy kierowcy. W Gosławicach przemeblowanie. Pokój sypialny zamienia się w pokój szpitalny. Dzieci zostają wykwaterowane. Do moich obowiązków należy dostarczanie lodu z dworskiej lodowni, na okłady. Ojciec jest wyraźnie zadowolony z przeprowadzki. Sytuacja się normalizuje. Mama i pani pielęgniarka pełnią dyżury. Z każdym dniem widać poprawę. Razem z Alinką chodzimy do szkoły. Wracamy oddzielnie. Ona ma swoje koleżanki. W szkole, w drugiej klasie, mam kolegów trochę starszych ode mnie, z dużym doświadczeniem życiowym. Po lekcjach, miałem sporo czasu do obiadu. Wstępowałem do czworaków, do kolegi z mojej ławki. Na niego czekał „dwojak”, To taki podwójny garnek gliniany, z uchwytem do niesienia. Jachu nosił w nim ojcu, obiad, składający się z żuru, lub zsiadłego mleka i okraszonych ziemniaków. Pędziliśmy na pole, wraz z innymi dziećmi, bo dworski dzwon ogłosił już przerwę obiadową. Ojcowie i starsi bracia wypoczywają w cieniu, dzikiej gruszy na miedzy. Zjadają bez pośpiechu. Jedni rozkładają się na trawie, do krótkiej drzemki, z twarzą przykrytą czapką, żeby muchy nie gryzły. Drudzy siedzą, palą machorkowe skręty i zabawiają się rozmową. Próbowałem takiej drzemki. Nie wychodziło. Pod czapką duszno. Muchy tną w gołe nogi i ręce. Jachu się śmieje, że inni maja spokój, bo wszystkie muchy do mnie lecą. Jego strój nie pasuje do żadnego żurnala. Długie portki, obstrzępione przy pół łydki, koszula z rękawami, też przyciętymi na wymiar, lepiej chronią. Na nieliczne muchy, które łażą po jego bosych nogach, nie zwraca uwagi, podobnie jak na plamy, czy rozdarcia portek i koszuli. Bardziej by mi odpowiadał jego strój. Tylko buty bym zatrzymał. Boso nie dam rady, myślałem. Moi robotnicy w Algerii mieli dwugodzinną przerwę obiadową. Rozkładali się i rozsiadali grupkami w cieniu. Zjawiał się sprzedawca herbaty. Nalewał do małych szklaneczek. Był to koncentrat herbaciany, niesłychanie słodki. Każdy łyk trzeba było popić wodą. Po wypiciu człowiek był lekko otumaniony. Zauważyłem, że moi robotnicy, po tej herbacie wyraźnie maja objawy, zamroczenia alkoholowego. Wziąłem szklaneczkę. Gorące perfumy na spirytusie, o zapachu jaśminu. Wypluwam. – Co ty mi dałeś? – Krzyczę. – To herbata. – Tylko z wodą kwiatową. – Pokazuje mi litrową butelkę, z kwiatem jaśminu na nalepce. Nie dziwiło mnie, że w super-markecie stała długa kolejka mężczyzn po te butelki. Przekonałem się, że to był zakup, nie tylko do higieny osobistej. Każdy zakaz można ominąć. Koniec roku szkolnego. Zdałem do trzeciej klasy. Wujek Antek jest ze mną, na rozdawaniu świadectw. Pani nauczycielka chwali, że mam najlepsze stopnie w klasie. Alinka też zdała do drugiej klasy na samych piątkach. Gdy wracamy wujek mówi: – Nie bądź taki ważny. Wśród ślepych, jednooki może być królem. Zobaczymy jak pójdziesz do dobrej miejskiej szkoły. Marian nie przyjechał. Był na obozie harcerskim. Zostali mi chłopacy z czworaków. Tu nie było wakacji, tylko praca od rana do wieczora. Pomagałem im, gdzie było można. Mieliśmy wiejskie atrakcje: Czasem przechodził „wuja Trawiński”. Biedny człowiek. Pracował wiele lat w Ameryce. Wrócił, pobudował się i wszystko poszło z dymem. Zwariował. Był na utrzymaniu, to jednej, to drugiej gminy. Był niegroźnym wariatem. Śpiewał jedną i tą samą piosenkę. Słów jedynej zwrotki nie mogłem zrozumieć. Powtarzał się nieskończenie refren: … dam ci śledzia na wiliją! – To był wybitny prekursor obecnych „wokalistów”. Tylko, jak mu dzieci dokuczały, wołaniem: – Wuja! Dolary się palą! – Trzeba było uciekać. Nigdy nie wołałem, ale uciekałem aż się kurzyło. Co za zacofanie. Musiałem się zestarzeć, żeby doczekać, prawdziwej kultury muzycznej, porywającej tłumy. Albo wybitna „strip teas’erka”, nazywana przez, niewyrobioną kulturowo, publiczność wiejską: „głupią Zośką”. – Chodź ino hybko. Zośka się kąpie! – Wywołał mnie Jachu. Pobiegliśmy nad stawek. Dołączyliśmy do „galerii” chłopaków leżących za krzaczkiem i komentujących kształty i ruchy artystki. Zośka stała, tak jak ją Pan Bóg stworzył, po kolana w wodzie i prała swoja skromną garderobę i wdzięcznie, rozkładała do suszenia na trawie. Nie pozwolono nam długo rozwijać artystycznego smaku. Nadbiegły przeciwniczki popularyzacji sztuki wśród młodzieży, z czworaków, przegoniły nas brutalnie i zabrały roześmiana artystkę. – W naszej rodzinie popsuło się. Najpierw mama miała długa rozmowę z wujkiem w jego pokoju. Przeglądali księgi buchalteryjne, prowadzone przez tatę i segregatory z papierami. W kuchni dochodziły podniesione głosy. Czekałem niecierpliwie. Przecież byłem pracownikiem. Chociaż wujek wypłacał mi pensje, nawet nie patrząc na wykonaną pracę. Po może, dwóch godzinach, wychodzi mama ze łzami w oczach, za nią, zdenerwowany wujek. – Zrozum! Ja też mam swoje plany i swoje życie – mówi. – Nie mogę o tym powiedzieć Kazikowi, bo jest jeszcze za słaby. –Odpowiada mama. Co to ma znaczyć? Ja nic nie rozumiem. Na pozór, nic się nie zmieniło. Tylko między mamą i wujkiem „wiało chłodem”. Mama powiedziała ojcu i nam, że musi jechać do Warszawy, porozmawiać z profesorem o przebiegu leczenia. Tata prosi, żeby wstąpiła we Włocławku do naszego znajomego mecenasa Kuligowskiego i zleciła mu prowadzenie sprawy, przeciwko sprawcy wypadku. Okazało się, że mama miała do załatwienia, jeszcze inne, ważne sprawy. Bemola, psa myśliwskiego, trzeba było uśpić. Zachorował na „nosówkę”. Żałowaliśmy go wszyscy, bo to był bardzo mądry i łagodny, doskonale ułożony, pies. Dla wujka, to była wielka strata. Bemol był tak łagodnym, że kiedyś, pozwolił Dziuni i Krysi, szorować sobie zęby, pastą i szczoteczką taty. Dobrze, że zauważyłem, bo chciały odłożyć je na miejsce. -, Bo Bemolowi z buzi śmierdzi. Bożenki też trzeba było pilnować. Wcześnie zaczęła chodzić ściągać, co jej się podobało, mówić a właściwie domagać się kategorycznie, tego czy innego. Przyjechała babcia. Zapomniała kupić we Włocławku czekoladowych cukierków. W naszym wiejskim sklepiku były tylko landrynkowe. Dala Bożence torbę, aby wszystkich poczęstowała a ta mała wybrednisia, zajrzała do środka i oddała babci; – Takich nie jemy! Mama wróciła. Opowiadała tacie, co załatwiła. Profesor dał receptę na miksturę wzmacniającą. Mecenas Kuligowski przyjedzie, żeby naradzić się, co do wielkości odszkodowania. Rozbity motor jest zabezpieczony w policyjnym magazynie. Przeciwko sprawcy jest prowadzone dochodzenie. W pokoju wujka odbyła się, pod przewodnictwem babci, narada a raczej „rozprawa” arbitrażowa. Pozwolono mi uczestniczyć, w charakterze cicho siedzącej publiczności. Oczywiście przebieg rozprawy uzupełniam, późniejszym dopytaniem. – Wspólnik! W takiej sytuacji, zawiadamia mnie, że występuje ze spółki i wycofuje swój kapitał. Wprawdzie obiecuje, że będzie pomagał. Jak z tego wynika na nasz koszt. – Mówi zdenerwowana mama. Babcia spogląda pytająco na wujka. – Zajmowałem się prowadzeniem młyna. O działalności handlowej Kazika mam mgliste pojęcie. Zorientowałem się, że zawarł sporo umów, o dostawy zbóż z tegorocznych zbiorów. Wpłacał zaliczki. Teraz trzeba realizować, odbierać towar i płacić. Czyli wymienić resztę kapitału spółki na zboże i co alej? Nie znam odbiorców. Nie mogę łapać dziesięć srok za ogon, bo nie utrzymam żadnej. Zaliczki przepadną. Mogą nam jeszcze, wytoczyć procesy o odszkodowania za niedotrzymanie umowy kupna. Sprawy będą się ciągnąć. Sąd zablokuje konta spółki. Musiałem się wycofać i swój kapitał, zanim to się stanie. -, Co jej radzisz? – Pyta babcia. – Ja już sobie poradziłam. Uprzedziła mama. – Umowy i korespondencje przekazałam mecenasowi Kuligowskiemu. Uratuje, co się da. Z Ciukiem umówiłam się, że młyn włączy do całości folwarku i po sprzedaży, zwróci nam to, co zainwestowaliśmy. Zostało nam jeszcze trochę na koncie. Zaczniemy od nowa. – Podziwiam ją. To samo bym jej radził. Będę prowadził młyn, dokąd Kazik nie stanie na nogi. Cieszę się, że idzie na lepsze. A wyglądało mizernie. – Podsumował wujek. – No widzisz! Nie jest taki zły, jak ci się wydawało. Ja zostanę, pomogę ci. – Zakończyła rozprawę babcia. Najważniejsze, co z tego zrozumiałem, to, że mama nie da sobie w kaszę dmuchać, jak mówił dziadek Ludwik. Ucieszyłem się. Wujek, mój chrzestny, nie jest zły. Babcia go nie chwaliła, ale i nie potępiła. Zobaczymy, co powie na to tata? W początku lipca ustały bóle głowy. Tata od razu poczuł się lepiej. – Poproś Antka, dlaczego się nie pokazuje. Co z tegorocznymi dostawami? – Usłyszała mama. Przyjęła metodę szokową: –, Co z dostawami? Szykowałeś się cały czas umierać a teraz dostawy cie interesują? Ciesz się, że żyjesz i dziękuj Bogu!. Motor rozbity. Dobrze, że dzieciaka nie zabrałeś ze sobą. Zamiast ciebie ratować, to miałam może jeździć i pilnować twoich dostaw. Zaliczki przepadły i żeby tylko. Kuligowski ratuje, co się da. Antek zajmuje się młynem. To nasz jedyny dochód teraz. Prosiłam, żebyś kupił samochód, nie motor. Szkoda słów. Najważniejsze, że żyjesz. Byliśmy na wozie, jesteśmy pod wozem, Wstawaj prędko i bierz się do roboty, tylko mądrzej! – Tata zamknął oczy. Po chwili usłyszeliśmy: – Psia krew! Szkoda zaliczek! – Pozbiera się! Pomyślałem. W końcu lipca zjawił się nowy właściciel. Niemiec z poznańskiego. Nazywał się Wehreuter. Wiek, po pięćdziesiątce. Ostrzyżony na jeża i z cygarem w ustach. Mówił po polsku, z niemieckim akcentem pierwszy raz słyszanym, przeze mnie. Przyjechały dwa wozy meblowe. Wiedział o wypadku taty, życzył powrotu do zdrowia. W warunkach kupna ustalono, że mamy dzierżawę młyna, oraz najem mieszkania opłaconą do końca roku, Tu nie mógł nic zmienić. Kręciłem się przy rozpakowaniu i ustawianiu mebli. Nowy dziedzic specjalnie wyjął i dał mi do obejrzenia, niemiecki hełm oficerski, tak zwaną „pikelhaube” i szpadę. Pochwalił się, że był oficerem w czasie pierwszej wojny. Oboje z żoną byli bardzo uprzejmi. Można powiedzieć, chcieli wyraźnie zrobić jak najlepsze wrażenie. Pani dziedziczka mówiła gorzej po polsku od męża. – Myszle, bendze nam sze bobrze mieszkalo. Pani ma bardzo szejn dziecki. – Mówiła do mamy. Pan rządca Żebrowski oprowadzał dziedzica, po nowych włościach. Nie wiem czy wcześniej się znali. Rozmawiali, przeważnie po niemiecku. Tata zaczął chodzić. Podpierał się laską. Z każdym dniem czuł się lepiej; Zajrzał do papierów i wydało się, że wujek już nie jest wspólnikiem. Tak jak się domyślaliśmy, nie przyjął tego spokojnie. Mama powtórzyła argumenty wujka. To go uspokoiło, ale nie przekonało. Niezbyt serdecznie podziękował wujkowi za prowadzenie młyna. Chciał od razu uregulować należne wynagrodzenie. Wujek się obraził. Następnego dnia, zamówił furmankę załadował swoje ruchomości. Krysię zostawił pod opieką babci a nie naszej mamy, jak było dotąd. Pożegnał bardzo serdecznie nas dzieciaków a chłodno naszych rodziców. Wsiadł na swój motor i zobaczyłem go dopiero, gdyśmy wrócili do Włocławka . Nowy właściciel folwarku, namawiał ojca do przedłużenia dzierżawy młyna. Mimo okazywanego współczucia i uprzejmości, tata wyczuwał „fałszywą nutę” w jego głosie. Podzielił się, tym wrażeniem z mamą i babcią. Zdecydował, że wracamy do Włocławka i tam zorientuje się, co dalej. Wehreuterowi wymówił się, złym stanem zdrowia. Rzeczywiście, jeszcze nie było najlepszym. Z trudem chodził i laska niewiele pomagała. Spraw było dużo. Mikrobusem Nowaków, jeździł do Włocławka na konferencje z mecenasem Kuligowskim i jego asystentami. Na szczęście udawało się. Mimo, iż sąd obniżył żądane odszkodowanie, młody ziemianin „beknął” solidnie. W szopie na Miłej, stał nowiutki motor. Udało się odzyskać niektóre zaliczki. Sądy drugiej Rzeczypospolitej działały, jak w reszcie cywilizowanego Świata. W kwietniu wypadek w lipcu odszkodowanie, w tym, apelacja strony przeciwnej. To niepojęte, Dwie rozprawy i ostateczny wyrok. Ja, po sześćdziesięciu latach, w prostej, zdawałoby się, na zdrowy rozum, sprawie, uczestniczyłem w kilkudziesięciu rozprawach a odszkodowania doczekałem się: po dziesięciu latach! – Poszliśmy do przodu! – Jak mówił, cytowany już przeze mnie „nurek”. Czekaliśmy na zakończenie przemiału, posiadanego i dostarczonego zboża. We Włocławku kończono przebudowę, domu przy ulicy Zimnej. Przyjechał Marian, prosto z harcerskiego obozu. Wreszcie ostatni transport mąki wyjeżdża do piekarni dziadka Jana. Tata przekazuje młyn wcześniej niż w umowie. Mieszkanie mamy opłacone do końca roku. Nie może tu wypoczywać. Szkoda czasu. – Jesteśmy pod wozem! Musimy znowu stanąć na nogi! – Słyszę. Na razie, siedzimy z Marianem na wozie, na moim tapczaniku, ustawionym w poprzek ostatniego wozu z naszym dobytkiem, wracającym do Włocławka. Za nami zostały Gosławice. Minął nas znajomy w mikrobusie z rodziną. Marian jest dowódcą Kolumny pięciu wozów. Jak dziadek Ludwik przed laty w Bułgarii. Ja jestem jego adiutantem, Jest jeszcze nasza suka Nora, bez konkretnego przydziału. Jak to jednak „najgorsze”, może się okazać „szczęśliwym zbiegiem okoliczności”, – mówili niektórzy. To wyraźna Opieka Boska, twierdzili moi rodzice. Wehreuter okazał się wysokim funkcjonariuszem partii hitlerowskiej. Wielu Polaków wysłał do obozów, na roboty do Niemiec, czy na śmierć. Pierwszą ofiarą represji niemieckich był ksiądz Hofman, zastrzelony obok kościoła. Można sobie wyobrazić, co by czekało ojca i nas wszystkich, gdybyśmy tam zostali. Pod koniec lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku, w drodze do Kruszwicy, zboczyłem, żeby popatrzeć na Gosławice. Zniknęły, jak „fata Morgana”. W krąg, pustynia. Jak okiem sięgnąć, brunatne pola. Nie wierzyłem własnym oczom. Ani śladu pałacu, zabudowań, młyna. Żadnego drzewa, czy chociaż krzaczka, tylko zarośnięta niewielka sadzawka, pozwoliła mi zlokalizować miejsce, gdzie kiedyś był piękny park ze starodrzewem. Przy sadzawce, która była malowniczym stawem na skraju parku, jest dalej, odchodząca od szosy, polna droga. Szosę musiano podwyższyć, bo niżej, stał przytulony do nasypu, koślawy, niewielki domek za szczelnym płotem. Chcę się czegoś dowiedzieć. Wychodzi zabiedzona, blada kobieta. Nie chce rozmawiać, bo w domu maż chory i nie pozwala rozmawiać z obcymi. Chcą ich usunąć. Po drugiej stronie drogi stał młyn. Widzę niewielką ruinę, przystosowaną nieporadnie do zamieszkania. Poznaję. To Bula stara nieczynna kuźnia. Przed naszym przyjazdem kowal podgrzewał pocisk artyleryjski z pierwszej wojny. Żeby dostać się do prochu. Pofrunął z nim do nieba. Wyrwał, po drodze, kawał dachu. Trzymałem w tej kuźni parę białych królików. Podkopały się pod fundamentem. Wracały pożywić się i przyprowadzały szaro bure potomstwo. – Niech pan tam nie idzie Tam wariat, atakuje każdego, kto się zbliży. – Ostrzegła mnie kobieta i zamknęła za sobą drzwi. Przynajmniej, ktoś ma korzyść z tego, co było dawniej. Zawróciłem do Siniarzewa. Jest kościółek, za nim dwór i smętne resztki parku. Zaniedbane, nadgryzione zębem czasu. Ludzie wychodzą z kościoła. Rozchodzą się w pośpiechu. Zatrzymuję starszego mężczyznę. Nie ma czasu na rozmowę. Za chwilę zacznie się ważne zebranie wyborcze. Idę na plebanie. Zmalała, wrosła w ziemię. Ksiądz staruszek, zaaferowany w rozmowie z dwoma parafianami. Jestem nie w porę. Ożywia się, gdy słyszy, że chciałbym zamówić Mszę świętą za duszę jego zamordowanego poprzednika i za moich zmarłych rodziców. Jadę dalej. Do przodu! Rozdział VI – PLAN ZAPASOWY Kto często mówi: – „Jakoś to będzie!” – Ten prędzej, czy później, pod płotem siędzie. Przysłowia są mądrością narodu. Gdyby o tym pamiętali i sięgali do tej skarbnicy, młodzi, którym się zdaje, że wraz z wąsem pod nosem, osiągnęli pełnię rozumu. Na szczęście, Kazik, zawsze miał dokładnie przemyślane i przygotowane: – plan awaryjny i plan zapasowy, na wszelki wypadek.

Rozdział VI – PLAN ZAPASOWY

        Kto często mówi: – „Jakoś to będzie!” – Ten prędzej, czy później, pod płotem siędzie.
Przysłowia są mądrością narodu. Gdyby o tym pamiętali i sięgali, do tej skarbnicy mądrości, młodzi!. – Niektórym się zdaje, że wraz z wąsem pod nosem, osiągnęli pełnię rozumu. – Gdy, taką teorią zarażą cały naród? – Szkoda gadać!
Kazik był wrogiem oczekiwania na to, co przyniesie „ślepy los”.  Przejął filozofię i pomysły na życie ojca Jana i teścia Ludwika. Miał własny projekt realizacji.
Przypomnijmy, jaka to była filozofia. Naturalny model współżycia małżonków, oparty na MIŁOŚCI wzajemnym szacunku i zrozumieniu.
Przedsiębiorstwo rodzinne – najstarszy model organizacji produkcji. Rozwijać je miały dzieci, wnuki i prawnuki, na zasadzie dobrowolnego uczestnictwa. Dzieciom zapewniano zdobycie wiedzy, według zainteresowań i zdolności. Mogli zostać, lub wyfrunąć z gniazda i zawsze wrócić. Miało być oparciem, dawać poczucie bezpieczeństwa. Były i dodatkowe, ważne cele: społeczna misja, pomoc w poprawę bytu i podnoszenia poziomu kultury, słabszego gospodarczo otoczenia.
Jest to, relikt dawnej solidarności rodzinnej, rodowej, plemiennej, odpowiedzialności za wielodzietną rodzinę
Mrzonki? – Pewnie!. Nie te czasy!  Tacy mądrzy jesteśmy teraz.
Dziwi mnie tylko, że wróciliśmy do „archaizmów” takich jak: prymitywizm w sztuce, chamstwo w życiu społecznym, nie mówiąc o innych, bardziej szkodliwych nawykach plemion pierwotnych, a tamten model, ma nikłe szanse powodzenia..

Dziadkowie byli twardzi. Walczyli z losem, z niezrozumieniem u obcych, ale szanowali wolną wolę swoich. Przypominają mi, bokserów na ringu. Padali, podnosili się, padali znowu, aż Najwyższy Sędzia odliczył: Dziesięć!

Przed laty, gdy Liban był jeszcze pięknym, bezpiecznym krajem, byłem w Bejrucie, na meczu bokserskim: „Dwóch na dwóch”. Jak jeden, z walczących, leżał na deskach i sędzia zaczynał go wyliczać, jego partner wskakiwał na ring i bił się dalej. Wspólnik usuwał się, lub był wyciągany. Odpoczywał i wracał zastąpić wyliczanego kolegę. Koniec meczu nastąpił, gdy obaj partnerzy zostali wyliczeni.

Kazik był takim następca swego ojca, na ringu życia. -  A kto wskoczy po nim? Przedstawiał mnie: „Mój następca”. Lekceważył to, że ja chciałbym w przyszłości zostać policjantem.
Na szczęście, pamiętał o planie awaryjnym i planie zapasowym.
- Pierwszy, w przypadku, gdyby na przeszkodzie stanęło najgorsze: – Nieszczęście! – Grom z jasnego nieba! – Wojna!
Na razie Opatrzność uchroniła. Natomiast, w końcu 1932 roku, poważnie zastanawiano się nad możliwością wybuchu nowej wojny. Kazik, podobnie jak wielu innych, był przekonany, że Sowieci knują nowy atak i dojdzie, do niej, prędzej niż później. Marszałek Piłsudski, szuka sojuszników, aby zaatakować Niemcy, łamiące ustalenia Traktatu Wersalskiego i stłumić w zarodku zapędy Hitlera. – Kazik pójdzie na wojnę. – Oby jak najpóźniej!
Plan miała realizować Róża: – Zlikwidować interesy. „Chronić i wychowywać pisklęta, we włocławskim gnieździe. Szukać oparcia w rodzinie i u „swoich”. Róża znała i akceptowała ten plan.
Na razie, codziennie odmawiamy we wspólnym pacierzu:
„Pod Twoją obronę uciekamy się Święta Boża Rodzicielko!…”
Plan zapasowy został opracowany na wypadek poważnego niepowodzenia: – „Wyliczania na ringu”:
„Cofnij się, przymierzaj i dopiero uderzaj. Dlaczego rzuciłeś się na ślepo?” – Uczył mnie dziadek Jan, jak powinienem się bronić, kiedy przyszedłem z rozkwaszonym nosem.
Kazik znał tą zasadę, może z tego samego źródła. Musi się cofnąć i jeszcze raz „mierzyć”.
Handel zbożem mógł przynieść duży zysk, był połączonym z ryzykiem angażowania znacznej części kapitału. Strata! Nieudana transakcja mogła przekreślić projekt. Myślał o własnej rodzinie, o ojcu, stryju i siostrach.  O nowych miejscach pracy.
Gospodarstwo w Ostrowitku, młyn w Gosławicach, oraz inne przedsiębiorstwa branży spożywczej, miały docelowo, służyć wymarzonej wytwórni, przetworzonej, taniej żywności, w miejscu ojcowskiej piekarni.
Ten wieloletni plan akceptowali, z zadowoleniem, ojciec i stryj. Siostry podchodziły z rezerwą, Różę interesował dom i dzieci.
Kazik obiecywał: - Dom zbudujemy piękny, wygodny, w Szpetalu, na zboczu wysokiego brzegu Wisły, z widokiem na rzekę i Włocławek. Tam będziemy spędzać starość, cieszyć się wnukami i tym jak nasze dzieci rozwijają dalej, to, co myśmy zbudowali.
– Trzeba, aby nie było to „bujanie w obłokach”. Poszczególne etapy muszą być oparte na wyliczeniach, aby miały, pewne, stabilne podstawy.

Zmierzył: Nie kupimy młyna a dzierżawa też niepewna. – Nie wykupimy jeszcze działek, sąsiadujących na Miłej. Odkładamy na później inwestowanie w nieruchomości, nieprzynoszące dochodu w krótkim terminie. Wypadło z planu, kupno placu za Wisłą. Teraz, trzeba, jak uczył ojciec uderzyć! Jak zareaguje Róża?
        – Różyczko! Kochanie! Musimy pomieścić się w domu przy Zimnej. – Myślę o uruchomieniu produkcji, zgodnej z naszą koncepcją, we Włocławku. Muszę odrobić straty. Pojąć ryzyko w nowym przedsięwzięciu. Następnie, maksymalnie zwiększymy produkcje piekarni a praktycznie, muszę rozebrać i pobudować ją na nowo. Na to, potrzebuję koncentracji wszystkich naszych aktywów.
Róża godzi się. Zastrzega tylko, że w planach musi być uwzględniony koszt nauki dzieci w najlepszych dostępnych szkołach.  To była najważniejsza, niezbędna aprobata.
Kazik, przyjmuje warunek i jeszcze obolały, wspierając się na lasce, wbrew nawet kategorycznemu żądaniu Róży, aby się oszczędzał, rzucił się w wir spraw skorygowanego projektu. – Włocławek – Toruń, Podróże, spotkania, konferencje. Mało widywaliśmy ojca od chwili, gdy podniósł się z „łoża boleści”.
Zostawiam tu politykę wyższego szczebla. Wracam do dowodzonej, przez komendanta Mariana i mnie, jego adiutanta, konnej kolumny transportowej, która w pierwszą sobotę września, zmierza w kierunku Włocławka.
-, Co zrobimy, panie komendancie, jak nas zaatakują z przodu a my tu na ostatnim wozie? – Pytam.
- Pobiegnie pan, panie adiutancie na rozpoznanie i wróci po dalsze rozkazy.
– Wcale mi się to nie podobało. Trudno, zgodziłem się za tego adiutanta.

Wozy wlokły się. Skracaliśmy sobie czas śpiewaniem piosenek wojskowych i ludowych. Woźnica też nam prezentował kujawskie przyśpiewki, o pracowitej Kasi, o Kujawiaczku z Rzadkiej Woli.
W południe, przy wiejskim sklepiku, zrobiliśmy popas. Marian miał „kasę”. Kupił po butelce piwa, ćwiartce chleba i po ćwierć kilograma kiełbasy dla każdego furmana. My mieliśmy koszyk z żywnością dla nas i dla Nory. Zafundowaliśmy sobie jeszcze po butelce oranżady.

Bez przygód i przy ładnej wrześniowej pogodzie, wjechaliśmy na podwórko, na Miłej. Rozładunek. Wozy mają wracać z powrotem, muszą się śpieszyć.
Tata wskazał, gdzie, co. Część składowano w stolarni i przylegającym do niej magazynie, cześć wstawiano do naszego mieszkania przy piekarni na dawne miejsce. Marian dogląda rozładunku. Mnie przypadła funkcja łącznika między nim i sztabem – rodzicami.
Dziadkowie i ciocie, wyraźnie cieszyli się naszego powrotu. Dziadek Jan, wydawało się, zapomniał o swych bólach i pogwizdywał sobie wesoło. Ciocie zajmowały się dziewczynkami.
Zwiedzam nasze nowe lokum, dom przy Zimnej. Przed wejściem, postawiono drewnianą, nawet bardzo ładnie wykończoną, sień- przybudówkę. Mała, z wąskim okienkiem przy ładnych, oszklonych drzwiach. Dwuspadowy daszek, wysunięty nieco do przodu. Przykład małej drewnianej architektury. Wybitne dzieło majstra Józefa. Już go nie ma. W stolarni, gdzie wnoszono część bagaży, stały poprzykrywane, nasze nowe meble. Pan majster, w ramach rozliczenia za robotę, zabrał wyposażenie stolarni. Obie strony były zadowolone.
Po pałacu w Gosławicach, wszystko wydaje mi się malutkie.
- Ciasne, ale własne! – Mówi tata. Nadszedł z elektrykiem, aby omówić szczegóły instalacji. Z sieni wchodzimy do przedpokoju. Uderza zapach świeżej farby. Kilka kobiet zajętych sprzątaniem po malarzach. Ich majster czeka na wypłatę i pochwałę: - Co do „kolorków i wzorków” w pokojach, to „pięknie stanęły”. – twierdzi. Co na to powie mama? Mam wątpliwości.
Na wprost, oszklone wejście do maleńkiej, ciemnej kuchni. Ze względu na schody na piętro, część sufitu, pod nimi, pochyła, aż do podłogi. Wąskimi drzwiami, po prawej stronie, wchodzimy do przyszłego saloniku. Ma być jednocześnie gabinetem ojca. Z przedpokoju można tu wejść, szerszymi drzwiami. Następny pokoik będzie stołowym.
- Pod ścianą, na wprost okna, ustawimy nowy kredens, przed nim stół, dookoła krzesła i jeszcze zostaną wąskie przejścia przy ścianach. Przy oknie, może mama się zgodzi ustawić nową toaletkę.
Z przedpokoju, na lewo, sypialny i następna, garderoba. W niej będzie ustawiona nowa umywalnia. Niestety, wodę trzeba będzie donosić i wynosić kubełkami.
Idziemy do piwnicy. Schodzi się zewnętrznymi, zadaszonymi schodami, w szczycie domu. Od biedy, można by tu zamieszkać.  Ojciec zleca wykonanie instalacji elektrycznej, jak dla pomieszczeń produkcyjnych. Może przyjdzie je tak wykorzystać.
Wychodzimy. Przed domem mało miejsca, rozjeżdżone błoto. Kończy się rozładunek, wozy wyjeżdżają kolejno na ulicę Zimną. Mam zaprosić mamę do ostatecznego odbioru.
Znajduję ją. Siedzi w naszym dawnym mieszkaniu, z chusteczką przy oczach. - Mamusiu!  Dlaczego mamusia płacze? – Pytam zaniepokojony. – To nic. Idź do dziadka. Nie plącz się ludziom pod nogami.
Pędzę do ojca. – Tatusiu, mamusia czegoś płacze. – Wracamy.
 Co się stało Różyczko?  – Ojciec siada obok i przytula mamę.
– Nic takiego, tylko pomyślałam sobie o tym pałacu za Wisłą. Dobiły mnie, ta sionka, ciemna kuchnia, woda, którą trzeba donosić i niewiadomo gdzie wylewać.
- Tata pociesza: – Znikną magazyny, te naprzeciwko naszego domu, jak tylko zabierzemy z nich i ustawimy meble. Zostawimy tylko stolarnię, Zaplanujemy piękny ogródek.Wokół domu będziesz miła rabatki, będą kwiaty, posadzimy róże. Będzie szambo, utwardzony przejazd do Zimnej. Pamiętałem o twoim życzeniu. Od teścia Hanki kupiłem i do posadzenie gruszę. Za dwa lata będziesz miała ulubione „klapsy”- Sień pomalują olejną, dobrą farbą. Zobaczysz, będzie ładna. W środku, z lewej strony, jest ławeczka. Pomieszkamy tu tylko przez kilka lat.
Tu będzie centrum firmy. Mam dla niej nazwę: „JAN GALCZAK, rok założenia 1888”. To jeszcze tajemnica. Zaproponuję ojcu dopiero na jego imieniny, Willa za Wisłą nie ucieknie. Uśmiechnij się moja Różyczko!
– Dobrze, że chociaż tych gruszek nie obiecujesz na wierzbie. Na tej ławeczce, w swojej sionce, możesz sobie dziada posadzić! – Mówi mama, już spokojnie. - To ma być rozebrane, albo zrób sobie z tego wygódkę. Tu ma być porządna, murowana weranda. Duże okna w trzech ścianach, Ma być taka, żeby się zmieścił stolik i ławeczki. Wszyscy musimy się pomieścić, przy śniadaniu, czy podwieczorku.
A ta kuchenka pod schodami. Nie jesteśmy we dwoje. Niedługo… – przyłóż tu rękę!
- O „psia krętka”, myślę sobie. Że ja zawsze, o czymś ważnym, dowiaduję się ostatni. Znam się już na tym. Nie darmo studiowaliśmy, z Kubą, obrazki w maminej książce lekarskiej. Siedzę cichutko i zamieniam się w słuch.
- Tu, gdzie ta kuchenka, możemy zrobić łazienkę. Kuchnia może być w szczycie, z lewej strony, z oddzielnym wejściem.
– Tata westchnął. – Dobrze kochanie! Na wiosnę przerobimy. Przyrzekam!. Teraz przed zimą, późno zaczynać.
- Zobacz, czy już rozładowali. – Tata przypomniał sobie o mnie.

Rozumiem. Chcą zostać sami. Musze porozmawiać z dziadkiem Janem. Jak by to zrobić, żeby urodził się chłopiec. Dziewczyn już nam wystarczy.
Rozładunek zakończony. Żegnałem mych dworskich przyjaciół i konie, a szczególnie jednego i jego opiekuna. Sadzał mnie przed siebie, do jazdy „ na oklep”. Jechaliśmy na pastwisko, albo do mycia koni w stawie.
Ciocia Władzia zobaczyła mnie. Woła. Mam zaprosić furmanów do piekarni. Ciocia przygotowała grube pajdy chleba, smarowane smalcem i dzban gorącej kawy zbożowej.
Nadchodzi ojciec. Dziękuje za wykonaną pracę. Żegna każdego, jak dobrego znajomego i obiecuje pomoc, gdyby mieli sprawy we Włocławku. Zapłacił w folwarku, za transport, rozładunek i pomoc w ustawianiu mebli. Dodatkową „premię”, którą zwykle dopłacał każdemu, zostawił u proboszcza. Mają się do niego zgłosić po powrocie. Dziękują, żałują, że się wyprowadziliśmy. Nic nie mówią, ale widać, że nie są zachwyceni tym ostatnim pomysłem. - Gdybym im tu wypłacił, to zajechaliby najpierw do najbliższej karczmy. – Wyjaśnił mi tata.
W naszym starym mieszkanku ciasno. Po kolacji wędruję, razem z Marianem, na nocleg, na Łęgską. Spałem razem z Marianem, podzieliłem się z nim swym zmartwieniem: – Czy można coś zrobić żeby urodził się chłopiec, nie dziewczynka? – To ty już wiesz o tym? Widzę, że nie jesteś taki głupi jak myślałem.  – Pochwalił mnie i dodał – Nie martw się, znam jednego, co ma siedem sióstr i do tego jest najmłodszym. Ty jesteś najstarszym, dasz sobie radę. – Myślałem, że ty mnie lubisz – mówię obrażony. – Niechby było i siedem, tylko tata chce, żebym był jego następca a ja chciałbym zostać policjantem, muszę mieć brata, może lepiej by się nadawał na następcę.
- Śpij już, na to nie ma sposobu, to loteria, jak byś grał w „cetno – licho” i nie ma oszukaństwa, trzeba przyjąć, co się zdarzy.
Trudno, dziadek Jan, też pewnie nie zna rady. Ma same córki i jednego syna.
Nowe zmartwienie nie pozwala mi zasnąć. Przez przeprowadzkę, opuściłem prawie tydzień nowego roku szkolnego 1932/1933. Rodzice chcą mnie zapisać do szkoły powszechnej przy gimnazjum imienia ks. Jana Długosza. Marian jest uczniem tego gimnazjum. Twierdzi, że do trzeciej klasy, mimo dobrych stopni w wiejskiej szkole, nie przyjmą mnie bez egzaminu. Opowiada mi o tej szkole. Lśniące posadzki, chodzić trzeba w miękkich kapciach, ławki i stoliki, których nie wolno nawet zadrapać, mundurki, jak w wojsku. Groźny kierownik szkoły powszechnej, przed którym wszyscy czują respekt.  Skóra cierpnie!
Czekam poniedziałku, jak skazaniec na wykonanie wyroku. W niedzielę idę z babcią, na Mszę św. Do kościoła farnego św. Jana. Właśnie wychodzi moja przyszła szkoła. Najpierw poczet sztandarowy. Starsi chłopcy w błękitnych czapkach i granatowych mundurach z biało-czerwonymi szarfami przez ramię. Chorąży, w białych rękawiczkach niesie piękny sztandar. Dalej czwórkami chłopcy, w błękitnych czapkach, poczynając od najmłodszych. Klasy nie są liczne, po pięć, sześć czwórek. Szukam trzeciej. Jest. Buzie roześmiane, przepychają się, podają sobie coś ukradkiem, z rąk do rąk. Idąca obok elegancka pani, pewnie wychowawczyni. Stara się zaprowadzić porządek.
Nie wygląda to najgorzej, myślę sobie. Dam sobie radę w tym towarzystwie.
Rano, w poniedziałek, ledwie zdążyłem zjeść śniadanie jest tata. Czeka na dole w dorożce. Chodzenie po schodach sprawia mu jeszcze trudność. Jedziemy do nowej szkoły.
Za potężnymi ozdobnymi drzwiami wita nas i obrzuca mnie, jak mi się wydaje, groźnym spojrzeniem, starszy pan w mundurze ze srebrnymi guzikami. – Szanowny pan, zapisać chłopca? Proszę uprzejmie do sekretariatu – zwraca się grzecznie do taty.
Miła pani sekretarka. Prosi siadać i chwilę zaczekać na pana inspektora.
- Tylko przedstaw się ładnie – upomina szeptem tata. Nadchodzi pan inspektor, przystojny, w okularach w cienkiej złotej oprawie.
- Ignacy Duczmal, jestem kierownikiem szkoły powszechnej.  – Kazimierz Galczak – odpowiada tata i spogląda na mnie. – „Ściągam kopyta”, jak mi pokazywał i uczył mnie Marian. Kłaniam się i wypalam, przećwiczoną formułkę: - Nazywam się Waldemar Galczak, ukończyłem drugi oddział szkoły powszechnej, proszę o przyjęcie do trzeciego oddziału, tej szkoły. – Chyba wypadło nieźle, bo obaj uśmiechają się lekko. Pan inspektor zaprasza nas do gabinetu. Przegląda moje świadectwo i metrykę. Patrzy w swoje notatki, po czym zwraca się do taty: – Wierzę, że wiadomości syna odpowiadają tym ocenom. Pana przyjaciel ksiądz Bogdański prosił w tej sprawie. Mamy już komplet uczniów. Dałoby się go jeszcze umieścić, ale jest kłopot. Urodził się w roku 1925, powinien być przyjmowany do pierwszej klasy a nie do trzeciej. Musielibyśmy zgłosić do kuratorium, ma świadectwo wiejskiej szkoły. Będą go egzaminować, przeprowadzać testy. Proponuję, żeby w tym roku, zapisał go pan, do państwowej szkoły powszechnej. Da radę w trzeciej klasie, uzyska promocje do czwartej, to przejdzie do nas.
Pożegnaliśmy pana inspektora. Nie wiedziałem, czy mam się martwić, czy cieszyć.
- Jedziemy do szkoły na Brzeską. – Wydał tata dyspozycję dorożkarzowi.
– Nie przyjęli chłopca? – Odezwał się do taty. Znałem go. Pan Skierski miał najładniejszą dorożkę na obręczach z twardej gumy i gniadą klacz w lśniącej zawsze uprzęży.
- I dobrze panie Galczak. – Kontynuował po chwili.- Po co panu ładować im tyle pieniędzy. Na Brzeskiej też dobra szkoła. Mój Czesiek kończy siódmą klasę. Chce do handlówki. Niech idzie. Pomaga żonie przy straganie. Niech się uczy szanować pieniądze. A tam, wyuczą na „lalusiów”. Czapeczki, mundureczki!
- Każdy ma swoją kalkulację panie Skierski. Widziałem takich „lalusiów”. Leżeli razem z innymi w błocie, o chłodzie i głodzie. Nie zważali na mundureczki i prowadzili innych, nie chowali się za ich plecami. Pańska czapka, szynel i numer dorożkarski też coś znaczą. Budzą zaufanie, a pana zobowiązują żeby go nie zawieźć.
 Warto zapłacić, żeby nauczyli mądrzy ludzie, mądrze żyć, jak dbać o honor własny i grupy, do której się należy.
Zajechaliśmy przed szkołę na Brzeskiej. Dyrektorem był pan Nycz. Dobry znajomy ojca. Formalności zostały szybko załatwione. Zostałem uczniem III A.
Przejmujący dzwonek na przerwę i wysypał się na korytarz kolorowy tłum chłopców i dziewcząt. Już nie było słychać, co mówił nam na pożegnanie pan dyrektor. Poczułem się bardziej swojsko.
Wyposażeni w spis książek, zeszytów, wracaliśmy na Miłą.
- Tatusiu! Zaoszczędziliśmy 40 złotych miesięcznie. Marian mówił mi, że tyle będę kosztował u „Długosza”.  – Widzi pan – mądry chłopak!  – Pochwalił mnie dorożkarz.
– Pop swoje – dziad swoje. Panie Skierski! – Podsumował tata dyskusję.
Mama bez problemów zapisała Alinkę do drugiej klasy szkoły powszechnej Sióstr Urszulanek. Po obiedzie, wyruszyliśmy z mamą, dokonać niezbędnych zakupów.
We wtorek rano, zaraz po siódmej, żeby się nie spóźnić, z nowymi, pełnymi tornistrami na plecach, maszerowałem, razem z Alinką do szkoły. Miałem ją codziennie odprowadzać do szkoły ss. Urszulanek. Obie szkoły były blisko siebie. Moja przy zbiegu ulic: Brzeskiej i Karnkowskiego, jej, przy narożniku z ulicą Cyganka.
-, Co ty? Spać nie mogłeś. Masz jeszcze pół godziny! – przywitał mnie woźny. – Ja, proszę pana pierwszy raz, do III A – tłumaczyłem się.
- To maszeruj. Drugie drzwi na lewo. Wieszaki są w klasie.  powieś paltko i pozamykaj okna.
Znalazłem się w pustej klasie. Na lewo, przy drzwiach, dwa, długie stojaki z wieszakami. Zdjąłem tornister, powiesiłem palto i czapkę na pierwszym z brzegu.
Trzy rzędy ławek. Stolik i krzesło dla nauczyciela. Duża czarna, szkolna tablica na ścianie, nad nią, od góry: krzyż, niżej Biały Orzeł na czerwonym tle, pod nim, patrzą na klasę, ze swych portretów marszałek i prezydent. Obok tablicy, jeszcze duża, zwijana mapa Polski na specjalnym, drewnianym statywie.
Liczę ławki. Dwa rzędy po sześć i trzeci siedem. Zabrałem się do zamykania okien. W nos uderza jakiś dziwny zapach. Podobny do zapachu lekarstwa do smarowania końskich skaleczeń. To, świeżo zmyte, brunatne deski podłogi.
Liczę w pamięci, miejsca w klasie: 12 dodać dwanaście, dodać 14, wypada 38. Gdzie też mnie posadzą?
Wpada kilku chłopaków. Okładają się białymi woreczkami, z których wydobywa się blaszany brzęk. To blaszane, emaliowane, talerze i aluminiowe łyżki, w tych woreczkach.
- Patrzcie mamy dyżurnego! Ty elegant, skąd jesteś? – Pyta jeden i chwyta z klapę marynarki. – Z Kokoszki – odpowiadam. – Trzymaj łapy przy sobie. – Puścił, ale nie daje za wygraną. -  Sam przyszedłeś, bez tatusia? – A znasz Krupę?  Odpowiadam pytaniem na pytanie i odwracam się tyłem do intruza.
Reszta wybuchają śmiechem. Widzę, że prezentacja wypadła nie najgorzej.
- Zabierz ten plecaczek, tu zajęte. Pewnie będziesz siedział obok Januszka w pierwszej ławce, bo tylko tam jest wolne miejsce. – Wyjaśnia mi któryś, już przyjaznym tonem.
Klasa się wypełnia. Sporo jest dziewczynek. Wiele ma te płócienne woreczki. Ubrania i szkolny ekwipunek wskazują na to, że w domach im się nie przelewa. Nie ma porównania z ubogimi strojami wiejskich dzieci. Od innych, nie wyróżniam się, na szczęście.
Stoję sobie spokojnie, przy drzwiach z tornistrem w ręku, oglądany jak manekin na wystawie, przez nadchodzące koleżanki i kolegów. Wchodzi staranniej od innych ubrany chłopiec z teczka w ręku. – Januszek! Masz kumpla! – woła któryś. Chłopiec ogląda się na mnie, inny podstawia mu nogę. Januszek wpada na siedzące w najbliższej ławce dziewczyny. Salwa śmiechu. Podnosi się czerwony jak burak. Przeprasza, idzie do pierwszej ławki..
Zjawia się pani nauczycielka. Wszyscy wstają. - To ty jesteś tym nowym uczniem. Chodź będziesz siedział w pierwszej ławce. – Mówi przyjaźnie. Prowadzi mnie do ławki, przy której stoi Januszek.
- Dzieci! Macie nowego kolegę, uczył się w wiejskiej szkole, przyjmijcie go serdecznie. – Przedstawia mnie klasie. Nie bardzo mi się podoba ta wiejska rekomendacja. Zaraz też, z końca klasy, rozlega się: - Muu! Muu!   
Śmiech. Pani nauczycielka zgromiła imitatorów „głosu wsi” i wygłosiła, krótką pochwałę pracowitych wieśniaków, jak ważną jest ich ciężka praca dla życia zdrowia narodu.
W czasie tego wykładu, Januszek podał mi rękę i wyszeptał: - Cześć! Jestem Janusz, nie martw się, ja cię obronię!  – Cześć! Waldek. Dziękuję, dam sobie radę. – Odpowiedziałem, również szeptem i pomyślałem: Dobry chłopak. Nie wiadomo, kto tu, kogo, będzie musiał bronić,.
Modlitwa, przed nauką, i tak rozpoczęła się moja pierwsza lekcja w nowej szkole.
Okazało się, że sympatyczna pani Moulis, wychowawczyni naszej klasy, to mama Januszka. Wspólnie z kierownikiem szkoły, panem Nyczem i siostrą Anną- katechetką dzielili między sobą trud wypełnienia naszych pustych mózgownic, wiedzą i umiejętnościami, przewidzianymi programem, dla trzeciego oddziału szkoły powszechnej.
Pracowali z poświęceniem, które dopiero wiek dojrzały potrafi docenić. Szczególnie tu, uzasadnionym wydaje się powiedzenie: „Lepiej kamienie na szosie tłuc, niż obce dzieci uczyć”. Dzieci, lat kryzysu, nie objawiały pędu do wiedzy. Zbyt odległa perspektywa korzyści, gdy w domu bieda aż piszczy.
Znalazłem się pod specjalnym nadzorem tej trójki pedagogów. Mam się przenieść w przyszłym roku do „Długosza”. Chcieli, na przykładzie mojej skromnej osoby, udowodnić: „Państwowa Szkoła Powszechna Nr 2, nie wypuszcza braków!”  To hasło dopiero za kilkadziesiąt lat odkryje socjalistyczna propaganda.
W efekcie tego „sanacyjnego współzawodnictwa”, nie udawało mi się „prześlizgnąć” po moich „brakach”. Najdrobniejsze były wychwytywane. Nie miałem lekko.
Od pierwszego spotkania, zaprzyjaźniłem się z Januszkiem. Był jedynakiem, wychowywanym pod czujnym okiem mamy. Oczywiście był najlepszym uczniem w klasie i najgrzeczniejszym chłopcem, jakiego dotąd poznałem. Książki, zeszyty, czyściutkie zadbane. Gdzie mnie bałaganiarzowi do takiego ideału.
Byłem w rozterce. Z jednej strony, nie chciałem zawieść nadziei Januszka, któremu brakowało przyjaciela. Z drugiej, ciągnęło mnie do paki” klasowych wesołków.
Ton nadawało dwóch drugoroczniaków, z blaszanymi talerzami w woreczkach. Po lekcjach, dla takich, z całej szkoły, wydawano pożywną zupę i pajdę chleba. Nawet trochę żałowałem, że mnie to nie przysługuje. Byli o trzy lata starsi.
Po drobnej bijatyce ma boisku, przekonali się, że nie jestem mięczakiem. Biłem się nie najgorzej, nie poszedłem na skargę. Zabrali mnie na wspólne wagary z ostatniej lekcji. Chodzący anioł siostra Anna, nie zgłaszała niewielkiego ubytku jej owieczek, na lekcji religii. Zostałem zaakceptowany i tolerowany w „ferajnie”.
Te wagary, to nie była demonstracja przeciwko nauce religii. To złota jesień wabiła swymi kolorami. W parku miejskim, w, sobotnie przedpołudnie, można było pomóc w wylewaniu wody z łódek i ich myciu. Właściciel pozwalał za to, przepłynąć sobie kawałek, od mostu do mostu, gdy nie miał klientów. Po południu oczekuje na romantyczne pary, chętne zażyć tej przyjemności.
Na pewno trudno Wam dzisiaj uwierzyć: Piękny park włocławski tonie w kwiatach jesieni. Nie ma ochroniarzy, straży miejskiej nie ma od pradawnych czasów, posterunek policji, na Kaliskiej, przy Placu Wolności. A tu: Nie ujrzysz jednego śmiecia! Wygrabione alejki. Czyste, malowane jeszcze na wiosnę ławeczki. Dwa otwarte obszerne pawilony, gdzie można się schronić przed deszczem. W jednym cukiernia, otwierana w niedziele i święta. Teraz regały i zaplecze są pozamykane, ale przy czystych stolikach można sobie siedzieć. W muszli koncertowej przygotowania do występu orkiestry dętej. Spacerowiczów niewiele, bo to dzień roboczy. Zbliża się pora obiadowa. Matki pchają pośpiesznie wózki i zbierają, biegające wokół maluchy. Wracają do domów.
To nie Szwecja, to nasza dawna Polska!
Łódki wymyte. Oddajemy szmaty przystaniowemu. Zaprasza, żeby przyjść po południu. Pędzimy do szkoły, żeby zdążyć przed ostatnim dzwonkiem i wmieszać się w tłum. W szkole mam tornister. Moi towarzysze ustawiają się z talerzami po zupkę. To są chłopcy z ubogich rodzin. Nie wiadomo czy w domu dostaną kolację.
Gdyby któryś zaczął bazgrać po ścianach, drapać, rysować świeżo malowane ławki, czy niszczyć to, co wspólne, to jechałby w odpowiednim kaftanie do „czubków”. To się po prostu nie mieściło normalnemu człowiekowi w głowie.
Znaliśmy słowa tak zwane nieprzyzwoite. Można ich się było naczytać, obok niezdarnych ilustracji, w zapuszczonych latrynach. Jeszcze trzeba długo czekać. Wyjdą z nich na świat dopiero, w dobie napływu „wyższej kultury”.
Ktoś nas sypnął. Musiałem się gęsto tłumaczyć w domu. Na rozprawie i przesłuchaniu u pana kierownika, minę miałem nietęgą, bo krążyły pogłoski, że potrafi wlepić delikwentowi lanie. Twierdziłem z uporem, że to był mój indywidualny pomysł i nikt mnie do tego nie namawiał. Musiałem wysłuchać długiego kazania. Główny, powtarzający się motyw to: - Więcej otrzymałeś, więcej się od ciebie oczekuje!
Ojciec dwoi się i troi. Realizuje swój plan, Na ulicy 3-go Maja otworzył sklep „”AGRO-PRODUKT”. Specjalność: sery i nabiał. Są jeszcze miody.
Dwie duże wystawy. Między nimi, w przejściu do sklepu, po obydwu stronach, wielkie lustra. Gdy się między nimi stanie, widzi się zwielokrotnione, coraz mniejsze odbicie swojej postaci. – Od drobiny z jednej strony, do drobiny z drugiej. Filozofia ludzkiego życia?
Ja wpatrywałem się tylko w tą zwierciadlaną dal, szukałem, czy nie dojrzę furteczki do „krainy czarów”.
Na wystawach, na jednej słoiki z miodem, ul i martwe pszczoły. Ustawialiśmy je wytrwale, z pszczelarzem, panem Schpendlem, na nóżkach, aby wyglądały jak żywe. Stale się przewracały przy otwieraniu wystawy. Na drugiej w tle, wymalowana bułeczka z serem i szklanka z białym płynem. Piramidy z serów rożnych gatunków i pochodzenia. Wyglądają jak prawdziwe. Oryginalne etykiety a to doskonale atrapy, drewniane kloce.
Bułeczki z masłem i wybranym, przez klienta, serem, można dostać w firmowej torebce, „na wynos”, lub zjeść na miejscu, ze szklanką śmietanki, albo popić maślanką.
Rok 1932. Trzeba by sprawdzić, czy to nie ojciec był pierwszym wynalazcą „chiesse-burgera”. W Ameryce, bylibyśmy milionerami.
Tu też pomysł się przyjął. Kosz świeżych bułeczek, dostarczanych, co rano z Miłej, zawsze wracał pusty.
Sklep był lśniący bielą kafelków i srebrem metalowych konstrukcji oszklonych gablot. Okrągły stolik na jednej nodze i pólka przy ścianie, dla amatorów konsumpcji na miejscu.
Wybrane gospodarstwa dostarczały jaja. Z mleczarni w Lubrańcu przywożono mleko, maślankę, wyborne masło i śmietanę. Zapasy przechowywano w potężnej lodówce, do której, co rano, dowożono lód.
Specjalnością firmy były sery, od wiejskiego, białego, do topionych i żółtych, krajowych i z importu.
Dwie ładne i uprzejme ekspedientki, w białych fartuszkach: panna Zyta Lewandowska z naszego podwórka i panna Marysia Markowska z Miłej, doskonale reprezentowały firmę.
Ojcu marzyła się druga Francja z licznymi gatunkami serów, na bogatych w mleko Kujawach. Zaczął organizować spółkę dla uruchomienia we Włocławku mleczarni nastawionej na produkcję serów.
Gdyby nie wojna i lata „budowy socjalizmu”, więcej było na to szans, niż na realizacje klitów-bajdów, obecnych czasów, o drugiej Japonii czy Irlandii.
Zasiedliliśmy, jak to się teraz mówi, dom przy Zimnej. Miałem pokój na piętrze, niby własny, ale w ciągu dnia dostępny dla dziewczynek.
Nadeszła wczesna zima. Śnieg, mróz. W mieście pojawiły się lodowiska. Na boisku naszej szkoły, kto miał łyżwy, mógł ślizgać się po lekcjach.
Były też płatne oświetlone kolorowymi lampkami. Tam zbierało się lepsze towarzystwo. Muzyka grała. Niektóre pary popisywały się tańcem na lodzie. Należeli do nich Marian i Irena, oraz ich koleżanki i koledzy. Popularne było „holendrowanie”. Pary trzymając się, „na krzyż” za ręce, ślizgały się rytmicznie, raz w prawo, raz w lewo i krążyły, dookoła, po obwodzie lodowiska. W środku tego koła popisywali się, jazdą figurową na lodzie, indywidualiści, wśród tłumu słabych i początkujących. Niesforne grupy tworzyły „węża”, z rozpędzonym zakrętami „ogonem”, który wpadał na spokojnych łyżwiarzy.
Przy pomocy dziadka-stryjka Wojciecha, przeszukałem zakamarki strychu, w poszukiwaniu starych łyżew taty. Bezskutecznie. Pozostało ślizgać się na butach na licznych ulicznych „ligawach”, zasypywanych regularnie piaskiem, przez dozorców.
Po lekcjach chodziliśmy nad Zgłowiączkę. Tu po zboczach dawnego koryta można było ślizgać się prawie do samej rzeki. Poznałem, do czego służą blaszane talerze, moich kolegów. Siadali na nich i jechali jak na sankach. Niestety, żaden nie chciał mi pożyczyć swego talerza. – Dać drugiemu, to by było niehigienicznie. Musiałem przyznać rację.
Ta zabawa, na jednej z tych „ligawek” skończyła się tragicznie. Chłopiec wpadł na słaby lód i zniknął w wodzie. W pobliżu nie było nikogo starszego. Widziałem jak zrozpaczony ojciec, niósł, ociekającego wodą, martwego syna.
Poszliśmy do ich mieszkania, pomodlić się, gdy już leżał ubrany w trumnie. Było to wielkie przeżycie i wstrząs. Uświadomił mi, że i młode życie może być raptownie przerwane. Tym bardziej, bo pamiętałem swoją przygodę z wodą. Dotąd, raczej ją lekceważyłem.
Boże Narodzenie.
Pierwsza wigilia i choinka w naszym nowym domu.
Oczekujemy naszego „noworoczka”. Jestem dobrej myśli, Wszyscy przekonują, że to będzie chłopiec.
Moje osiągnięcia naukowe, nie są na miarę oczekiwań ojca. Rachunki, tabliczkę mnożenia, opanowałem nieźle. Ortografia, pożal się Boże. Pismo – brak cienia staranności. Na lekcjach – nie uważam a swymi uwagami przeszkadzam innym. Powtarza ojciec, słowa wychowawczyni. Ma duże wątpliwości, czy święty Mikołaj, mnie uwzględnił, na swojej liście.
Przy opłatku, wszyscy mi życzą żebym został, co najmniej, geniuszem. Nawet radzą, jak to mam zrobić.
Nadchodzi święty biskup, spod płaszcza świętego, wyglądają spodnie i buty Mariana. Z premedytacją, torturuje mnie pytaniami z katechizmu. Wreszcie wyciąga z worka dwie paczki w świątecznym
papierze. Otwieram w jednej śliczne łyżwy a w drugiej – nowe, zimowe buty, z blaszkami w obcasach, do mocowania łyżew.
Wszyscy oczekujemy w napięciu, na najważniejsze. Mija Sylwester, Nowy Rok 1933 i jest! Chłopiec! – Ciężki kamień spada mi z serca:
2 stycznia przychodzi na świat, mój brat Mirek.
Może ojciec mi odpuści i zostanę policjantem. Chętnie ustąpię pierwszeństwa, jak Ezaw Jakubowi. Tata ma dobry wzrok, pozna moje marzenie.

Rozdział VII – DROGA POD GÓRĘ

        Rok 1933. Jak go ocenić? Niektórzy dodają cyferki w jego liczbie. Suma wypada „ 7”. Cyfra niby szczęśliwa. Zastanawiam się, jakie dopasować przysłowie, do zdarzeń i działań w rodzinie, które w tym roku nastąpiły. Może to będzie dobre:
        „Dwu rzeczy łacno pozbyć się, ale trudno nabyć: ZDROWIA I GROSZA!”
Czasy były ciężkie. Od roku 1928 wielki kryzys dotyka boleśnie wszystkie kraje świata. Bankrutują poważne firmy. Przeglądam stary rocznik statystyczny. Jak przechodzi ten okres Polska?
Jeśli przyjąć za „100” dane z roku 1928, to w roku 1933:
Produkcja przemysłowa wynosi „55” i odpowiednio spada zatrudnienie. Produkcja rolna „100”,, ale ceny artykułów rolnych „35” (!). Import „25”. Eksport „38”. Dochody Skarbu Państwa „”61” (!).
Kryzys najmocniej uderzał najsłabsze warstwy, w tym, drobne rzemiosło, robotników i miliony chłopów.
W województwie warszawskim, do którego należał wtedy Włocławek, gdzie w roku 1928, 100 kg żyta można było sprzedać za 42 złote, w roku 1933, trudno było za nie dostać 13 złotych. Na zwykły pług, chłop musiał sprzedać 204 kg żyta, na buty-kamasze, 184 kg.
        Szczęście, że w rządzie mamy, nie elokwentnych historyków a wybitnych fachowców. W roku 1934, sytuacja zaczyna się poprawiać. Złoty jest stabilną walutą. W roku 1928 za 1 dolara USA, płaci się 8, 91 zł, w roku 1937, już tylko 5, 27 zł (!).
Oczom nie wierzę: Rocznik statystyczny z 1936 roku. W latach 1924 – 36, w Polsce, w kraju, o 30 milionowej ludności, w którym 40% to analfabeci, uznano i udzielono 5.022 patenty na wynalazki, zatwierdzono 6.220 wzory użytkowe. Odpowiednio: w Anglii – 19.684 i 549: Niemcy – 8.351 i 182; USA. – 1.489 i 182. Pozostałe kraje świata, poniżej! Byliśmy w pierwszej lidze postępu technicznego i gospodarczego rozwoju!.
Na Miłej rok 1933 zaczął się szczęśliwie. Rodzinie przybył, tak wyczekiwany przez jej męską część, nowy Galczak. Był trochę słabym noworodkiem. Wydaje się, mogły na to wpłynąć, ciężkie doświadczenia, jakim musiała sprostać Róża w okresie ciąży. Został ochrzczony, przez księdza, tylko „z wody”. Uroczyste i huczne, uzupełnienie chrzcin, drugiego syna, odłożono, aż nabierze krzepy.
Okres świąt pozwala odpocząć od trudnych problemów. Jest ich, co nie miara.
Róża zastała płaczącą Władzię, która na jej widok szybko otarła łzy.
-Co się stało? Dlaczego płaczesz? Porozmawiajmy, wspólnie znajdziemy jakieś wyjście.
Nie dała się zbyć wyjaśnieniami, że to tylko nerwy, że to chwilowe. Wreszcie szwagierka ustąpiła. Przyznała się do gnębiących ją zmartwień: Ojciec niesprawny, Fela ukrywa, że jej coś dolega, nie wiadomo, co zrobić z piekarnią, a ona do tego jeszcze ten list z Francji.
Minęły trzy lata od ich wyjazdu. Nie ma dnia, żeby o nich nie myślała.
Chciałaby bardzo do nich pojechać, Hanka, urodziła, w roku 1931, drugą córeczkę, Zosię. Zenek jest młodym pracownikiem konsulatu polskiego w Lille.Z listu Hanki wynika, że z dwójką małych dzieci, nie jest im łatwo. Znaleźli się w międzynarodowym kręgu pracowników konsularnych innych krajów. Od polskiego personelu, nasze władze, może nie wymagają oficjalnie, ale dobrze by widziały uczestnictwo w tym życiu, na odpowiednim poziomie. Od jego oceny zależy dalsza kariera, przyszłego dyplomaty. Żonatym, oczywiście muszą towarzyszyć małżonki. To kosztuje: wizyty, rewizyty, toalety. Nie wypada się tłumaczyć, że nie starcza na kucharkę, czy opiekunkę dla dzieci. – Władzia płacze. Tęskni bardzo, za starszą córeczką Hanki, Basią. Opiekowała się nią, przed ich wyjazdem. Zosię zna tylko z fotografii. Gdyby pojechała, zajmie się domem i dziećmi. Haneczka miałaby rozwiązane ręce.
        Zebrała się rada rodzinna. Piekarnia wymaga odmalowania, uszczelnienia dziur, bo pokazują się karaluchy. Zmora piekarń. Koniecznym jest remont pieca. Władze sanitarne, zabroniły używania wody z naszej studni. Stanął ponownie problem, co robić? Czy nie pora zlikwidować interes? Ze skromnego dochodu trudno coś odłożyć. Bilans roczny „na czerwono”. Felcia, odpowiedzialna za „sprawy handlowe” piekarni, jest bliska załamania.
Kazik pomoże firmie. Pokryje koszt remontu pieca i piekarni, na poczet swojej dzierżawy. Zorganizuje dowóz wody. Postara się utrzymać piekarnię, choć nie jest to łatwym, przy obecnej, ręcznej produkcji i małej pojemności pieca.
Potrzebuję jeszcze ze dwa lata na podreperowanie moich finansów i zaczniemy z ojcem i stryjkiem budować nową piekarnie, gdzie będą, pracowały maszyny! – Oświadczył, zatroskanej rodzinie.
Jan przynosi i wręcza synowi kopertę. – Weź to Kaziu! Miałem na wykupienie miejsca na cmentarzu, obok mamy i może na pobudowanie pieczary dla nas wszystkich. Przyda ci się. Ważniejsi są żywi!
– Kazik przytula ojca:. – Dobrze, wezmę, ale wydam tak, jak tatuś planował. Z resztą dam sobie radę. Pomogę Feli wybrnąć z kłopotów. Władzia może jechać! Niech im tam pomoże.

       
Ojciec z żalem sprzedawał, znajomemu kapitanowi z włocławskiego 14 pułku piechoty, swój piękny motor. Nadwerężony kręgosłup. Nie rokowano, że będzie mógł na nim znowu jeździć, Z drugiej strony, każdy grosz był potrzebny.
Mama nie odpuściła: Ważne są interesy, lecz dom i dzieci, to jej priorytet. Ojciec jest innego zdania: – Najważniejsze są inwestycje, które mają przynieść dochód, bo nigdy się nie wygrzebiemy z tego dołka! – Przekonuje, broni każdej wydawanej inaczej złotówki. Nie jest to łatwym, druga strona, argumentuje, błyszczącymi w oczach łezkami. Trzeba stwierdzić, że mama, stara się ograniczyć swe żądania finansowe, do niezbędnych.
Jaka była sytuacja rodziców? Jakim kapitałem dysponował ojciec?
Przyznaję, że tego nie dochodziłem, wtedy, ani właściwie, nigdy później. Nie było mi to potrzebne. Powszechnie, towarzyskim nietaktem było zapytać o stan kasy, czy portfela, jeśli ktoś sam tego nie mówi. Pytanie, mogłoby zostać potraktowane, jako brak zaufania, obraza. Podejrzewam, że i mama znała je tylko w przybliżeniu.
Widziałem kłopoty rodziców, Wiedziałem, że dostaję wszystko, na co ich stać. Inni maja więcej! Trudno! Gdzie spojrzeć, widać tych, co mają mniej, albo bardzo mało.
W bogatych domach a tym bardziej u biednych ludzi, dzieci nie były rozpieszczane. Można było o coś prosić, ale nigdy żądać. Rodzicom należała się, nie tylko miłość za miłość, wdzięczność, za to, co dają a przede wszystkim, za „dar życia”.
Ambicją każdego chłopaka, było, jak najprędzej włączyć się do pomocy w utrzymywaniu rodziny i „stanąć na własnych nogach”. Trudno nawet było sobie wyobrazić, aby mogło być inaczej.
Zdarzały się wyjątki od reguły i konieczność stosowania przymusu a nieraz nietypowych metod wychowawczych i odbiegających od normy, skutków. Na przykład Osowscy, lokatorzy z naszego podwórka. Stosowali wobec swego syna, starszego o kilka lat ode mnie, Kazioka, metodę głodową. Ojca nie było miesiącami w domu. Matka sprzątała w piekarni i pomagała w naszej kuchni. Syn, jak to wykryłem, gdy mnie zaprosił do ich jednoizbowego mieszkanka. Dostawał tylko chleb, miał sól, wodę i nic więcej. Przypiekał kromki nad ogniem i posypywał solą. Częstował mnie i z dumą pokazywał, ostatnio schwytanego gołębia, za którego spodziewał się dostać może aż złotego. Był to piękny rasowy okaz. Obiecał, że mnie nauczy, tego niezbyt bezpiecznego polowania. O tym, potem.

- Niech go pani nie żałuje. Bóg mnie pokarał tym nygusem! Żeby zarobił, chociaż na okrasę, to bym przecie dołożyła, uwarzyła i dla niego. Jak przynosi nie wiadoma skąd. Niech sam się tym żywi! – Oświadczyła mojej mamie, Osowska. Wykierowali, drugiego z kolei syna, na złodziejaszka.

To przyciśnięty niedostatkiem chłopak. Czy można się dziwić, że wśród zdesperowanych grup społeczeństwa, znajdują posłuch „upiory”, wskazujące lżejsze drogi wyjścia z biedy? „Trzeba komuś ukraść i sobie, a co zostanie, swoim dołożyć!”. Niestety, raz zaszczepiona, złodziejska żyłka, przewija się w społeczeństwach, jeszcze długo, przez lata, nieraz przez wieki.

Zastanawiam się, jaki dochód mogła mieć rodzina na Miłej. Komorne: Domek z dwoma izbami – 20 zł. Dwa mieszkanka dwuizbowe. po 12 zł, dwa jednoizbowe po 8 zł (lokatorzy nie płacili, tylko odpracowywali) i nasze mieszkanie przy piekarni – 20 zł. Dzierżawa 350 m kw. terenu – 50 zł.  Mogę się mylić o kilka złotych. Po potrąceniu podatków i opłat, wywozu śmieci i nieczystości, pozostawało gospodarzowi na utrzymanie i remonty – około 70 złotych miesięcznie.

Ile mogła przynosić, piekarenka? W roku 1933, wyrabia się dziennie, 150 kg mąki żytniej, może 30 kg pszennej. 100 kg żytniej kosztuje 25 zł, pszennej 42 zł. Bochenek chleba 30, bułka 5 groszy, Pracownik najemny zarabia średnio, tygodniowo, 15 zł (pracuje dwóch). Pozostałe koszty to: Drewno do opalania pieca, energia elektryczna, podatki, ubezpieczenia i inne. Orientacyjnie, wypada mi, że dla właścicieli, w tym trojga pracujących w piekarni, pozostaje, miesięcznie nie więcej jak 120 złotych.
Gdyby przyszło płacić pracownikowi, na miejsce dziadka stryjka Wojciecha, co najmniej 20 zł tygodniowo, zostałoby tylko, jak to się mówiło, „na pestki”.
To on utrzymywał firmę swymi szczupłymi, ale muskularnymi ramionami na powierzchni.
Tak było od wypadku dziadka Jana i tak zostało. Życie osobiste poświęcał dla rodziny. Niewiele chciał dla siebie. Trochę wydawał na książki i prenumeratę czasopism, na składki i ofiary na cele charytatywne. Zupełnie nie dbał o ubiór. Pamiętam, jaką walkę, musiała z nim stoczyć, moja mama, żeby zgodził się, przyjąć krawca, aby mógł wziąć miarę, na przyzwoity garnitur z dobrego materiału. Musiała działać z zaskoczenia.

        Wracam do wyliczeń dochodu, jaki przynosiła „Miła 17”: – Było to, nie więcej niż 200 zł miesięcznie. Mogły się z tego utrzymać skromnie, cztery dorosłe osoby. Byliby bogaczami wśród społeczności Kokoszki, gdyby nie groźba zamknięcia piekarni, czy choroba, co byłoby katastrofą finansową.
Dla porównania, uposażenie pracownika administracji państwowej lub nauczyciela IX grupy (z wieloletnim stażem) 210 zł, podporucznik z rodzina 266 zł.
Sprzedać?  Dzielić się schedą? Może to być „kij w mrowisku”
Czy ojcu uda się wyciągnąć z dołka rodzinę? Mama miała rację. Wejście w ten rodzinny „interes”, nie było dobrym pomysłem, strony finansowej. Szanowała uczucia męża. Miłość i solidarność, to więź rodziny. Będzie go wspierała. Nie wszystko da się przeliczyć na pieniądze.
Plątałem się, przy rozmowach o tych ważnych, rodzinnych problemach, jak „piąte koło u wozu”, zabierany przez ojca, jako „następca” czy przez wrodzoną ciekawość.
Podobno pierwszy stopień do piekła.
Nie zapominałem o swoich sprawach. Z nowiutkimi łyżwami w ręku, maszerowałem w towarzystwie Mariana, na lodowisko. Wydawało się niesłychanie łatwe. Tyle się napatrzyłem.
Marian pomógł zamocować łyżwy do butów. Wystartowałem i zamiast poszybować po lodowej tafli jak inni- klapa! I to dosłowna, na siedzenie.   Śmiech. Pomagają mi stanąć na nogi. Nie mogę nawet kroku zrobić. Marian przyprowadził fotel na płozach. Rozpocząłem żmudną naukę, trzymając się oparcia. Trochę się zniechęciłem do tego sportu. Do końca sezonu, nauczyłem się zaledwie samodzielnie poruszać po lodzie..

        Kiedyś, w Moskwie, w jednym z instytutów, opowiadano mi, niedawną, przygodę Chińczyka, będącego na stażu. Poznałem tego, bardzo sympatycznego chłopaka. Chodzili się kąpać nad rzekę Moskwę. On też. Nie wchodził do wody, tylko bacznie obserwował. Nie umiał pływać. Kupił podręczniki trenował na sucho w domu i na korytarzu instytutu. Poszli nad rzekę. Wreszcie, nawet nie uprzedzając nikogo, skoczył jak inni. No i poszedł, jak siekiera do dna. Cud, że go wyciągnęli i docucili. Opanował dokładnie teorię. Tak jak i ja  myślał, że zostanie od razu mistrzem.
Piekarnię zamknięto na okres remontu. Piec pootwierany, chłodzi się przez kilka dni. Ekipa zdunów, kuzynów Malendowiczów, pracuje na trzy zmiany. Trzeba wymienić kilka uszkodzonych płyt w „komorze” i uszczelnić trzon pieca. W chłodzonym a mimo to, jeszcze gorącym wnętrzu, mało miejsca. Pracują na leżąco, pojedynczo, wsuwani na desce, Zmieniając się, co kilkanaście minut. Wreszcie, można znowu rozpalić.  Dziadek stryjek zadowolony.
Ojciec odkupił od zawodowego „woziwody”, dwukołowy beczkowóz. Jeździły takie, każdego rana, naszą ulicą i rozlegało się wołanie: Wooda! Wooda! Świeża wooda! Ustawiała się kolejka z kubełkami. Wiadro wody kosztowało 1 grosz.
  Pojechaliśmy na koński targ, przy szosie toruńskiej. - Trudno, trzeba będzie przepłacić. Konie najlepiej kupować na jesieni. – Mówi tata.
Było ponad dwieście koni na sprzedaż. Stały przywiązane do barier z długich drągów na słupkach wbitych w ziemię. Między barierami, szerokie przejścia. Tu konie są prezentowane. Są przeprowadzane wolno, to stępa, lub kłusem. Tam znowu, zaprzężony, ciągnie wóz, który czterech mężczyzn, trzyma za koła. Sprawdzają, jak ciągnie. Kupujący w gronie doradców i pomocników. Gromada hałaśliwych Cyganów, handlarzy koni. Prezentują swoje, targują się o inne. Zawsze występują z zespołem krytyków, lub zachwalaczy, zależnie od sytuacji. Każdy koń musi mieć swój „dowód”. Cyganie potrafią zmieniać maść, wiek i inne cechy konia, żeby pasował do dowodu, Typowe jest przybijanie ręką transakcji. Sprzedający wyciąga prawą rękę, dłonią do góry i ogłasza cenę, kupujący podaje swą propozycję i przybija. Trwa to, dokąd nie uzgodnią i dłonie zatrzymają się w uścisku. Umowa kupna-sprzedaży zawarta.

Są tu dodatkowe atrakcje. Można zjeść i wypić, oblać transakcję, kupić uprząż i różne końskie akcesoria. Wokół targowiska, stały wozy z czekającymi na koniec pertraktacji i powrót głowy rodziny. Bardzo mi się podobał ten koński targ.
Kupiliśmy konika od gospodarza z pod Nieszawy, za 170 złotych. Jeszcze porządną uprząż. Chłop przywiózł nas na Miłą swym wozem, za którym szedł, uwiązany, nasz nabytek. Piękny, jak w piosence: „Kary konik, kary. Gwiazdkę ma na czole…”. Będzie dowoził wodę do piekarni i dla nas, ze studni artezyjskiej na Słodowskiej. Jest też nowy pojazd, „platforma” na kołach samochodowych. Sklep i piekarnię, będziemy obsługiwali naszym transportem. Najbardziej cieszę się z wypraw, po drewno opałowe, do okolicznych lasów. Jeden wydatek, pociąga za sobą drugi. Trzeba budować wygodną, murowaną stajnię. Zatrudniony, jako furman, Krzemiński, fornal z Wieńca, kręci głową, stara, drewniana jest ciasna i ledwo się trzyma. Musi się pomęczyć do następnego roku.

W saloniku, gabinecie ojca, zainstalowano telefon. Dzwoni przeraźliwie głośno. Trzeba pokręcić korbką, poczekać aż się usłyszy: „centrala, słucham ”, podać żądany numer, czekać na hasło: „łącze” i znowu kręcić, aż zgłosi się rozmówca. Nasz numer „415”.
Tata zabiera mnie na cmentarz. Grób babci Antoniny zadbany. Ciocia Władzia oczyściła go po zimie i posadziła nowe kwiatki, na ziemnej, obramowanej darnią mogile. Grób i betonowy pomnik z krzyżem, otoczone niewysoką, drewnianą barierką. Obok, po prawej stronie jest wolne miejsce, na jeszcze jeden grób.  Pomodliliśmy się, za duszę babci.
W kancelarii cmentarnej, tata wykupił wolne miejsce. U miejscowego przedsiębiorcy zamówił, obszerną, betonową pieczarę. Mamy tu się wszyscy pomieścić. Nie opuszczają mnie myśli, jak to będzie.
Dobrze, że będziemy razem.
Ciocia Władzia wyjechała w daleką podróż. Do Francji. Przygotowywała się „eksportowo”. Wszystko nowe eleganckie. Ojciec sprawdza. Paszport, bilety, adres wypisany po francusku na kartoniku.  Wypisuje całą trasę. Łzy pożegnania.
Nie pamiętam, jak długo trwała nieobecność. Któregoś dnia, wracam ze szkoły i spotykam ciocię, jeszcze pachnącą dalekim światem. To francuskie oryginalne perfumy.
Podróż się udała. Tylko, gdy mama napomyka, przy kolacji, o jej zamiarze pomagania siostrze w prowadzeniu domu, zmieszała się.  Opowiada, z widocznym wzruszeniem: – - Haneczka nie chciała się zgodzić abym się ukrywała, jako kucharka, czy Nawe bona do dzieci. Jako jej siostra, przy tym życiu na wysokiej stopie, to bym kosztowała zbyt dużo. Cieszę się, bo ich zobaczyłam i kawał innego świata. Ten wyjazd, to nie był dobrym pomysłem. Poczekam jak wrócą. Wtedy może się przydam. – Łzy błysnęły w dobrych ciocinych oczach.
Niestety, „pi ar” wtedy kosztował i wymagał wyrzeczeń.
Poznałem, po latach, stosunki w naszych, socjalistycznych, kołach dyplomatycznych. Przeważnie rodzina i znajomi, któregoś „królika”.  Było goło, „twarde” trzeba ciułać, ale wesoło. Życie towarzyskie koncentrowało się we własnym gronie, wokół wysoko procentowego „diplomexu”. Trzeba go zniszczyć, aby nie obniżyli przydziału. Kontakty z podobnymi „dyplomatami” naszego obozu, nie wymagały kapitalistycznych ceregieli. Z imperialistami: tylko oficjalnie! – Głosiła instrukcja a strzegła „spółdzielnia ucho”.
Szedłem kiedyś z takim „dyplomatą”, ulicą w Kairze, narzekał, bo zwykle jeździł samochodem. Przyczepiło się do nas, kilku pucybutów. Zatrzymałem się i pozwoliłem sobie oczyścić on nie, Z zasady, nie wydaje na tą hołotę dewiz. Idziemy dalej. Patrzę na jego buty, obydwa przeciągnięte czerwona farbą. Musiał skorzystać z usługi. Buty i tak do wyrzucenia.

  Znowu muszę się „cofnąć” do przeszłości. W szkole, siostra Anna przygotowuje nas do pierwszej Komunii świętej. Starsi koledzy straszą, „pokutą”, jaką ksiądz może nakazać takiemu grzesznikowi jak ja. Twierdzą, że co najmniej, trzy razy, na kolanach dookoła ołtarza.
Dziadek stryjek pociesza: – To bzdury, co ci opowiadają. Takie pokuty były kiedyś w średniowieczu.
Mamy problem. Muszę mieć nowy garnitur, czarne półbuty, białą koszulę i podkolanówki, świecę gromniczą. Mama oblicza wydatki. – Gąsiorowscy uszyją nie drogo garniturek. – Mówi tata. – Co ty? Do pierwszej Komunii, byś wystroił dzieciaka w ubranie od Żyda? – Ojciec wzdycha i ustępuje.
Zastanawiam się. Siostra Anna opowiadała nam. Żydzi krzyczeli: – Ukrzyżuj go! Ukrzyżuj go! – Ale przecież apostołowie byli Żydami i chodzili w ubraniach szytych przez Żydów. Okazało się, że mama miała rację. Tylko, nie chodziło tu o sprawy religijne.

Idziemy do pana Jaźwieckiego, ma piękny salon krawiecki na ulicy Brzeskiej. Wybieramy materiał. Gdy w pracowni biorą miarę, pani Jaźwiecka zaprasza mamę na herbatkę. Mają dwie córki. Jedna w moim wieku, druga rówieśnica i koleżanka Alinki. - Codziennie wypijają po szklance soku ze świeżych pomarańczy, aby miały ładną cerę. –  Opowiada mama ojcu. - Widzisz, jaka jestem oszczędna, naszym muszą wystarczyć jabłka i utarta marchewka.

        Na imieniny, na świętego Kazimierza, 4 marca, dostałem nowiutki garnitur i resztę komunijnego wyposażenia. Święty Kazimierz, królewicz, jest moim chrzestnym patronem. Ja dopiero mógłbym zostać nowym świętym Waldemarem. Dostałem, od babci, do czytania i naśladowania, żywoty, różnych świętych młodzieniaszków. Nie chcę jej martwić, czytam. Chyba to jednak, zawód nie dla mnie. Doczytałem się, że święty Franciszek z Asyżu, najpierw był żołnierzem, ciężko rannym w bitwie. Obiecuje, że pomyślę po wojsku. Mam trochę czasu na przemyślenia.

To straszne! Nie żyje mój przyjaciel, jedynak syn fryzjera, pana Leszczyńskiego. Jeszcze kilka dni temu, gdy byłem się ostrzyc, pokazywał mi swoje króliki. Biegali boso, po ciepłych, wiosennych kałużach. Skaleczył nogę. Tężec. Współczujemy zrozpaczonym rodzicom.

        Pierwsza Komunia Święta. Jeszcze jedno wielkie przeżycie. Może warto zostać tym świętobliwym młodzieńcem? Staram się jak mogę aby nie grzeszyć. Chodzę na majowe nabożeństwa do klasztoru lub z babcią do katedry. Czytam o misjonarzach, wśród „dzikich” ludów. Może zrezygnować ze służby w policji, na rzecz innej, ważniejszej?

        Odbyło się uroczyste poświęcenie nowej mleczarni w Alei Chopin’a. Spółkę z o.o. nazwano „WITAMINA”. Trafili, jak kulą w płot. Mleko akurat, nie zawiera żadnych witamin. Na usprawiedliwienie można przyjąć, że w roku 1933 pod ta nazwą, kryły się jeszcze nierozpoznane dobrze, korzystne dla rozwoju organizmu, składniki pożywienia. Można wybaczyć. Mleko jest uznawane od wieków, jako bardzo pożywne. 60 lat później będzie się śpiewać: – „Najwięcej witaminy mają polskie dziewczyny”.
Ksiądz poświęcił nowy zakład produkcyjny i na biało ubrany personel. Mówcy, w okolicznościowych przemówieniach, chwalili inwestorów a nawet nazwę, świadczącą, że zakład będzie produkował zdrową żywność. Liczni, zaproszeni goście, wśród nich, wielu miejskich notabli, wypili po lampce szampana, degustowali mleczne produkty.

        Ojca nie opuszczało przyzwyczajenie, do ograniczonego zaufania. Dobrze zabezpieczył swój udział, od strony prawnej. Tym bardziej podejrzenia stawały się uzasadnionymi, im częściej przekonywał się o nieszczerości, wobec niego, wspólników. Wszedł do „interesu”, jako trzeci, pełnoprawny wspólnik i nie miał zamiaru rezygnować ze swych uprawnień.
Twierdzą, że może śmiało polegać, na doświadczeniu partnerów i spokojnie zajmować się innymi sprawami, co tylko zwiększało jego  czujność. Podzielił się swymi podejrzeniami z mamą. Mama radzi wycofać się z tego interesu. Ojciec uspokaja: – Przekonają się, że trafiła kosa na kamień. –
Od świtu, do późnego wieczora, mogli go niespodziewanie zobaczyć w mleczarni, lub w kantorze. Postanowił zabawić się w detektywa.
Nie mogli się sprzeciwić, aby, wykorzystując swe znajomości i kontakty, dla dobra firmy, nie zajmował się dostawami i zaopatrzeniem, czy, aby włączył własny transport, do obsługi mleczarni.
Wyszło szydło z worka. Wykrył i dzielił się tym z mamą: – Budzący powszechne zaufanie, emerytowany, wyższy urzędnik, odpowiedzialny za księgowość i sprawy handlowe firmy, jest figurantem, kogoś trzeciego, jakiegoś prawdziwego, cichego wspólnika.  Młody, specjalista „mleczarz”, szef produkcji, uzupełnia to „trio”. Teraz musi ustalić, kto jest „głową” zespołu, dlaczego jest utrzymywany w nieświadomości?  Czy nie kryją się za tym, jakieś ciemne interesy, w które mógłby zostać wplątanym?

        Na Milej kończą się, przyrzeczone mamie przeróbki i uzupełnienia. Rozebrano skrytykowaną „sionkę”. Wybudowano szambo, na ścieki z kuchni i umywalni. Lokator dziadka, pan majster murarski, Lewandowski, zabrał się do budowy obszernej werandy, według mamy projektu, z tarasem dostępnym z piętra. Pomagają mu dwaj synowie. Starszy Stefan, bardzo miły i spokojny, 16 letni chłopak, pracuje z ojcem od kilku lat. W wieku może lat 13-tu, przestał rosnąć. Mówią, że „zerwał się” od dźwigania ciężarów. Władek, mój rówieśnik i przyjaciel, też pomaga ojcu a ja, staram się pomagać jemu. Mama upomina, żebyśmy się nie szarpali z tym, czego nie możemy lekko podnieść.
Nie zapomina się o zieleni. W miejscu dawnych magazynów, znalazł się klomb z różami, rabatki kwiatowe, krzewy bzów, zasłaniające parkan od strony sąsiada.  Wśród krzewów, ogrodowa ławeczka. Dom został otynkowany i obsadzony dzikim winem. Obrośniętą już stolarnię, z poszerzoną brama, nazwano „garażem”. Ma czekać na samochód.  Utwardzona jezdnia i alejka wokół klombu, oraz ogrodzenie z siatki, oddzielające naszą część podwórka, z brama i furtka, kończyły, na razie, listę maminych żądań. Tata odetchnął swobodniej.
Uczestniczyłem w pracach, jako niezbyt zgrabny pomocnik. Niestety, gdy przy montażu na dachu, anteny radiowej, sprawdziłem, na sobie, siłę przyciągania ziemskiego, docucili mnie, ale z obandażowana głową, mogłem prowadzić tylko obserwacje, z bezpiecznej odległości.

        Bramy od strony Zimnej i zasadzonej opodal gruszy, będzie strzegła, zdegradowana do roli psa łańcuchowego, Nora. Dostała wprawdzie, wygodna ciepłą budę. Jest często zwalniana. Nie można jej przyzwyczaić do tolerowania obcych i zostawić bez nadzoru.  Psia dola!
Mnie też zmieniono stanowisko. Z sekretarza, do spraw cen giełdowych zboża, zostałem gospodarzem naszego podwórka. Na pocieszenie, dostałem podwyżkę, wynagrodzenie 2 złote na miesiąc.
        – Panie adiutancie! Na co panu przyszło! – litował się nade mną Marian, który nadszedł, wraz z tatą, gdy ja, z łopatą w jednej a miotłą w drugiej ręce, męczyłem się, aby usunąć cuchnące „grzybki” Nory.
- On tu jest teraz gospodarzem. Żadna praca nie hańbi. Musi dbać o rodzinne gniazdo. - Wziął mnie w obronę ojciec.
Nie „mój następca” a „gospodarz”. Pomyślałem, to już dobrze. Nie będę blokował kariery memu bratu.
Tak zostałem gospodarzem, na razie, naszego podwórka. Zastanawiałem się, co to za stanowisko? Gospodarzy znałem ze wsi, Byli poważni i szanowani. Siedzieli na swoim. To nie byle chłystek „pędziwiatr”. Otrzymałem „sprzęt”: łopatę, miotłę, grabie i konewkę, oraz władzę nad suką Norą i drobiem, o który postarała się mama. Przed domem ma być posprzątane, rabatki wygrabione, kwiatki podlane.
 - Taki „gospodarz” z miotłą, to się nazywa „cieć”. – Sprowadził mnie z obłoków na ziemię Marian.

Zrobiło mi się przykro. Poszedłem po radę, do dziadka Jana. Modlił się ze swojej, oprawionej w skórę, książki, czy tylko czytał nabożne teksty. Wdrapałem się na „siedzisko” na piecu obok dziadka. Opowiadam o swoim zmartwieniu. Dziadek, nigdy mnie nie zawiódł. Jak zawsze, miał dla mnie czas. Zamknął książkę, zdjął okulary.
Marian sobie dworuje. Dobry gospodarz może wykonywać prace dozorcy, ale dozorca, czy jak go tam, brzydko nazywają, wykonuje tylko polecenia właściciela – gospodarza. Lecz nim nie jest. „Gospodarz”, to bardzo stara nazwa. Pochodzi od „Gospod’” – „pan”. Nie taki, co tylko panował a gospodarzył, dbał o swój dobytek. Króla nazywano „panem”. Pomniejsi mu zazdrościli, kazali siebie nazywać „mości panami”. W końcu, „mości” przepadło a „pan” się rozlazło i wszyscy zostaliśmy panami. Gospodarz to jest gospodarz! Więcej niż byle pan, co panuje tylko nad swymi portkami.
– Uspokoiłem się. Nowa posada, to nie byle, co.

        Minęły lata. Jest początek lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku. Przypomniało mi się to moje stanowisko, gdy poznałem, mego „gospodarza”, na ulicy Stalowej w Warszawie.
Z panem Stasiem spotykałem się często. Wracałem późno. Otwierał mi, zamykaną w tych czasach, na noc, bramę. Naszą, stąd powstałą, zażyłość, przerwał na kilka miesięcy, przymusowy pobyt pana Stasia, „na odwyku”.  Gratulowałem powrotu. – Zleciało, suszyło, ale mogą mi teraz wskoczyć!  Dostałem rentę i „wariackie papiery” – pochwalił się zadowolony.
Przy następnym spotkaniu, dowiaduję się, że czeka na mnie „w nerwach”. Pomylili się, przy obliczaniu renty. Kwota na jeden „browar”, szkoda podarować. Idziemy do stróżówki, sprawdzam wyliczenia. Ma rację. Mówię: – Może pan śmiało zgłosić, skorygują.
– Spojrzał na mnie z dezaprobatą. – Pan kształcony człowiek to mówi?
Jak z tym przyjdę, powiedzą: Doliczył się, to nie jest wariat!. To „przynęta i haczyk”. Ja ich poznałem. – Załatwiłem. Poprawili.
Po jakimś czasie, pan Stasio, po otwarciu bramy, zatrzymuje mnie.
- Wąchają koło pana! Dałem panu twarde referencje. To nie te nasze zwykłe „szmondaki”. Musisz pan uważać!
. Podziękowałem, uspokoiłem pana Stasia. Mówię, że wiem, o co chodzi.
To historia już z innej bajki, pod tytułem: „Władza Ludowa czujną jest”..

Pomyślałem sobie, jak to można wszystko poprzekręcać: dozorcę nazwali gospodarzem i robią z niego donosiciela a ludowi się wmawia, że jest władzą.
To był początek i im dalej tym gorzej. Cisną się człowiekowi na usta, słowa, dawniej się mówiło „nie parlamentarne”, To określenie, obecnie, niestety, samo się odkręciło.

        Wracam do dawnych jeszcze normalnych czasów. Piekarnia! Tyle lat pamiętam zapach, wyjmowanego z pieca chleba, gdy jest smarowany wodą, dla połysku. Tyle innych, wykwintnych, drogich, zdawało się, że nigdy nie zapomnę, wywiał wiatr.
W piekarni mało miejsca. Wre praca. Muszę pręciutko, przedostać się, do dziadka Jana. Lubi siadywać na wysokim stopniu w korpusie pieca, na złożonym kocu. Ciepło łagodzi ból kręgosłupa. Pomaga mi ulokować się wygodnie obok. Cierpliwie i dokładnie odpowiada, na moje kolejne:, dlaczego? Spokojnie objaśnia poszczególne czynności. Obserwujemy z wysoka, co się dzieje w tym dziadkowym „królestwie”.

Przejściem, przy piecu, biega terminator Władek.  Deska na ramieniu. Na niej, ułożone gęsto, bochenki gorącego chleba. Musi ją ulokować w specjalnym stojaku, w magazynie i biegiem wracać po następną.
Dziadek stryjek Wojciech, „piecowi”, oblany potem, pracuje w kanale przed piecem. Wyciąga upieczone bochenki chleba, wąskim, długim„szlakiem”, przypominającym cieniutką deseczkę o krawędziach ostrych jak nóż. Żeby wyciągnąć cały rządek, potrzebna szybkość i precyzja ruchów. Trzeba się spieszyć, opróżnić cały piec, bo będą zbyt wypieczone. Piec nie może się wychłodzić.  Na deskach w „urabialni”, czeka następna porcja, wyrośniętych, bielutkich bochenków, na swoją kolejkę do pieca. Władek wyniósł ostatnią pełną deskę. Piec pusty. Dziadek Wojciech, błyskawicznym ruchem, wymiata pomiotłem, czyli mokrą wiązką rafii na długim kiju, resztki otrębowej podsypki. Zasuwą zamyka wnętrze pieca. Władek już podstawił deskę z kolejnym wsadem.
Znowu śmiga „szlak” z ułożonymi na nim, szeregiem, na skos, bochenkami. Zapełniają piec. Umieścić, jednym ruchem, kilkanaście, to jest dopiero sztuka. Tu nie da się poprawić drugi raz.

        W „urabialni” pracuje „ciastowy”, pan Garnuszewski. Musi ręcznie przesiać, wielkim sitem i dokładnie wyrobić z zakwasem i wodą trzy razy po 50 kg mąki. Do tego służy głęboka, drewniana skrzynia, zwana „bajtą”. Są trzy takie skrzynie. Po przykryciu grubym, blatem, zmieniają się w stoły. Na nie wyrzuca się kolejno, dojrzałe do dalszej obróbki, ciasto. Dziadek stryjek już zamknął piec. Zmienia szary fartuch na biały i pomaga Garnuszewskiemu w wyrabianiu z odważonych porcji ciasta, okrągłych lub podłużnych bochenków. Nazywa to się „werkowaniem” i „lingowaniem”.
Władek uwija się. Podaje i odnosi zapełnione już deski. Musi ułożone na nich bochenki, delikatnie zwilżyć wodą i przykleić firmowe karteczki z nazwą i adresem piekarni i ulokować w stojakach, do wyrośnięcia.
Cała trójka pracuje, jak zegarek. Jedna czynność pogania drugą. Nic dziwnego, że gdy się kogoś prosi o pośpiech przy pracy, słyszy się często: – „To nie piekarnia!”.
Pochwaliłem się dziadkowi stryjkowi: – Już wiem jak się piecze chleb!
Spojrzał wesoło. - Przyglądaj się. – Żeby nie było tak jak z tym, co to go ojciec oddał na naukę do kowala, tylko żądał, żeby się nie pobrudził. Sadzali go przez rok w koszu u sufitu. Wiesz, co się nauczył i umiał pokazać ojcu? – Jak się robi „PSS” rozpalonym żelazem w wodzie.
        Koniec roku szkolnego. Promocji do czwartej klasy jestem pewien, nie wiem tylko czy świadectwo będzie takie, żeby pan inspektor u Długosza nie kręcił nosem. Szczególnie boję się stopnia ze sprawowania. Dyrektor Nycz straszył, że o „bardzo dobrym” nie mam, co marzyć. To byłaby katastrofa. Może siostra Anna mnie uratuje. Od czasu Komunii robię, co mogę. Lepszym być, nie dam rady.
Udało się ze sprawowaniem. Pozostałe oceny bez dostatecznych. Maszerujemy, z mamą, tym razem, do nowej szkoły.  Pan inspektor Duczmal nie ma zastrzeżeń. Zostaję przyjęty do czwartej klasy. Dostaję wykaz książek, zeszytów i prospekt, jak ma wyglądać moje umundurowanie. Błękitna czapka, granatowy mundurek, kroju wojskowego, zapinany pod szyję, srebrnymi guzikami. Na kołnierzu błękitne patki a na dole rękawów srebrna szeroka naszywka na błękitnym tle. Do tego granatowy szynel, też ze srebrnymi guzikami i naszywkami. Na lewych rękawach, niewielka niebieska tarcza z numerem szkoły, haftowanym srebrna nicią „183”. Jeszcze kostium gimnastyczny i skórzane kapcie z miękką podeszwą.
Pani sekretarka, widząc zmartwioną minę mamy, pociesza, że zamiast szynela może być cywilne palto, tylko z tarczą na rękawie.

Jest problem. Takie umundurowanie to nowy wydatek. Mama się nie sprzeciwia. Idziemy do krawców, sąsiadów Gąsiorowskich.

        Pracownia krawiecka na Miłej 21. Do dużego pomieszczenia, od strony ulicy, wchodzi się z korytarza. Wita nas cała duża rodzina. Rodzice, dwaj, synowie, córka, czy synowa i wnuczek w moim wieku, ze świderkami pejsów przed uszami. W otwartych drzwiach, jak się wydaje, do kuchni, staje jeszcze jedna młoda kobieta, z jednym dzieckiem na ręku i drugim, trzymającym się spódnicy.
Dookoła, różne krawieckie akcesoria. Manekiny z szytą garderobą. Moją ciekawość, budzi wielkie żelazko na węgiel drzewny, z kominem jak parowóz. Wnuczek pana Gąsiorowskiego, brał u nas niedawno worek tego węgla. Pracownię wypełnia dziwnie silny zapach: węglowo – cebulowo -czosnkowy.
Wszyscy pracują. Stary ojciec, w wieku dziadka Jana, kroił, na wielkim stole, sztukę sukna. Synowie pedałowali zawzięcie, na krawieckich maszynach. Kobiety obszywają ręcznie fragmenty garderoby. Mój rówieśnik siedzi na stołeczku i też coś przyszywa. Widzę, że on praktycznie zdobywa zawód.
Na nasze wejście, kobiety przerywają pracę, podsuwają krzesła, zapraszają siadać, przy okrągłym stoliku, proponują, herbatę a może kawę.
Dziękujemy. Mama pokazuje prospekt i przedstawia cel wizyty. Pan Gąsiorowski i jeden z synów, przerywają pracę. Stary Żyd bierze do ręki prospekt.
 – Czy kawaler wie, że ja szyłem mundurek do szkoł, dla jego szanownego tate. Jak ten czas leczi! Mojsze był taki mały jak Icuś a tu szedzi jego Icuś i tyż już szyje. Niech szę szanowna pani nie pyta o cenę. Dla szanownej synowej, mojego przyjaciela, jaka cena? Takiej ceny, to szanowna pani nie dostanie na cały Włocławek. Co ja mówię? Na cały kraj!
Uszyli mi mundurek, trochę na wyrost, zgodnie z życzeniem mamy.
Był tak nasycony zapachem pracowni, że wisiał przez całe wakacje w garażu, żeby wywietrzał. Dobrze, że do pierwszej Komunii miałem garnitur od pana Jaźwieckiego, bo uszyty przez sąsiadów, przytłumiłby pewnie, zapach świec i kadzideł.

 

        Pierwsze wakacje we Włocławku. Jeżdżę z panem Krzymińskim po
drewno do bliższych i dalszych lasów. We wskazanych, na, kwicie z nadleśnictwa na Łubie, miejscach, trzeba znaleźć „wyrębę” i sążeń, metrowych szczap z odpowiednim numerem. Te wycieczki, na, co najmniej pół dnia to wielka frajda. Lubimy je, pan, Krzymiński, koń i ja.
Wspaniałe leśne powietrze. Szum lasu jak piękna muzyka. Trzeba popracować przy załadunku. Koń skubie trawę i spogląda, czy nie ładujemy za dużo. Czasem spotykamy gajowych i można posłuchać ciekawych opowieści.

        Nie mógł się nadziwić i nachwalić mnie, francuski gospodarz starego, opalanego drewnem zameczku w Alzacji, Jeszcze nie miał takiego gościa, który nie narzeka, że zimno a jeździ razem do lasu, pracuje równo z nim, przy załadunku i wyładunku a do tego, sam dla siebie rąbie drwa. A dla mnie, była przyjemność i wspomnienie młodych lat.

         Po przywiezieniu drewna do piekarni, trzeba było rozszczepić każdą szczapę, na cztery, lub więcej cieńszych, tej samej, jednometrowej długości. Drwal nauczył mnie, jak to najłatwiej zrobić, przy pomocy siekiery i klinów. Chętnie, później, zajmowałem się tą pracą. Tym bardziej, gdy przeczytałem o cesarzu Wilhelmie, który na emigracji w Holandii, poświęca się prawie wyłącznie temu zajęciu.

Chodziłem się kąpać, z dziadkiem stryjkiem, lub z Marianem, nad jezioro Czarne. Było to zadbane kąpielisko. Drewniane szatnie, Wieża do skoków do wody. Popisywali się miejscowi pływacy. Można było wypożyczyć kajak albo łódkę. Wkrótce nauczyłem się nieźle pływać i mogłem już chodzić na plażę, koło mostu za Wisłą, pod warunkiem, żeby nie wypływać poza, wyznaczające kąpielisko boje.

 

        Chłodne kontakty, od czasu rozwiązania spółki w Gosławicach, z wujkiem Antkiem, uległy stopniowemu ociepleniu. Moje uczucia, były zawsze niezmienne. Wujek Antek, mój chrzestny ojciec, był moim najukochańszym wujkiem.
Po wycofaniu się ze spółki, kupił restaurację, raczej, jak inni mówili, „knajpę” na Starym Rynku.
Rynek był kiedyś brukowany, tak zwanymi „kocimi łbami” i jak każde targowisko, pełen gwarnego tłumu.. Stragany i stoiska zawodowych przekupek. Wybór warzyw, owoców, nabiału, drobiu. Świeże ryby, prosto z Wisły i wiele gatunków śledzi z beczek. Tym handlowały przeważnie Żydówki.
Wieśniacy, preferowali raczej Zielony Rynek, gdzie było więcej miejsca na ustawienie wozów.

Stary Rynek ograniczał, od strony wschodniej, szereg dwupiętrowych kamienic. Zasłaniały Wisłę i farny kościół świętego Jana. Parter lewej, skrajnej, w tym szeregu zajmował lokal wujka.
Z rynku wchodziło się po kilku schodkach do głównej sali, Stoliki przykryte cerata, wieszaki na garderobę. Po lewej stronie, długi wysoki bufet- bar, Jest wszystko: zimne napoje, piwo z beczek i butelkowe, wódka czyściocha, wyborowa i gatunkowa, zimne zakąski.
Za bufetem, jako barman, wujek. Nalewa i wydaje alkohole, obsługuje gości, siedzących, lub przysiadających, na wysokich stołkach, na jednego głębszego.
Do stałych gości należeli rybacy, łowiący na dzierżawionych odcinkach Wisły, wodniacy, „wilki słodkich wód”, szyprowie i załogi barek, zatrzymujący się przy włocławskim nabrzeżu i przystaniach. Wpadali też handlujący z rynku.
Z pierwszej Sali, przechodziło się do następnej, mniejszej, lecz bardziej wykwintnej. Kilka stolików z białymi obrusami. Tu były serwowane droższe posiłki i napoje. Stąd, na lewo była kuchnia, na prawo „gabinet”, na kilku, lub kilkunastoosobowe, „zamknięte” towarzystwo, na przykład zapraszana przez wujka rodzina.

 Ciekawym zabytkiem była osiemnastowieczna a może starsza, kamienica. Czworobok w rzucie, z podwórcem studnią.  Drewniane krużganki, jak w zamku na Wawelu. Z krużganków, wejścia do, przeważnie żydowskich mieszkań, oraz do składów czy komórek i trzypoziomowej latryny, w części budynku od strony Wisły.
Nie spotkałem nigdzie podobnego obiektu, dawnej, polskiej architektury mieszczańskiej. Nie wiem, czy pozostałe, sąsiednie kamienice, były podobnie zbudowane.
Zniszczyć wszystkie dla ładnego widoku! Barbarzyństwo okupanta!,

Pytają mnie, jak była skonstruowana latryna? Oczywiście musiałem od razu sprawdzić. – Schodkowo:. Kabiny na parterze najpłytsze, na piętrach odpowiednio głębsze. Chodziłem do najwyższej. Zajrzałem w dół. Ciemna, ohydna otchłań. Marian nie omieszkał mi wspomnieć, że takim kominem wpadają, grzeszne dusze, do piekła.

Nie mogę nie wspomnieć, że ja, w mojej skromnej osobie byłem stałym gościem knajpy wujka. Miałem stałe miejsce przy służbowym stoliku, ze szklanką oranżady i tygodnikiem „Świat przygód”. Prenumerowany specjalnie dla mnie.
Wakacje, jak wszystko, co dobre, szybko się kończyły.

Rozdział VIII: JESTEŚCIE PRZYSZŁOŚCIĄ NARODU!

            Wiele się mówi, jak ważnym jest wychowanie młodego pokolenia. Gospodarka, wojsko i oświata, to główne hasła młodego państwa i tematy ożywionych dyskusji towarzyskich spotkań.

Zajrzałem do stołowego i trafiłem na ożywiona dyskusje.
- Waldemarsie! Ty jesteś naszą przyszłością, naszą nadzieją, że nie zginiemy pod nowym zalewem zbrodniarzy ze wschodu czy z zachodu i rodzimego chamstwa! – Zabrzmiały słowa pana Bahra. Patrzył groźnie mi w oczy i trzymał, w żelaznym uścisku, moje ramie. Pan Zygmunt Bahr, nasz sąsiad i przyjaciel rodziny, razem z tatą, degustowali właśnie na wieczornym spotkaniu, nalewkę na wiśniach. Smakowali czy już się „przegryzła” i zastanawiali się nad niewiadomą przyszłością kraju wobec światowych wydarzeń.
Tata zażądał, żebym się pokazał w nowym mundurku, bo następnego dnia miałem w nim iść pierwszy raz do nowej szkoły. Musiałem się zaprezentować w pełnej gali.
- Ma pan rację, panie Kazimierzu, że pan nie żałuje na szkołę dla dzieci. Lepiej sobie skąpić a oni niech się uczą. Może nasz naród nie zginie, co by go nie spotkało, jeśli będzie miał mądrych obywateli. – Mówił nasz sąsiad. W czasie najbliższego święta 11 listopada, jego starszy syn, tak jak ojciec Zygmunt, miał być promowanym na podporucznika. Młodszy, Henryk i córka Seweryna, uczyli się w gimnazjach.

            Z pewnym niepokojem maszerowałem 1-go września do nowej szkoły. Zbiórkę wyznaczono na 9.30, przed szkołą. Szedłem sam. Tata miał swoje zajęcia. Mama wolała uczestniczyć, w uroczystości początku roku szkolnego u S.S. Urszulanek. Prowadziły ją i małą Bożenkę, wesoło podskakujące, starsze córki. Obie z wielkimi białymi kokardami w warkoczykach, w przepisowych, granatowych bluzeczkach z marynarskimi kołnierzami i plisowanych spódniczkach. Alinka, chodziła tam już do drugiej klasy, teraz zaczynała naukę w trzeciej. Dziunia szła do pierwszej. Będzie miała przewodniczkę i opiekunkę w starszej siostrze. Właściwie, razem z Dziunią mogłaby śmiało iść do szkoły Bożenka. Znała literki, pięknie bazgrała kredkami na wszystkich czystych kartkach. Trudno, wyraźnie niezadowolona, musi jeszcze rok czekać.

            Do nowej szkoły miałem prawie godzinę marszu. Bez zatrzymywania się po drodze, bo zamknięty szlaban na przejeździe i przetaczanie wagonów towarowych na bocznice, mógł ten czas znacznie wydłużyć. Znałem drogę na skróty, przez płot podwórka, po przeciwnej stronie naszej ulicy i tory kolejowe koło dworca. Wychodziło się na ulicę Kościuszki i można było zaoszczędzić kilkanaście minut, o ile nie pogonili kolejarze. Wtedy, trzeba by nadkładać jeszcze więcej drogi i więcej tracić czasu.
Na razie, wystrojony w ten szkolny „strój”, nie miałem, co myśleć o skrótach. Widoczną z daleka błękitną czapkę można by schować do kieszeni, ale wdrapywanie się na zderzaki i skakanie między stojącymi na bocznicy wagonami, lub przechodzenie pod nimi, jest zbyt niebezpiecznym dla nowego mundurka.
Szedłem, zgodnie z przepisami, dookoła torów. Miałem czas na rozmyślania.  – Trójka dzieci, w takich drogich szkołach, to pensja magistrackiego urzędnika! – Martwił się ojciec.
Obliczałem sobie w pamięci: Czeka mnie 10 lat szkoły. 40 złotych miesięcznie – 4 tysiące. To niewyobrażalna góra forsy. W szkole, rozmawialiśmy o takich, co z setką w kieszeni lądowali w Ameryce a ja mam tam ciotkę. Pucybut milionerem! – czytałem gdzieś. Nie ma, co marzyć i zaczynać tego tematu. Nie puszczą. „Jesteś przyszłością narodu!”
Zastanawiam się, jakim obciążeniem, dla budżetu państwa, borykającymi się z tylu kłopotami, była oświata, trzymanego, przez wieki w ciemnocie, ludu.

Zaglądam do rocznika statystycznego z roku 1936. Wydatki i dochody państwowego budżetu brutto, w milionach złotych: Rok 1933-1934:
Dochody ogółem                    3.685
Wydatki ogółem                     4. 151     (100,0 %)
W tym:
Min. Spraw Wojskowych           762     (18,4 %)
Wydatki na oświatę                     422,5   (10,2 %)
W tym:
szkoły podstawowe i średnie        389     (9,4 %)
szkoły wyższe                                 33,5  (o,8 %)
Jeszcze trochę liczb, dla ilustracji znaczenia szkolnictwa prywatnego w ogólnym systemie oświaty:
Przedszkola: publiczne – 584;  prywatne – 1.143:  szkoły powszechne, odpowiednio: 26.839 – 1.374;  szkoły specjalne: 74 -13: szkoły średnie, ogólnokształcące: państwowe i samorządowe – 342, prywatne – 423: szkoły wyższe: państwowe 13, prywatne 11.
Pula wydatków na oświatę, zwiększa się jeszcze o dalsze miliony, prawie dorównując wydatkom na wojsko.
Młode państwo, dorabiające się po 123 letniej niewoli i wojennych zniszczeniach, nie szczędziło środków na kształcenie młodzieży. Znaczący w nim, dodatkowy udział, miały szkoły prywatne, finansowane przez kościół katolicki i inne związki religijne, czy organizacje społeczne, przy partycypacji lepiej sytuowanego społeczeństwa. Szkoły prywatne były lepiej wyposażone. Przy mniejszej ilości uczniów w klasie, mogły poświęcić więcej czasu każdemu uczniowi. Za umieszczaniem dzieci w szkołach prywatnych przemawiała jeszcze jedna okoliczność: – pozostawało więcej miejsc w szkołach państwowych, dla dzieci z domów mniej zamożnych, czy biednych.

            Przed Szkołą im. ks. Jana Długosza ustawiają się, czwórkami, chłopcy, w mundurkach takich jak mój. Klasy, zaczynając od maluchów pierwszego oddziału, ustawiane są według wzrostu. Znajduję czwarty oddział. Wszystkie czwórki w komplecie. Stanąłem niezdecydowany, na chodniku, obok drugiej czwórki. - Patrzcie! Mamy nowego! –Zawołał czerniawy wesołek. – Ustaw się chłopczyku na końcu, tu wszystkie miejsca zajęte. – Spojrzałem na ostatnie czwórki. Dryblasy o głowę wyżsi ode mnie. Ja mam być samotnym „ogonkiem” na końcu. Ani myślę się ruszyć.
Nadchodzi młoda elegancka pani. - Dzień dobry! Jestem wychowawczynią czwartej klasy. Ty jesteś Galczak. Zaraz cię tu ustawię. – Dzień dobry – odpowiadam z czapką ręku. – Chłopcy, każdy skrajny z prawej strony przesuwa się o jeden szereg do tyłu. – Pada komenda. Szmer niezadowolenia, ale w drugiej czwórce robi się miejsce dla mnie, obok wesołka, z ponurą teraz miną.
- Nie martw się Łopuchin, będziecie mieli jeszcze jednego nowego kolegę, wtedy będziesz miał parę. – Wychowawczyni uspokaja ostatniego, samotnego teraz na końcu klasy, wysokiego chłopaka.
Takie było, niezbyt entuzjastyczne, przyjęcie mnie do czwartej klasy.

Nadszedł poczet sztandarowy. Trzech przyszłych maturzystów, w mundurach jak z pod Igły, w białych rękawiczkach, z biało-czerwonymi szarfami przez piersi. Na sztandarze, z jednej strony, Matka Boża, z drugiej, Orzeł Biały i napis: „BÓG HONOR OJCZYZNA”. Drzewce sztandaru pełne srebrnych i złotych „gwoździ”. To znaki fundatorów i darczyńców.

            Maszerujemy ulica Bechiego, bulwarami nad Wisłą, do farnego kościoła św. Jana. Mój sąsiad w czwórce nie przestaje mnie pouczać:.- Trzymaj krok! Równaj! Nie pomyl nogi! – Znoszę cierpliwie te zaczepki.
W kościele, ustawiamy się w środku nawy. Jest ktoś „mój”. Babcia Franciszka siedzi w jednej z ławek i uśmiecha się do mnie. Zrobiło mi się zaraz przyjemniej.
Wracamy do szkoły. Rozejść się! Zbieramy się w auli! – Słyszę polecenia. Nie wiem jeszcze gdzie, co? Zaczepia mnie chłopiec z następnej czwórki. – Waldek! Jestem Jurek. Właściwie, to wypadam ci wujkiem. Masz ci los, jeszcze jeden mądrala się znalazł. Myślę sobie. – Jak to wykalkulowałeś? – Pytam nastroszony, gotów bronić się przed nową zaczepką. - To proste. Twoja ciotka Hanka, wyszła za mąż za mojego brata ciotecznego Zenka Michalskiego, jego mama jest siostrą mojego taty. Ja nazywam się Janowski, mój dziadek jest waszym sąsiadem na Miłej. Jeśli mój brat jest dla ciebie wujkiem, to i ja nim wypadam. Jasne? – Wyjaśnia mi ze śmiechem. – Grabula! Będziemy przyjaciółmi.
Odetchnąłem. Jest przyjazna dusza. Jurek zaprowadził mnie do szatni. Zajęliśmy wieszaki obok siebie.
W auli rozpoczęła się uroczystość. Zgromadzeni są uczniowie i goście, ich rodziny. Honorowe miejsce zajmuje ksiądz biskup Radoński, ordynariusz włocławski i zaproszeni notable. Przemówienia. Mówcy prześcigają się, wyjaśniając, na jakich to doskonałych obywateli, a może i przyszłych uczonych, mamy zostać wychowani.  Ile zależy od tego, aby przeprowadzany, na naszych skromnych osobach, eksperyment, się udał.
Śpiewa chór szkolny, deklamacje. Koniec części oficjalnej. Goście zwiedzają gmach szkoły.
Zapamiętałem z tego: „W zdrowym ciele zdrowy duch!”.

            Jaką była ta moja przedwojenna „Alma mater”, w której danym mi było spędzić tylko pięć lat. Jak się okazało, ostatnich lat słonecznych, zanim pogrążyliśmy się w pięćdziesięcioletnim mroku zbrodni, zdrad i fałszowania wszystkiego, co było dobrego dawniej, przez ludzi „małych” a może i nikczemnych..

Staraniem biskupa włocławskiego Stanisława Zdzitowieckiego, w roku 1916, założono „Zakład im. ks. Jana Długosza”, jako ośmioklasowe gimnazjum ogólnokształcące. Ulokowano je w, udostępnionej przez władze niemieckie, części pałacu biskupiego.
Artyleria bolszewika w roku 1920 zburzyła pałac, spłonęły: biblioteka, zbiory i wyposażenie. Starsi uczniowie, jako ochotnicy i nauczyciele znaleźli się w wojsku.

Po inwazji, gimnazjum uruchomiono, tymczasowo, w prywatnej kamienicy.
Już, jako „Szkoła im. ks. Jana Długosza” przeniesiono w roku 1928, do nowego gmachu. Wybudowano go w ciągu trzech lat, jak wszystko, co w drugiej Rzeczypospolitej budowano na użytek publiczny, według najnowszych wzorów europejskich. Rozwiązania architektoniczne, sanitarne i wyposażenie, odpowiadające wymaganiom nowoczesnej higieny, na najwyższym poziomie techniki budowlanej.
Wysokie widne klasy, na 30 uczniów każda, w tym: 6 klas szkoły powszechnej, 4 klasy gimnazjum ogólnokształcącego i dwie klasy liceum, na dwóch kierunkach: humanistycznym i przyrodniczym. Pracownie: chemiczno-fizyczną i robót ręcznych z warsztatami stolarsko-ślusarskimi. Gabinety: przyrodniczy i geograficzny. Biblioteka z bogatym księgozbiorem. Szerokie korytarze rekreacyjne. Aula ze sceną z niezbędnym zapleczem i niewielka kaplica. Przy szkole internat dla 120 uczniów, również o wysokim poziomie i standardzie wyposażenia.
W roku 1932 dobudowanie skrzydła z olbrzymią salą gimnastyczną, przykrytą tarasem; boiska, po drugiej stronie ulicy, kończą rozbudowę i wyposażenie szkoły. Mamy kort tenisowy, boiska do siatkówki i koszykówki, bieżnię, skocznie, prysznice, sanitariaty i sprzęt do gier, treningu i uprawiania lekkoatletyki.
Ile to kosztowało? – Zapewne dużo. Wydano miliony złotych. Finansował Kościół i okoliczni darczyńcy.
Najważniejszym był jednak, plan dydaktyczno-wychowawczy szkoły, oparty na nowoczesnym, opracowanym i rozbudowywanym, przez grono wybitnych pedagogów, programie. Niestety, większość z nich, przepłaciła swą działalność męczeńska śmiercią. Program nauczania miał nas dobrze przygotować do studiów wyższych.
Do szkoły byli przyjmowani, oprócz katolików, również prawosławni i ewangelicy, wśród nich Niemcy. Podejrzewam, że któryś z nich okazał się Judaszem, który przyczynił się do wymordowania naszych nauczycieli.

Byli wychowankowie odtworzyli program wychowawczy. Oto jego części składowe:

A. Wychowanie CZŁOWIEKA przez:
1/ pogłębianie uczuć religijnych;
2/ budzenie poszanowania cudzej i wspólnej własności;
3/ wyrabianie obowiązkowości;
4/ budzenie instynktów społecznych i ich sublimacji;
5/ szczepienie zgody między stanami;
6/ ożywianie uczuć propaństwowych.

B, Wychowanie CHRZEŚCIJANINA, przez:
1/ budzenie uczuć religijno-moralnych;
2/  wytwarzanie ideału życiowego. Wyrabianie światopoglądu chrześcijańskiego.

C. Wzbogacanie KULTURY ucznia, przez:
1/ budzenie zamiłowań estetycznych;
2/ wytwarzanie dyspozycji i sprawności o charakterze estetycznym:
3/ uszlachetnienie stosunków z ludźmi.

D, USPOŁECZNIANIE, przez:
1/ wychowanie społeczne:
2/ wychowanie obywatelsko-państwowe.

            Ten plan i program wdrażano w sposób, jak gdyby nie zauważalny, dla nas uczniów. Wymagano, przede wszystkim, samodzielnego, logicznego myślenia. Na jednej z pierwszych lekcji wychowawczych, usłyszeliśmy:

- To, co musicie zapamiętać na całe życie, to trzy słowa na naszym sztandarze: „BÓG HONOR OJCZYZNA”, oraz DEKALOG ! –To są NAJWYŻSZE WARTOŚCI. To ma być wasza „konstytucja”, czyli najwyższe prawo. Według niej macie żyć i budować nasz kraj.  Wszystkie, które wam będą nadawać, spisywane w setkach paragrafów, muszą z niej wynikać, lub być do niej komentarzem. Macie jeszcze radę i ostrzeżenie wypisane na frontonie naszej szkoły: „VITA SINE LITTERIS MORS EST” (Życie bez nauki to śmierć!)  -

            Tą naszą „konstytucję” było łatwo zapamiętać. Nic dziwnego, że została w głowie na całe życie. Była też wzorcem do oceny następnych, formułowanych na dziesiątkach i setkach stron konstytucji, statutów i programów.  Konstytucja z 1919 roku, zwana „małą”, wystarczyła na okres wojny z bolszewikami, a była spisana na połowie kartki maszynopisu. Konstytucję Stanów Zjednoczonych, spisano na jednej karcie. „Traktat Lizboński” liczy 10 tys. stron.
Postęp? Rozwój umysłowy społeczeństw? – Przysłowie mówi: „Mądrej głowie, dość półsłowie”. – Czy ono już nie aktualne?  Pewnie tak. Nowoczesny człowiek ma nowoczesny sprzęt. Znajdzie z szybkością światła, to, co potrzeba. A jeśli sprzęt nawali, albo zostanie mu zabrany, czy nie stanie jak bezradne dziecko?

            Rozpisałem się o tej dawnej szkole, dziś „CIENIU MINIONEJ EPOKI”.
Nie mogę, nie skorzystać z okazji i nie przyjrzeć się, co zostało w dzisiejszych czasach, z tych NAJWYŻSZYCH WARTOŚCI.

BÓG – Staramy się odkryć tajemnicę STWORZENIA, Wiarę zastąpić WIEDZĄ!
Od wieków, temat wysiłków, geniuszy ludzkiego umysłu. Obecnie, w dobie niespotykanego rozwoju nauki i techniki, włączenia potężnego aparatu badawczego, brak spodziewanych efektów. -  Dochodzimy do bariery, granicy ludzkich możliwości, w każdej dziedzinie poszukiwań. Są to: Nierozpoznawalna czasoprzestrzeń, czarne dziury, ciemne, materia i energia, niemożliwe do ożywienia, identyczne z żywymi łańcuchy białka. Co dalej? Niesprawdzalne hipotezy przyznawanie się do porażki.

HONOR. – Zaleta czy wada? – Patrzę do słownika polszczyzny. Synonimy: „godność osobista”, „dobre imię”, „cześć” i połowa kolumny przykładów zastosowań. Pamiętam inne:
.”Bóg mi powierzył HONOR Polaków”, „Jest rzecz bezcenną w życiu człowieka i Narodu. Tą rzeczą jest HONOR!”. – „Szczęść mi Boże na honorze” – Modlili się kiedyś młodzi Polacy.
„Słowo oficera, czy męża stanu, to słowo człowieka honoru. – Maciej Rataj, marszałek ostatniego Sejmu II RP, dał słowo honoru, wrócił i został przez Niemców rozstrzelany.
Były i są społeczeństwa, którym te pojęcia są nieznane i niezrozumiałe. –

OJCZYZNA. „Święta Miłości kochanej Ojczyzny, znają cię tylko umysły poczciwe…”.  – Uczyliśmy się śpiewać, z nabożeństwem. Tak, jak hymn czy „rotę”. „Kto ty jesteś? – Polak mały…” – aż do – „A w co wierzysz? – W Polskę wierzę!”, z mozołem powtarzał maluch. Tak było i jest w milionach polskich rodzin. Czy młode pokolenia też jeszcze wierzą w Polskę – Ojczyznę?

Demokracja! Decyduje większość. Decydenci wiedzą jak z nią postępować. Metoda Rzymian: „ Panem et circneses!” (Chleba i igrzysk), była idealną, dla uspokojenia, ogłupiania i kierowania ciemną masą, głosującego pospólstwa. System się sprawdzał, aż się wszystko „rypło” i potężne imperium diabli wzięli,             Czasy się zmieniły. Nie ten cyrk nie te „małpy”. Mamy potężne masmedia.
O ile założymy, że w czasach rzymskich, władza była „psem” a dostawcy chleba i igrzysk „ogonem”, to teraz, coś mi się zdaje, że to „ogon kręci psem” a kto trzyma za ogon? Czy to nie jest międzynarodowy kapitał, dysponujący rynkiem surowców i technologii?.
„Ubi bene, ibi Patria” (gdzie dobrze, tam Ojczyzna), powtarzają, z starożytnymi, nasi najbardziej przedsiębiorczy.

DZIESIĘCIORO PRZYKAZAŃ BOŻYCH. Czy jeszcze są potrzebne? Mamy obszerne, szczegółowe kodeksy praw. Każda władza dba o ich „szczelność, Obywatel jest równy wobec prawa. Czasem są równiejsi. Lub tacy, co kombinują, jak je ominąć, lub jak nie dać się złapać.
Jest laicka moralność. Religia, to przeżytek, narkotyk ciemnego ludu! To jest Polska! –Słyszałem opinię sławnej komentatorki, o młodych internautach, ordynarnie atakujących, modlących się starszych ludzi. Tylko, że bez religii, rzeczywistych narkomanów wciąż przybywa a z moralnością, jest jak widać.    

            Jak można dać się tak otumanić! WARTOŚCI wyrosłe na gruncie chrześcijańsko – europejskiej kultury, za które ginęły, w walce i zbrodniczo mordowane, miliony uczciwych ludzi, są permanentnie niszczone, zastępowane „antywartościami”, jak: pycha, pazerność i fałsz.
Przykazania: „Nie zabijaj! Nie kradnij! Nie mów fałszywego świadectwa!”, mogą być omijane – decyduje CEL i okoliczności.
Tamte ponadczasowe Prawdy  były i są przeszkodą, dla wytrawnych „profesorów” socjotechniki i „pi-aru”, decydenta, zleceniodawcy.

Uff! Ulało mi się żółci. Wracam do pierwszych dni w dawnej mądrej szkole.
Mamy 1 września 1933 roku. Po uroczystościach początku roku szkolnego, rozchodzimy się do klas. Nasza czwarta klasa jest na drugim piętrze lewego skrzydła. Wszystko lśni czystością.
W klasie zajmujemy miejsca, tak jak w czwórkach w pochodzie do kościoła. Wypadło mi w drugiej ławce, obok tego niezadowolonego chłopaka. Myślę sobie, jakoś to będzie. On pierwszy poruszył temat: -Radzę ci po dobroci, zamień się ze Stasiem. - To ten chłopiec, co się przesunął, o jedną czwórkę do tyłu a teraz siedział za mną. Gdyby poprosił, nie miał bym nic przeciwko temu. Nawet wolałbym siedzieć obok mojego nowego „wuja”, Jurka Janowskiego. Groźba mnie wkurzyła. – Mnie tu dobrze, lepiej widzę, co jest na tablicy. – Odpowiedziałem. Weszła pani wychowawczyni. Podyktowała nam plan lekcji, przypomniała, że obowiązują miękkie, skórzane zelówki przy butach, poinformowała o zasadach korzystania z biblioteki i sprzętu sportowego.  Rozchodziliśmy się do domów. Ze mną, do Zielonego Rynku, szedł Jurek. - Ten twój sąsiad, Jurek Balaun, zrobił sobie z sąsiada, Stasia Osterlofa, spokojnego chłopca, uległego asystenta. Stasio jest bardzo zadowolony z tej zmiany.  Będziesz miał kłopot. Tylko pamiętaj, za bijatykę możecie obaj wylecieć ze szkoły. – Wyjaśniał i ostrzegał.  
    Następnego dnia, była to sobota, rozpoczęła się moja pięcioletnia przygoda, nauki w przedwojennej, prywatnej szkole.
Wspólna krótka modlitwa do Ducha Świętego, wszystkich uczniów i nauczycieli, w westybulu gmachu. W klasach zostawiamy kurtki mundurowe i idziemy na taras, na kilkanaście minut gimnastycznej rozgrzewki.
W klasie, mój sąsiad pilnuje skrupulatnie, aby mój zeszyt nie przesuwał się czasem, na jego część pulpitu, Ja odpowiadałem tym samym.
Na przerwie, on nie wytrzymuje: - Proponuję ci jeszcze raz. To będzie taka zabawa. Ja jestem Robinson Kruzoe a ty będziesz Piętaszkiem, bo przybyłeś do nas w piątek. Będę cię bronił i pomagał.Źle trafiłeś. – Mówię spokojnie. – Ja jestem kapitan Nemo, mógłbym cię zabrać do Nautilusa, ale się nie nadajesz. Posiedź jeszcze na swojej wyspie, aż zmądrzejesz. – Zaperzył się jak indor. Jestem dla ciebie za głupi?  To się bijemy! – Możemy, ale po szkole, gdzieś na boku. -  

Po lekcjach wychodzimy razem a tu za nami wysypuje się polowa klasy. Ktoś usłyszał i wszyscy chcą być sekundantami. Idziemy w stronę Wisły. Zdejmujemy tornistry i kurtki, stajemy w utworzonym przez resztę kręgu. Mój przeciwnik przyjmuje postawę bokserska. Jest szczupły, zwinny. Postanawiam zaatakować. Rzucam się do przodu i dostaję pięścią prosto w nos. Ból, świeczki w oczach, ale już go trzymam w pół. Lewą stopą przytrzymuję jego but, pchnięcie i leżymy. On na spodzie ja, na nim. Lewy hak w szczękę. Przeraziłem się, że za mocno, bo głowa mu się skręciła. Chciałem wyprostować z prawej. Chwytają mnie za ramiona i odciągają. Stop! Remis! Wola któryś. To krew z mojego nosa zaczęła kapać na koszulę leżącego. Przytykam chustkę do nosa, nawet niewiele krwawi. Jurek Janowski przynosi zmoczoną w Wiśle swoją i przykłada mi na nasadę nosa. Mój przeciwnik, lewą ręką jeszcze porusza swoją nadwerężoną szczękę a prawą wyciąga do mnie: – No to sztama kapitanie! – Sztama Robinsonie. – Tak zaczęła się nasza dozgonna przyjaźń.

            Wracaliśmy razem do domu do Zielonego Rynku. - Gramy w „bibra”? – Zapytał. Nie znałem takiej gry. – Kto zobaczy pierwszy Żyda z brodą, pokazuje go dyskretnie i mówi „biber”! Za czarną brodę 1 punkt, za siwą 2, za rudą 5. Kto uzbiera więcej punktów, ten wygrywa. Proste!  – Zgodziłem się. Szliśmy licząc punkty. Przypomniało mi się, że to sobota, „szabas”. Zagadując go, prowadziłem w kierunku ulicy Królewieckiej, gdzie był żydowski dom modlitwy i budynek klubu „Makabi”. Nie zorientował się, naliczył kilka bród. Doszliśmy do rogu i wołam: „Biber”, Królewiecka do końca. – Niema, co liczyć, wygrałeś! – Przyznał. Przed domem modlitwy stal tłum.

            Rodzice Jurka mieli sklep spożywczo-kolonialny na ulicy Kaliskiej niedaleko Placu Wolności. Było tam podwórko przechodnie do ulicy Kościuszki. Było mi po drodze.. Jurek był Beniaminkiem w rodzinie, wiele mu pozwalano, dostawał nienajgorsze kieszonkowe. Miał dorosłe rodzeństwo: brata i siostrę. Pasowaliśmy do siebie. On miał ciekawe, ale nieraz, wariackie pomysły, ja starałem się sprowadzać je „na ziemię, aby nie było wpadki.
Bawiliśmy się. Podpatrywaliśmy życie miasta, nie zawsze w dozwolony sposób.
Nauka? Nie trudno nam było utrzymać się, na średnim poziomie, ze stopniami, miedzy „dobry” a „dostateczny”. Tylko piątka ze sprawowania trzymała się, jak jesienny liść na wietrze.
W las szły szczytne hasła, o obowiązku zdobywania wiedzy wszystkimi siłami, którą poniesiemy do „ludu mas”.
Po latach, Jurek Janowski, pułkownik-nawigator, przyznał mi się: – Jak ja wam zazdrościłem, rozrabiakom, nie mogłem się przyłączyć. Moich rodziców nie było stać na tą szkołę, byłem zwolniony z czesnego, pod warunkiem, ze będę prymusem. – Był. Nie wiedzieliśmy o tym warunku.

Kina wabiły filmami wojennymi, czy o „Dzikim Zachodzie”. Boisko uczestnictwem w meczach „w dwa ognie” i trenowaniem sprawności fizycznej. Zajęcia w zastępie „wilczków”, przygotowaniem do harcerstwa, wypełniały resztę wolnego czasu. Żałowałem, że Marian, po czwartej klasie gimnazjum, przeniósł się do szkoły budowlanej w Poznaniu. Szyk u nas nadawali uczniowie starszych klas. Dobrze było mieć tam starszego brata.

            Opuszczałem chłopaków z Kokoszki. Coraz rzadziej, po powrocie ze szkoły przebierałem się jak dawniej. Był obowiązek wychodzić na ulicę w mundurku, z tarczą z numerem szkoły na rękawie i świecić przykładem dobrego zachowania, bo złe, każdy mógł „kablować” do szkoły. Jak tu, w takiej sytuacji, bronić, lub zdobywać płoty-fortece, gdy świstały, naprawdę niebezpieczne pociski, kamienie z proc. Marian na pożegnanie zrobił mi piękną procę z doskonałych rurek gumowych. Niosła daleko i celnie. Należało uważać i dobrze kryć się, przy obronie barykady, uważać przy ataku. Dostałem kamieniem w ząb, na samym przedzie, w górną jedynkę. Na szczęście nie wypadła, tylko kiwała się jakiś czas. 

Kaziok, z naszego podwórka, zgodził się wreszcie pokazać jak łapie gołębie. Na Kokoszce było wielu gołębiarzy i zwykle, po południu, odbywały się zawody, czyje stado „chodzi” najwyżej.
Z sieni, na piętrze naszego frontowego domu, po drabinie i przez tak zwany „dymnik”, wychodziło się na dach. W domu nie było jeszcze lokatorów. Byliśmy sami w sieni.
Kaziok miał, uplecioną z siatki, taką, jak gdyby szufladę do stołu. Wyjaśnił, że to „rafka”. Wysunął ją ostrożnie, dnem do góry, na dach. Wysunął się sam i, leżąc na brzuchu zawołał, żebym zrobił to samo. Leżeliśmy ukryci za kominem. Mój towarzysz, wyjął z za pazuchy, swój największy skarb, gołębicę. Trzymał ją w komórce w niewielkiej klatce, karmił, wypuszczał, uwiązaną na sznurku za nóżkę, na spacer po dachu. Teraz, uwiązał ja pod rafką, której jeden bok podparł patyczkiem z przywiązanym do niego sznurkiem. Gołębicy podsypał trochę ziarenek. Obserwowaliśmy krążące cztery stadka. Czekaliśmy, czy odłączy się jakiś gołąb, zachwycony wdziękami wspólniczki Kazioka. Jedno całe stado zaczęło się obniżać. Kierowało się wyraźnie na nasz dach. – Pryskaj, ino chybko!-  Krzyknął Kaziok a sam, czołgając się jak wąż dopadł rafki. Schował gołębicę znowu za koszulę i w pośpiechu likwidował swe urządzenia.
Zamiast schodzić normalnie, po drabinie, chciałem to zrobić szybciej. Zsunąłem się w dymniku, aby wisząc na rekach, skoczyć do sieni. Pomysł był dobry, tylko z pewnym niedopatrzeniem. Spodnie zaczepiły się o wystający gwóźdź i puściły od kolana do pasa. – „Śpiesz się powoli!” – Mówią mądrzy ludzie.
Kaziok zrzucił mi rafkę i zamknął dymnik. – To były Cieśloków, zaraz by się tu zwalili. – Wyjaśnił. Cieślakiewicze byli naszymi sąsiadami. Ojciec stolarz, wrócił przed laty z Ameryki, wybudował obszerny drewniany dom i założył sad, zaraz za posesją Janowskich. Miał trzech synów: Najstarszy Tadeusz szykował się do wojska, młodszy Leszek chodził do gimnazjum, a najmłodszy Stach, kończył powszechniaka. Mieszkał z nimi ich kuzyn Tadek Gromczewski, rówieśnik Leszka. Wszyscy byli doskonałymi gołębiarzami. Niektóre ich ptaki były bardzo cenne. Z Cieślakiewiczami przyjaźnił się nasz Marian i ja ich bardzo lubiłem.
Dowiedziałem się jak się łapie gołębie. Kosztowało to spodnie. Mama czasem dopytywała się o nie.
Kaziok miał piętnaście lat. Był nad wiek silnym chłopakiem. Był mrukiem. Trudno coś z niego mogłem wydusić, chociaż, chyba mnie lubił. Edukacje skończył po trzyletnim pobycie w trzeciej klasie. Gdy wykryłem, że go głodem wychowują, moja mama wymogła, aby dostawał gorący posiłek.
Dziadek Wojciech zaczął zabierać go, co sobota, do swojego pokoiku i zmuszał do czytania, raczej dukania, wybranego tekstu, Kilka razy korzystał z tych lekcji. Myślę, że nie tyle z pędu do wiedzy, co do 50 groszy, które dostawał za ten umysłowy wysiłek.

            Stał się wypadek. Strata dla nas, dotknęła również, „rykoszetem”, Kazioka. W starej, drewnianej stajni, nasz piękny „kary”, złamał nogę, na jakimś spróchniałym, oślizgłym balu. Niestety, to był wyrok na konia.
Tata się bardzo zmartwił. Robił sobie wyrzuty, że odkładał budowę nowej stajni i postanowił ten błąd naprawić. Należało rozebrać komórki lokatorskie. Widziałem rozpacz Kazioka, gdy wypuszczona i zachęcana do poszukania sobie innej kwatery, gołębica przesuwała się na rozbieranym dachu komórki i ani myślała odlecieć. Ze łzami w oczach, chwycił ją, pocałował i rzucił z całej siły do góry. Patrzył chwilę jak znikała, kopnął leżący kawałek deski i wybiegł na ulicę.

            Wróciłem ze szkoły i dowiaduję się o nowym wydarzeniu. Policjant przyprowadził Kazioka. Niósł pod pachą, części garderoby: marynarkę w kratę spodnie nie bardzo do tego pasujące, koszulę w wielkie grochy. Policjant pytał o dziadka Wojciecha. – Czy pan dał mu na te zakupy? – Pytał. Dziadek postąpił jak ten świętobliwy biskup z powieści Wiktora Hugo. – Ile ci jeszcze zostało? – Zwrócił się do stojącego, ze spuszczoną głową, chłopaka. – Znaleźliśmy przy nim 20 złotych i 40 groszy. – Odpowiedział policjant i wręczył dziadkowi pieniądze. Dziadek wyciągnął je do Kazioka. – Trzeba było sobie jeszcze kupić ciepłą kurtkę, bo idzie na zimę. Powiedział. – Czy to znaczy, że pan nie wnosi skargi? – Pytał policjant. – Nie, to jest prezent. On jest moim chrześniakiem! – Policjant machnął ręką, dał do podpisania protokół. - Wiele mu pan tym nie pomoże. – Powiedział na pożegnanie.
A Kaziok, uśmiechnął się, schował pieniądze. Bez słowa podziękowania dziadkowi, ruszył do ich izdebki – Ubierz się, niech cię zobaczymy. – Żądali, zgromadzeni na podwórzu, lokatorzy. Ukazał się po chwili. Wybuch śmiechu. – Wystroiłeś się jak diabeł, na wesele do Osic. – Ocenił furman Krzemiński. Kaziok z węzełkiem pod pachą i dwudziestoma złotymi w kieszeni, ruszył w świat. Okazało się, że w czasie „lekcji”, podpatrzył, że dziadek chowa pieniądze między kartkami książek w swej biblioteczce. Dostanie się z dachu, przez okno facjetki, nie sprawiało trudności. Mówiono, że mieszka na Grzywnie, we włocławskich „slumsach”.
Z
obaczyłem go jeszcze raz, Byłem z mamą na zakupach, na Zielonym Rynku. Pędził na przełaj, skacząc przez kosze z nabiałem i skrzynki z drobiem a za nim kilku ludzi, wołających: Trzymać złodzieja!

Podobno wysłany, w czasie okupacji, na roboty do Niemiec, przeżył. Za to po wyzwoleniu, znalazł się zaraz, w więzieniu i zginął w czasie ucieczki.
Myślę sobie, że Kaziok, to taki wzorcowy przykład, znacznej części młodzieży, z najniższych warstw, ówczesnego społeczeństwa. Wyrastali z pokoleń biedy, zaniedbania i pogardy. Trzeba by setek światłych psychologów i warunki, by skorygować te otępiane przez wieki alkoholem i wyzyskiem charaktery. Nic dziwnego, że w godzinach próby z nich rekrutowały, bandyckie systemy, pomocników i oprawców.
Kaziok trafił, przyjęty i akceptowany, na dalsze przeszkolenie na Grzywno.

Teraz, miałem po drodze i bardzo często odwiedzałem, na ulicy Łęskiej, babcię Franciszkę. Babcia nigdy nie siedziała bezczynnie. Znała bardzo dobrze prace szydełkowe i na drutach. Była w tym bardzo sprawna. Podziwiałem, jak szybko migały druty w jej rękach i powstawał płat jakiegoś sweterka, czy szalika. Trochę uwagi wymagały rękawiczki zimowe i skarpety. Całą rodzina nosiła babci konfekcje. Do moich obowiązków należało trzymanie na rozstawionych rękach, rozciągnięty motek wełny, który babcia, sprawnie zwijała w kłębek, okrąglutki jak średniej wielkości piłka. Musiałem pamiętać, żeby nie zostawić babci bez surowca do pracy.

Była to niezwykła kobieta. Szczupła, średnio wzrostu, o smutnych, orzechowych oczach i ciemnych, lekko brązowawych włosach. Mimo siedemdziesięciu lat, trudno było dopatrzyć się w nich srebrnej niteczki. Splatała je w długi warkocz, spinany w „kok”, z tyłu głowy.
Nigdy nie widziałem, choćby lekkiego uśmiechu na jej twarzy. Mówiła, spokojnym zawsze, głosem, z dokładnym akcentem słów. Ciekawe, ten sam tembr głosu odnajdywałem w głosie mej siostry Aliny i słyszę go jeszcze w głosie jej córki Agnieszki.
Najbardziej lubiłem nasze wspólne wieczory, gdy nie miałem lekcji do odrabiania. Przyglądałem się, sprawnym, migającym palcom babci, lub siedzieć z włóczką na rękach, musiałem uważać, żeby, kolejno spadała tylko, nawijana na kłębek, nitka. Słuchałem, słuchałem pięknych opowieści, o tym, co było. Żałowałem, że kończy się ostatni motek i moje, lub babci zatrudnienie, bo ktoś przychodził.
Myślę, że gdyby babcia chciała pisać, tak jak opowiadała, zostałaby sławna pisarką.
          Nadchodził wujek Antek. Przynosił „zaopatrzenie” kuchenne. Miał zawsze pod ręką jakiś kawał, czy dowcip.
Razem z babcią mieszkała, moja siostra cioteczna Irena. Dorodna panna, na wydaniu. Rok mijał, jak zdała maturalne egzaminy. Zmieniła się nie do poznania, zamiast w szkolnych sukienkach, teraz w kreacjach młodej damy. Miała adoratorów. Słyszałem, jak się z nich nabijały, w gronie koleżanek. Najbardziej wytrwałym, był Stefan Postolski. W ich kontaktach, ja, jeszcze w ciągu ubiegłego lata, odegrałem ważna rolę. Było niedopuszczalnym, aby młoda panna, na wydaniu, chodziła na spacery, sama z kawalerem, jeśli jeszcze nie był oficjalnym, przyjętym narzeczonym. Na prośbę babci i polecenie mamy, ja byłem ich „przyzwoitką”. Byłem bardzo tolerancyjny. Specjalnie długo, konsumowałem lody w parkowej cukierni.
Stefana polubiłem. Nie miałem nic przeciwko temu, żeby został moim ciotecznym szwagrem. Był członkiem klubu lutnia, Śpiewał pięknym barytonem, Jego starszy brat był komendantem Straży Pożarnej we Włocławku, Dzięki temu, miałem wstęp do remizy strażackiej, mogłem posiedzieć w strażackim wozie, przymierzać hełmy i oglądać sprzęt.

Stefan miał jeden defekt, jakąś fobię do broni palnej. Przyznał się do tego, gdy siedzieliśmy kiedyś na ławce w parku. Komisje wojskowe, nie mogły z tym poradzić. Został zwolniony. Nie mogłem uwierzyć. Musiałem podzielić się ta wiadomością z wujkiem Antkiem. On był oficjalnym opiekunem Ireny. Ja też czułem się za nią odpowiedzialnym. Jak taki mąż ją obroni, w razie, czego. Wujek zlekceważył moje obawy. Stefan się oświadczył, prosił babcię i wujka o rękę Irenki. Musieli się dogadać, nie w czasie mojego dyżuru. Termin wesela ustalono w karnawale, w przyszłym roku.

Rozdział IX:  RODZINNA FIRMA

            „Co los spuści, trzeba trzymać..”

            W połowie października zapadł ostateczny wyrok, na dziadkową piekarnię. Komisja sanitarna wykazała wiele braków i na przyszły rok nie będzie zezwolenia na wypiek pieczywa. Braki są niemożliwe do usunięcia bez poważnych inwestycji:
- pomieszczenia produkcyjne są za niskie o 40 cm;
- ściany i posadzki muszą być zmywalne, niedopuszczalna jest podłoga drewniana;
- musi być szatnia- przebieralnia, umywalnia z wodą ciepłą i zimną, oraz pomieszczenie do spożywania posiłków dla personelu;
- dowożenie wody beczkowozem jest nie do zaakceptowania,
- instalacja elektryczna musi być wymieniona na bezpieczną.

            Wieczorem, po kolacji, gdy jeszcze w saloniku odrabiałem lekcje, słyszałem przez zamknięte drzwi, fragmenty ożywionej dyskusji rodziców. Mama omal nie płacząc, twierdziła, że nie widzi szans, aby wydostała się z tych mieszkaniowych warunków zanim osiwieje. Tata przekonywał, że to najwyżej jeszcze pięć lat.
 – Rób jak uważasz, pamiętaj, że ostrzegałam. – Usłyszałem, gdy wychodzili.

            Wróciłem ze szkoły. W domu Alinka i Dziunia pilnie odrabiały lekcje.  U dziadka jest wielka narada, będziemy budowali nową piekarnię. – Zawiadomiła mnie Alinka.
A ty, zimą pojedziesz na narty, w góry z ciocią Adą. Dostaliśmy od niej list.

- Uzupełniała szybko najważniejsze wiadomości Dziunia.

Ciotka Ada jeździła, co sezon na narty i obiecała kiedyś i mnie zabrać.
Zajrzałem jeszcze do kuchni, gdzie krzątała się nasza służąca, Marysia.
 – Nic tu po tobie. Nie myśl, że jak pani nie ma, to ja ci pozwolę zaglądać do garnków! – zawołała, z groźną miną.
 Pobiegłem do mieszkania dziadka Jana i ciotek.  Wsunąłem się po cichutku i usiadłem, obok mamy, na kanapie.

            W stołowym, zgromadziła się cała rodzina. Wszyscy w niezbyt wesołym nastroju.
-, Co los spuści, trzeba trzymać…- Mówi, pogodny, mimo tej, zdawałoby się, napiętej sytuacji, Wojciech.  – Aby tylko się nie obalić – dodaje.

- Wiecie, co mi powiedział młody urzędnik w magistracie, jak mu tłumaczyłam, że piekarnia jest odnowiona, odmalowana, że dbamy o czystość i od 45 lat nikt nie miał zastrzeżeń a ludzie twierdzą, że nasz chleb jest najsmaczniejszym w okolicy?
- Niech państwo zrobią z piekarni „skansen”. Mnie się tam bardzo podobało. Dzieci ze szkół będą przychodziły, zobaczyć jak się chleb wypiekało. – Opowiada Fela.
Kazik uśmiecha się. –Ma rację. Ja, w marzeniach, widziałem tu muzeum piekarnictwa a obok piękny pawilon nowoczesnej piekarni, gdzie chleb wyrabiają, tylko doglądane przez ludzi, maszyny. Marzenia marzeniami a plany muszą opierać się na realiach.
- Myślałem, że piekarnię uda się przetrzymać jeszcze ze dwa, trzy lata. Trudno. Muszę to wszystko jeszcze dokładnie przemyśleć i przekalkulować. Liczę na pomoc fachową tatusia i stryjka. Mój wstępny plan i możliwości są  następujące:
 - Fundusze, którymi dysponuję i uda mi się jeszcze zgromadzić, oraz to, co tu zbudowałem za swoje pieniądze, należy również, do Róży i naszych dzieci. Musimy je rozdzielać od majątku tatusia, czyli wspólnego całej rodziny.

- Piekarnię, żeby dawała godziwy dochód, trzeba budować od nowa. Jej produkcja musi być cztery – pięć razy większa od dotychczasowej.
Potrzebny jest piec większej pojemności. Obecny trzeba rozebrać. Budynek piekarni jest za niski. Muszę rozebrać strop i dach, oraz wykonać je na nowo, po podwyższeniu ścian.  Alternatywą jest obniżenie posadzki. Tu znowu fundamenty są zbyt płytkie. Podmurowanie trudne i kosztowne. Korzyść taka, że roboty można wykonywać zimą. Liczy się czas.

Nie czekam do nowego roku. Roboty zaczynamy zaraz. Wybiorę ten sposób. To dopiero początek, a ile jeszcze! Problem wody, zakup i montaż maszyn, tynki, posadzki, kafelki. Dom trzeba otynkować, bo cegły się sypią, podwórze wybrukować, żeby wozy się nie zapadały w błocie. Szambo, szczelny śmietnik, ubikacja.
  Dopóki mi sił starczy, nie zrezygnuję z planów, o których razem z tatusiem marzymy: z „firmy rodzinnej’, dającej pracę i oparcie każdemu członkowi rodziny, którą będą rozwijać i doskonalić dzieci i wnuki. 

            Janowi łzy popłynęły po twarzy i zatrzymały się w siwych zwisających wąsach. Z trudem opanował wzruszenie.
- Masz moje poparcie i zaufanie. Co wybudowałeś i wybudujesz swoim wysiłkiem i kosztem, to jest twoje i twojej rodziny. Przekazuję ci pełnomocnictwo do dysponowania pozostałym majątkiem według twojego uznania. Wiem, że sprawiedliwie rozliczysz się z siostrami i stryjem. Abyś miał rozwiązane ręce po mojej śmierci, bo czuję, że to już niedługo, proszę, żebyś sprowadził notariusza i zrobię formalny zapis.
- Zapadła cisza, którą przerwał Kazik. – Dziękuję tatusiowi za zaufanie. Nie jest mi potrzebny zapis  notarialny. Z Żydami zawierałem ustne umowy na tysiące złotych.
Ze wspólnego majątku, będę korzystał na ogólnych warunkach dzierżawy. Proszę Felcię, aby dalej zajmowała się jego administracją i ewidencjowała wydatki, ponoszone przeze mnie na remonty i adaptacje, na poczet dzierżawy. Obawiam się, że przyjdzie mi ją spłacić dopiero za jakieś dziesięć lat. Mam całą listę i wstępne kalkulacje kosztów. Musimy je wspólnie omówić.
Proszę tatusia tylko o jedno: O zgodę, aby nazwą mojej firma było dalej: „JAN GALCZAK – rok zał. 1888”. Będzie mnie i moim następcą, przypominała o ideałach i wartościach, które tatuś przekazał. Będzie własnością Róży i moją, ale otwartą na przyjęcie, jako wspólnika, każdego członka rodziny.
Stryjek musi zaliczyć egzamin majstrowski. Już to zgłosiłem w Cechu. Będzie szefem produkcji. Ja jestem zarejestrowany, jako czeladnik u majstra Bahra i za rok też złożę egzamin majstrowski. Dla Felci mam posadę księgowej, dla Władzi kierowniczki sklepu, jeśli zechcą pracować. Nie potrzebują szukać pracy u obcych. W rodzinnej firmie, jak w gnieździe, będzie miejsce dla wszystkich!

- Sprawiasz mi wielką radość synu! Zgadzam się!  Niech ci Bóg błogosławi!

– Wzruszony Jan zakończył naradę. Syn będzie realizował jego plany i marzenia. To, co zbudował nie pójdzie na marne, będzie służyło rodzinie. Może spokojnie umierać.

            Tak powstała „firma rodzinna”, która z piekarni miała się rozwijać w duży zakład produkcji taniej, zdrowej żywności, z surowców wyrosłych na kujawskich żyznych czarnoziemach.

Jak oceniali plan Kazika pozostali członkowie rodziny?
- Wojciech przyjął go z radością, będzie wspierał synowca swą pracą. Nie stawia żadnych warunków. Władzia, czuje się związaną z rodziną siostry – wychowanicy, Hanki. Nie może się doczekać ich powrotu, marzy o Tym, aby być razem z nią i jej dziećmi. Dopóki nie wrócą, przyjmuje propozycję pracy w firmie brata. Feli podoba się pomysł, jest gotowa pracować i przekazać swój udział w schedzie, jako wkład do firmy. Są jeszcze siostry: Jadwiga, pracuje w jakiejś fabryce w Stanach, przygotowuje się do powrotu. Przysłała część oszczędności, za które, zgodnie z dyspozycją Kazik zakupił dla niej plac pod budowę domu, na peryferiach Kokoszki, za koszarami kawalerii.
Stefcia Dudko, wraz z mężem prowadzą wiejską piekarnię w Śmiłowicach. Kazik wierzy, że obie uda mu się przekonać do przystąpienia do rodzinnej spółki.

Plan był dobry, realizacja prawidłowa. Niestety, sukces zależy od wielu czynników.  Są to między innymi: czas i miejsce, środowisko, oraz „siła wyższa”, na którą nie mamy wpływu.
Czy, patrząc z perspektywy prawie ośmiu dziesięcioleci, można stwierdzić, że potrzebny był wieloletni wysiłek Jana i utopienie w firmie, tworzonej dla rodziny i potomstwa, całego swego majątku, przez Kazimierza i Różę? 

Przyśpieszę bieg czasu. – Przypomnę pokrótce, historię „firmy” kiedy, według mnie, miała decydujący wpływ na, losy a może i uratowania życia, członków rodziny.

            Na miejscu starej, Kazik wybudował, od nowa i zgonie z projektem, zmechanizowaną piekarnię, jedynie wspierany przez stryja Wojciecha, jego pracą w piekarni. Nie udało się uzyskać finansowego wkładu pozostałych. Mimo to, rozwój firmy nie był zagrożonym. Przeciwnie, nabierał coraz większego przyśpieszenia. Asortyment poszerzono o produkcję pieczywa gruboziarnistego, na licencji firmy gdańskiej, z którą Kazik nawiązał bliską współpracę. Ruszyła produkcja ciastek.  Pierniki rozsyłane hurtowo, po całej Polsce, stanowiły konkurencję dla Torunia. Jeszcze pięć lat i przechodzimy do drugiego etapu inwestycji. Ogłosił Kazik. Niestety, tych pięciu lat zabrakło całej Polsce. 

            Wojna i okupacja!
Tu widzę PALEC BOŻY. Który kierował działaniami Jana i Kazimierza. Twierdzę, że w żadnym innym miejscu, nie udałoby się przeżyć tak szczęśliwie, ten kataklizm dziejowy, naszej rodzinie i ukrywanej ciotce Hance, wraz z dziećmi. Gdy ginęły, doznawały niespotykanych cierpień fizycznych miliony ludzi.  Wszystko pozostałe, czy projekt „rodzinnej firmy udałby się, czy zakończył się, jak to miało miejsce, „klapą”, jest bez znaczenia.
Wszyscy przeżyliśmy!

Piekarnia wytrzymała okupację. Niemcy, wygnali, po prostu na ulicę, właścicieli, ale dbali o nią, jak o swoją.

WOLNOŚĆ! – Kazik z cechującym go zapałem, chociaż z ograniczonym zaufaniem do „władzy ludowej”, rzucił się do przerwanej realizacji projektu. – Polacy nie będą głupsi od Niemców. Nikt nie wyciągnie z tej piekarni tyle dla Skarbu Państwa, w postaci podatków. System prędko diabli wezmą, jeśli zabiorą, to nie zniszczą. Wrócimy na swoje!
- Chciał produkować pieczywo specjalistyczne i dietetyczne, tak potrzebne ludziom, które wprowadzał na rynek, na licencji gdańskiej firmy przed wojną. W garażu ocalała zakupiona w 1939 roku, używana, wymagająca tylko oczyszczenia i uruchomienia maszyna do produkcji makaronu.

Już w roku 1947, doprowadził do realizacji „drugiego kroku” swego projektu. Piekarnia formalnie i notarialnie stała się nareszcie „rodzinną firmą”. Nazywa się teraz: „ Piekarnia Mechaniczna JAN GALCZAK Sp. z o. o.” Wspólnicy to: Wojciech, Kazimierz i Waldemar Galczakowie. Ten ostatni, na próżno przestrzega, że zapewnienia władzy, to tylko „podpucha”, naśladowanie sowieckiego „NEP’u”.
 - Czasy się zmieniły. Polski „NEP” nie skończy się „łagrami”. - Co zbudujemy, zostanie.  Kto się wiecznie śmierci spodziewa, nigdy nic nie ma – odpowiada Kazik.

Władza przyglądała się chytrze i popierała. Kazik miał wielu kolegów z Kokoszki, obecnych działaczy PPR i PPS. Wielu pomagał. Przed wojną nie udzielał się politycznie. Jego partia musiałaby być kompilacją, chrześcijańsko – demokratyczno – socjalistyczną, o zabarwieniu nacjonalistycznym. Takiej nie było. Był społecznikiem. Namawiali: – Przyłącz się!  – Może by się przyłączył, z natury, gdyby nie widoczne na każdym kroku zakłamanie, fałszowanie wyborów, sprawa Mikołajczyka.

- Wyrzucili „Dziesięcioro przykazań”, fałszują historię, okradają w majestacie wprowadzonego prawa. Jednych z majątku, drugich z wiary i moralności. – A co dają? – pyta Wojciech. 
- Młodzież się uczy, otwierają szkoły, duch narodu nie zginie. Co mi się uda zbudować zostanie. Ten system nie wytrzyma konkurencji a wolnym światem. – Odpowiada Kazik. Wsłuchuje się, co wieczór w zniekształcany zakłóceniami głos Wolnej Europy i robi, co zamierzał.

Władza popiera rozbudowę piekarni. Zachęca. Będzie wspierała rozwój drobnej wytwórczości.  Kazik bierze pożyczkę i buduje nowoczesny piec. Jest dwukomorowy, opalany węglem z oddzielnego paleniska. O takim marzył Wojciech.
Jak gdyby na to czekano. „Rodzinną firmę” zlikwidowano w roku 1952. W majestacie nowego „pseudo – prawa”. Przy pomocy urzędowego oszustwa, t. zw. „domiaru podatku”, w wysokości rocznego dochodu firmy, z tytułu rzekomego niewykazanego dodatkowego zysku. Choć nic nie wykazały liczne, niespodziewane kontrole, a szczegółowa rewizja wykryła tylko, schowany przez Różę, od czasów okupacji, za świętym obrazkiem, dwudziestodolarowy banknot.

Księgowy, biegły sądowy, prowadził bardzo skrupulatnie księgowość firmy. Kazik usiłował skarżyć Urząd Skarbowy o nadużywanie prawa. Sąd odmówił przyjęcia pozwu. Odwołanie do ministra – bez skutku. Wydaje się, że pewną rolę odegrał tu, kompromitujący, propagandzistów fakt: Kazik już przed wojną, wprowadził otwartą, dla pracowników, kalkulację kosztów produkcji i ich partycypację w ponadnormatywnym zysku. Wszyscy dbali o oszczędności i zwiększanie wydajności. Władza jeszcze do tego nie doszła.
Wreszcie złożono propozycję „nie do odrzucenia”: domiar zostanie umorzony, jeśli piekarnię wydzierżawi miejscowa spółdzielnia.
Kwota wyliczona za dzierżawę, z której, na żądanie Kazika, potrącano rezerwę na remont budynków, nie wystarczała, nawet na skromne, utrzymanie rodziny. Nie zgodzono się też, na przejęcie niespłaconej jeszcze części pożyczki, na budowę pieca o wysokości początkowej, równej wartości trzech samochodów „Warszawa”.
 Kazik podjął pracę, dyrektora technicznego dużej piekarni w Szczecinie a z pensji, aż do emerytury, spłacał pożyczkę.

            Dzieci, wyfrunęły już z gniazda. Mają swoje radości i zmartwienia. Przyjeżdżają, przywożą dziadkom wnuki. Domek przy Zimnej pęka w szwach. Wojciech pomaga Róży w gospodarstwie. Namówił, żeby kupić krowę. Jest pusta stajnia. Jest zarośnięta trawą działka Jadwigi. Codziennie wyprowadza ją na pastwisko. Wnuczęta muszą mieć zdrowe mleko. Kazik emeryt, uczy w szkole zawodowej, młodych kandydatów na piekarzy.
Minęło dwadzieścia lat. Spółdzielnia wyeksploatowała do końca piekarnię. Nie dokonywano ustalonych umową remontów.  Produkowała, jak mówił Wojciech, „kit na urzędowych recepturach” i przynosiła straty, które urzędowo pokrywano. Większa produkcja, większa strata.
W roku 1972, zrezygnowano z dzierżawy i oddano ruinę właścicielom.
Kazik domaga się remontu, chociaż na pożegnanie. Odbiera, powymieniane z innymi piekarniami, na gorsze, maszyny i wyposażenie.
Znajduje chętnych, wydzierżawia piekarnie. „Prywatna Inicjatywa” nie ma szans. Ograniczony przydział mąki. Pieczywo może być sprzedawane tylko przy piekarni. Nie wychodzą na swoje, zalegają z dzierżawą.
 
            Rodzice coraz częściej zapadają na zdrowiu, wyjeżdżają często do dzieci. Postanowiły, aby każde z nich, przekazywało mamie, w tajemnicy przed ojcem, co miesiąc kilkaset złotych. Z emerytury ojca i stryja trudno wyżyć. Wojciech, mimo przekroczonej dziewięćdziesiątki, trzyma się dobrze. Zima. Zostaje na krótko sam. Nie chce przenieść się do rodziny. Władzia, zagląda codziennie, zastaje go trzęsącego się. Zabiera na Pustą, do domu Michalskich, gdzie mieszka razem z siostrami. Zapalenie płuc. Wojciech, strażnik rodzinnej schedy, umiera. Można powiedzieć: „na posterunku”.     
Muszę przytoczyć drobny epizod, który, steranego wiekiem, ale jeszcze borykającego się z przeciwnościami ponad siły, Kazimierza, omal nie przyprawił o zawał.
Wnuczek Hanki poprosił jego wnuczka, aby się dowiedział, dlaczego dziadek nie przekazuje części dzierżawy, o której słyszymy, naszej babuni”.
- Jak oni mogą,. To ja majątek władowałem w budowę od podstaw piekarni. Resztę utopiłem w remontach i podniesieniu wartości tego, co wybudował ojciec. Opłaciłem tym dzierżawę, wspólnej części, na co najmniej dziesięć lat z góry. Grosza nikt do tego nie dołożył. Z oszukańczej dzierżawy od Spółdzielni zrezygnowałem, aby za to dokonywali niezbędnych remontów. Nawet za piec płaciłem jeszcze przez lata a oni domagają się teraz części dzierżawy, której dotąd nie dostałem i nie wiem, czy dostanę.
– Żalił się. Róża uspokajała, twierdziła, że Hanka o tym nie wie, że to wymyśliły dzieci albo wnuki, że mylącą jest nazwa piekarni „Jan Galczak” i mogą sądzić, że to jest spadek po pradziadku.

Hanka oczywiście potwierdziła, że tak było. Żeby na przyszłość nie było wątpliwości, udali się obydwoje z Kazikiem do Sądu, dla sądowego ustalenia, co jest czyje.

               Ojciec, gdy opuściły go siły i przeczuwał zbliżający się koniec ziemskiej wędrówki, przekazał mi sprawę likwidacji resztek „rodzinnej firmy” i ten dokument, jako podstawę rozliczenia ewentualnego odzysku. Zapytałem, co z remontami.  – Machnijmy na to ręką, to było „na słowo”, czasy się zmieniły.
            Wykonałem polecenie. Ponad dziesięć lat borykałem się z trzema pozwanymi i socjalistycznym wymiarem sprawiedliwości, o odszkodowanie za „pomyłkowe” rozebranie resztek nieruchomości. Udało się, jako jedynemu z poszkodowanych podobnie właścicieli we Włocławku. Finansowe niepowodzenie brałem na siebie. Rozdzieliłem zgodnie z dyspozycją ojca.
W przekazanych dokumentach, miałem jeden, nie do podważenia: – Umowę notarialną o zawarciu spółki przez trzech wspólników. Zostałem ostatnim z nich. 
Honor niegdyś wystarczał dla umowy „na słowo”, również nie pozawala na wykorzystanie, w niektórych sytuacjach „pisanej umowy”.

             „Władza ludowa” zniszczyła, dorobek dwóch pokoleń. Podobnie, jak milionów polskich rodzin.  Olbrzymia strata materialna kraju. Gorsze są jednak straty moralne, wychowywanego, w nieuczciwym systemie, przez pół wieku, społeczeństwa. Nazywają to chorobą „sowietyzacji umysłów i charakterów”. Czasy i warunki się zmieniły. Czy „firma rodzinna” ma szansę powodzenia? – Wydaje się – tak. Tylko założyciel, musi mieć następców i kontynuatorów, najlepiej wśród męskich potomków.

             Opowiedziałem jak się skończył eksperyment, budowy wytwórni zdrowej żywności, zanim zdążył się rozpocząć. Mamy jej obecnie, pod dostatkiem. Nafaszerowana chemią, farmacją a nawet usprawniona genetycznie. Służy „zdrowiu” kasy koncernów i masmediów, żyjących z reklamy. Ta jest opłacana, w końcowym efekcie, przez podtruwanych konsumentów. Ciekawy „samograj” obecnych czasów. A nasi producenci? – Długo budzimy się z socjalistycznego letargu. Byle nie z ręką w…

Kto chce czytać dalej te nieco „porąbane, nietrzymające się kolejności wydarzeń, wspomnienia, zapraszam!

Ubieram się znowu w mój granatowy mundurek z szeroką srebrną naszywką na błękitnym tle, na rękawach i jedziemy w moim „wehikule czasu” dalej. Chociaż, nie mogę przyrzec, że nie będzie to znowu jazda „wte i nazad”.
- Pajechali! – Jak mówił Sasza, mój moskiewski przyjaciel, gdy ruszaliśmy na jakąś eskapadę.

            Pamiętam, że w czasie tej ważnej narady rodzinnej, więcej myślałem o zaproszeniu mnie przez ciotkę Adę na narty. Potrzebuję jakąś bluzę z kapturem. Mam gruby sweter, ciepłą bieliznę, buty do łyżew będą się może nadawały. O ciepłą czapkę z wełny proszę babcię. Tylko spodnie narciarskie, i narty, to „sęk”. No i podróż do Zakopanego.  Plecak pożyczę od  Balona, tak w klasie nazywaliśmy Jurka Balauna.
Nie mogę się doczekać końca narady. Sprawę rozpocznę od mamy. Trzeba poczekać na dogodny moment.
Niestety, po powrocie do domu, nawet nie zdążyłem ust otworzyć. Ojciec zaledwie rzucił okiem na list od ciotki i usłyszałem: – Co ta Ada znowu wymyśliła, po co jej ta asysta? I do mnie: Nie myśl, że założysz narty i będziesz od razu szusował jak ona. Pamiętasz jak było z łyżwami? Na razie nie stać nas na taki wydatek. Dorośniesz, pojedziesz. Tak to, mój pierwszy wyjazd na narty, przesunął się na „trochę później”, to znaczy do zimy 1947/48.

            Wszystkie siły i środki na budowę! Podwórze zamieniło się w wysypisko gruzu i skład materiałów budowlanych. Do naszego domu ledwo można się przecisnąć.
Ekipa majstra Lewandowskiego, spieszyła się, aby skończyć przed zimą nową, murowaną stajnię. Pomieści dwa konie, kojec dla świniaka i grzędę dla kur. Wszystko według projektu dla budownictwa wiejskiego. Cieszę się z poddasza na słomę i siano. Będzie jak na wsi.
Druga ekipa, z murarzem Błaszczykiem

na czele, w tumanach kurzu, wypruwa całe wnętrze piekarni. Wyburzeją ściany naszego dawnego mieszkanka. Powiększy się powierzchnia urabialni ciasta. Piec zostanie do wiosny, aby nim dogrzewać w czasie mrozu.
Najtrudniejszym jest podmurowanie fundamentów oficyny na 60 cm. Są za płytkie, wobec konieczności obniżenia posadzek . Pomieszczenia produkcyjne muszą mieć wysokość 3, 00 m. Włączy się ekipa Lewandowskiego, po wykończeniu stajni. Zaangażowany budowniczy, nadzoruje tą pracę. Ściany nie mogą się zarysować.

            Nowy problem, to doprowadzenie wody. Wodociąg miejski jest wzdłuż ulicy Kapitulnej. Miasto odmawia, wykonania odgałęzienia na Miłą. Nie będzie tego w planie, jeszcze przez kilka lat. Można je wykonać na własny koszt, potrzebne ponad 300 m. wodociągu.

Tata wypowiedział swe uczestnictwo w spółce mleczarni. Pozostali wspólnicy byli zaskoczeni, bo żądał zwrotu wkładu, zgodnie z umową, natychmiast po zakończeniu i podsumowaniu roku obrachunkowego. Zażądał kontroli bilansu przez niezależnego biegłego, zablokowania, aż do jego przyjęcia konta bankowego. To wywołało serię awantur i interwencji z różnych, powiązanych ze wspólnikami, stron. Ojciec zniósł, te ataki ze stoickim spokojem i nie ustąpił. Okazało się, że to było jedyne wyjście, aby strata była minimalną. Bilans wykazał sporą dziurę, z którą została mleczarnia. W rozliczeniu, tata zabrał im część ruchomości, między innymi, porządną maszynę do pisania.  

Z finansowaniem naszych, planowanych inwestycji nie było lekko.  Niezbędna była pożyczka pod zastaw gospodarstwa w Ostrowitku. Zakupienie niezbędnych maszyn piekarniczych i tak nie starcza na wodociąg. Ta sprawa mogła spowodować poważne komplikacje.
Tata zdecydował pogłębić i oczyścić naszą studnię. Zjawili się studniarze.
Podjęli się tego zadania, chociaż robota była bardzo niebezpieczna. Trzeba było pogłębić o jeden krąg, przez podkopanie i opuszczenie istniejących a liczyły sporo lat.  Z niepokojem oczekiwaliśmy końca prac i wyników analizy wody. Udało się. Studnię zamknięto a w piekarni zainstalowano, na razie, ręczną pompę.

Ekipa Lewandowskiego zakończyła stan surowy stajni. Jest dach, drzwi i okno. Można przeprowadzić naszego kasztana, następcę biednego, karego konika, który marnie skończył, przez lichą stajnię. Kasztan jest potężnym, ciężkim koniem. Ma teraz wygody, na pewno nie martwi się nie kończeniem lokalu.
Majster Lewandowski wspiera ekipę murarzy pracujących przy fundamentach oficyny. Tata wciąż żałuje, że dał się namówić na ten system.

Błaszczyk zadowolony, prędzej zakończą tą trudną robotę. Błaszczyk był, jak o nim mówili „zapiekłym komunistą”. Kręciłem się na budowie, gdy on właśnie, wygłaszał swoje teorie. 
- Kapitaliści dorobili się na wyzysku i pocie robotników! To musimy zmienić! – Te ostatnie zdanie usłyszał tata, który nadszedł właśnie. Poderwał się jak oparzony. Rzadko widziałem go w takim stanie. -  Do jasnej cholery, panie Błaszczyk – wybuchnął. – To, co mam, zdobyłem własnym wysiłkiem i rozumem, tak, jak mój ojciec i dziad! Nie czyimś potem. Czy wyzyskuję pana, bo pan jest bezrobotnym i potrzebuje zarobić? Płacę panu tak jak wszystkim, tak, jaka jest stawka. Jak znacie złodziei czy oszustów, którzy nieuczciwie zdobyli majątek, to wołajcie o nich po nazwisku. -  Niech pan tu nie opowiada tych swoich bolszewickich bzdur! – Niech pan nie krzyczy – zaperzył się murarz. – Znamy się od chłopaków, ja nie o panu, o innych. Dlaczego ja za swoja ciężką pracę ledwo mam na życie, a inni w wygodne fotele pierdzą i nie widzą, co robić z forsą?
- Kapitalista forsy nie zeżre, tylko wydaje i mają utrzymanie setki ludzi. A komu pan daje utrzymanie ze swego, niewielkiego zarobku? – Pytał, już spokojniej ojciec. – Monopolowi! –Odpowiedział ktoś z boku.
- Wódka, byle w miarę, niejednemu rozjaśniła we łbie. Nasz kraj nazywa się „rzeczpospolita”, czyli wspólne dobro wszystkich obywateli. Obywateli wolnych, z których każdy może zdobywać i pomnażać uczciwie majątek i Państwo go chroni. A co do zarobków, to też reguluje wolny rynek. Trzeba je regulować jak tryby w maszynie, bo każdy zawód jest ważnym. Dojdziemy do tego, że i murarz będzie żył w dostatku.  A „komuna” to też znaczy „wspólnota”, tylko, że ta wasza, polega na wspólnej grabieży i zniszczeniu tego, co inni zbudowali. Podzielicie się według zasady „każdemu według potrzeb”, określonych przez Partię – według pozycji w tym idealnym społeczeństwie: Inne dla pastuchów, psów owczarków, czy baranów.
 – „ Bez wódki nie rozbierasz”, bierz się do roboty, bo czas ucieka!  – Uzupełnił wykład ojca majster Lewandowski.

            Stary człowiek, zagłębiając się w przeszłość, porusza się wśród cieni osób, którzy dawno odeszli, jak ten Orfeusz w podziemiach Hadesu. Jak tu utrzymać się, na torze biegu wydarzeń. Znałem wielu komunistów. Wielu poznałem w czasie licznych pobytów w Związku Radzieckim. Nie podejrzewali, że mogę nie być zasłużonym członkiemPartii.

W zawieraniu bliższych znajomości, kierowałem się zasadą, przyjaciela naszej rodziny, Żyda pana Ciuka: – „Du kanst singen, du kanst tancen, aber nimals mit zasrancen” (Możesz śpiewać, możesz tańczyć, ale nigdy z…).  Tych ostatnich udawało mi się rozpoznawać w każdej nacji.
Nigdy nie zawiodłem się na przyjaźni Rosjan. Okazywało się, że moja bezpartyjność budziła zaufanie. Moich partyjnych kolegów uważali za „fałszywki”. Przedstawiciel narodu, znanego z umiłowania wolności, który dobrowolnie „wpisywał się” do systemu, skąd dla nich, wyrwanie się, było marzeniem ściętej głowy, wydawał się karierowiczem, lub co gorsze, donosicielem.  Jeśli jeszcze unikał wypicia „stu bram”, podejrzenie było pewnością.

            Dziwne. Przed chwilą, przyszedł mi na myśl rosyjski komunista, Sasza Fiodorow, teraz znowu, ta rozmowa ojca z polskim komunistą, Błaszczykiem. Wszystko ich różni, a łączy jedno, zderzenie z imperium, zła, któremu zawierzyli i które ich zmiażdżyło. 

Saszę poznałem w czasie mego pierwszego pobytu w Moskwie na początku lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku i przypadliśmy sobie do serca. Byliśmy rówieśnikami. On główny inżynier transportu, pomagał mi w skomplikowanych, na terenie Związku, sprawach transportowych. Był synem generała służby granicznej. Dzieciństwo i młodość spędził na granicach. Od Kamczatki po Iran. Tam gdzie przerzucano awansującego stopniowo ojca. Opowiadał mi mnóstwo ciekawych przygód, z tego okresu, w czasie przegadanych, przy kieliszku, nocy. Szczególnie charakterystyczną była jedna.

Organizował Komsomoł wśród Czukczów. Przygotowywali imprezę w jurcie, na uroczystość 1-szego maja. Wysłał sanie z psim zaprzęgiem do oddalonego kilkanaście kilometrów lądowiska, po ważnego delegata z Moskwy. Jest noc. Sanie zajeżdżają. Chór śpiewa wyuczoną kantatę. A gdzie delegat? – Pyta biegnących obok zaprzęgu Czukczów. Są zdziwieni, rozgrzebują futra na saniach. Nie ma! – Musiał wypaść, bo był. Tłumaczą się zdziwieni. Wyprawa ratunkowa ,na szczęście, odnajduje jeszcze żywego. Z ojcem Saszy, była związana jakaś tragedia rodzinna. Domyślałem się, jaka. On omijał ten temat. Nie dopytywałem się. Skończył Instytut Techniczny. Lekka kontuzja, wykluczyła go, z reprezentacji w hokeju na lodzie. Obydwaj lubiliśmy wesołe towarzystwo. Nieraz musiałem udawać  „Litowca „ , bo były to miejsca nie dla „innostrańców”. Dzięki niemu poznałem wielu jemu podobnych i prawdziwego, uczciwego „Ducha Rosji”. A Sasza, oświadczył mi kiedyś: – Dzięki tobie, bezpartyjny Polaku, poznałem i pokochałem całą polską nację! 

Mijały lata. Sasza awansował na jednego z dyrektorów ważnej radzieckiej firmy. Wyjeżdżał za granicę.  Nie widzieliśmy się kilka lat. Na początku lat osiemdziesiątych. Pytam się o niego w Moskwie. Mówią mi: nie żyje. Co się stało, czy chorował? Miał wypadek, mówi ktoś. Inni nie wiedzą.
Wreszcie, dowiaduję się w sekrecie. Był to okres powstania naszej Solidarności. Wrócił z zagranicy. Zorientował się, że jest „namierzony” a sprawa poważna. Dzwonek do drzwi: „ Otkrojtie telegrama!” – Wypadł z okna na szóstym piętrze w czasie wieszania firanek.

            Błaszczyk był jednym z nielicznych, prawdziwych i do tego uczciwych komunistów, których znałem. W kilka dni, po wejściu do Włocławka Niemców, przyszedł uradowany, aby się pożegnać. Partia wysyła go do Związku Radzieckiego, w ramach wymiany na Niemców.
- Niech państwo się nie martwią, to nie potrwa długo. Stalin im nie daruje towarzyszy, których pomordowali. Góra rok, wrócimy. Czekajcie! – Pocieszał.
Dojechali wygodnie do granicy i konsternacja. Zamiast komitetu powitalnego z kwiatami, oczekiwał konwój sołdatów, ze „sztikami” na karabinach. Jeszcze się łudzili, że to ochrona. Wątpliwości nie było, gdy ich wtłoczyli, do zatłoczonych już wagonów bydlęcych z Polakami, wysiedlanymi z anektowanych terenów.
Zaczął się awanturować. Żądał sprawiedliwości i doczekał się takiego wyroku, że nie objęła go nawet amnestia, po umowie Sikorski – Majski, ani następne.
Wrócił po śmierci Stalina, w 1954. czy 1955. Wymizerowany nie do poznania. Zachował się uczciwie. Na naszym podwórku, przed piekarnią, ustawił, wypożyczony przez dziadka Wojciecha stolik, na nim obraz Matki Bożej i dwie świeczki. Przyniósł dwa krzesła, na które zaprosił naszą mamę i panią Bahrową. Wokół stanęli pozostali zaproszeni świadkowie. Zapalił świeczki i wygłosił krótką, ale wzruszającą mowę:

- Szanowna pani Bahrowo i szanowna pani Walczakowo i wy kochani sąsiedzi!
Nie wierzcie ani słowa temu, co wam obiecują. To fałsz i oszukaństwo! Obiecują dobrobyt a to przykrywka wyzysku człowieka: raba, niewolnika. Byłem, widziałem. Człowiek mniej wart niż łopata, którą mu wtykali do ręki i gnali tysiącami do roboty. Trochę gorących popłuczyn, to zapłata. Nie wykonałeś normy, nie „kuszaj”. Psy lepiej karmili niż ludzi.
- Przysięgam przed tym świętym obrazem, że mówię prawdę. W imię Ojca i Syna i Ducha świętego Amen!
Dziękuję, że mnie wysłuchaliście. Musiałem to powiedzieć.

- Zdmuchnął świece, pocałował w rękę panie, ucałował z dubeltówki dziadka Wojciecha, kłaniał się nisko pozostałym i zabrał się do likwidacji ołtarzyka. Słyszałem, że nie wygrał z alkoholizmem.
 
            Żeby już nie wracać do najokrutniejszych historii, muszę dodać jeszcze jedno, z pośród milionów podobnych. Zderzenie uczciwego człowieka z bandyckim systemem. Nie mogę o niej spokojnie myśleć.

Majster Lewandowski, był pogodnym człowiekiem, jak to mówią „muchy by nie skrzywdził” Wysoki szczupły, niezwykle silny „chłop żyła”. Lubiłem go i cała jego rodzinę. Religijna pani Lewandowska trzymała wszystkich twardą ręką. Najstarsza córka, dorodna panna Zyta, była sklepową w naszym sklepie przy ul 3 Maja, Pomagała w utrzymaniu rodziny.  Stefcia, bliźniaczka Stefana, Władek, mój rówieśnik i towarzysz wędrówek, po okolicznych lasach i najmłodsza Lonia – też pracowali, gdy nadarzały się okazje. Czasem przyłączałem się do taśmowej produkcji, różnej wielkości torebek papierowych, na zamówienie sklepikarzy i przekupniów. Podstawą utrzymania, był zarobek ojca. Stefan, mimo swego niskiego wzrostu, był stałym jego pomocnikiem.

W czasie okupacji, obaj pracowali na budowie wśród Niemców, kryminalistów. Może pan Lewandowski stanął w obronie skrzywdzonego Stefanka, może była jakaś inna przyczyna. Rzuciło się na nich kilku zbirów z żelaznymi drągami. Zginęli obaj zmasakrowani. Jestem pewien, że majster zginął w walce.

Rozdział X

PRZED POTOPEM

       
        Praojciec Noe miał szczęście, rozmawiał osobiście z SZEFEM, wierzył, dostał instrukcje i plany. Miał posłuszną rodzinę, narzędzia, materiały do budowy. Może jeden Cham się buntował.
Pewnie przekonywał sąsiadów. Budujcie arki, będzie potop!
Pukali się w głowę. Potop? Za kilkanaście lat? Zwariował stary. Nie uwierzyli i … (nawet się rymuje) wszyscy się potopili. Czy tak będzie się powtarzało w historii ludzkości do końca świata?

        Opatrzność daje pewne znaki. Trzeba tylko umieć, je prawidłowo zrozumieć. Takim sygnałem, czy ostatnim dzwonkiem, wzywającym do działania, była decyzja o zamknięciu piekarni dziadka Jana. Kazik był przekonany, że „potop” nadejdzie. Musi budować swoją „arkę” dla całej rodziny.  On sam, jak ten ułan, będzie czekał na rozkaz, ruszy do ataku. Co dalej? „Koń ma duży łeb, niech się martwi”. Za dużo niewiadomych.
To było ulubione powiedzenie dziadka Jana, gdy wyczerpał wszystkie swoje możliwości.

        Jest sygnał. Trzeba się spieszyć. Czekać do wiosny, to strata pół roku. Wojny nie unikniemy. Kazik i Róża podjęli, jak im się wydawało, jedyną rozsądną decyzję.  Wiara w Opiekę Bożą nie zwalnia od obowiązku zabezpieczenia się przed spodziewanym nieszczęściem. Natomiast raz podjęta decyzja, daje spokój ducha.

Pamiętam pewne wcześniejsze zdarzenie, po którym rodzice podjęli tą ważną decyzję: – użycie wszystkich funduszy na budowę nowej, zmechanizowanej piekarni i rozpoczęcie prac budowlanych na wiosnę przyszłego roku.
Tata, wraz ze swym kolegą szkolnym i przyjacielem, Niemcem, Fryderykiem Schendlem, słuchał regularnie audycji radia niemieckiego. Szczególnie interesowała ich nowa sytuacja polityczna.
Pan Fryc, jak go nazywaliśmy, był u nas częstym gościem. Niezbyt dobrze mu się powodziło. Mieszkał, w domu z dużym ogrodem, ze starymi rodzicami i dwoma młodszymi braćmi, przy uliczce, prowadzącej od Kapitulnej, w dół, do mostku na Zgłowiączce. Zajmował się pasieką swego ojca i dostarczał miód do naszego sklepu. Było tego tyle, co kot napłakał. Trzeba było kupować i z innych źródeł. Tata, bardziej, dlatego, żeby mu pomóc finansowo, zlecił nauczanie mnie niemieckiego. Lekcje odbywały się raz w tygodniu. Rozumie się, że nie byłem z tego zbyt zadowolony. Wolałbym uczyć się francuskiego. Gryzmoliłem z trudem niemieckie, gotyckie litery. Nauka słówek i czytanie też szły mi kulawo. Ojciec nie ustępował.

Po mojej lekcji, siadywali przy naszym potężnym radiu „Telefunken” i słuchali, co nowego w Niemczech. Interesował ich Hitler i jego poczynania. Usłyszałem podsumowanie jakiegoś przemówienia:
- Ten drań nie odpuści, on siłą będzie odbierał „korytarz”. Będzie wojna. Jak myślisz Fryc, ile mamy jeszcze czasu? – pytał ojciec. 
- Trudno powiedzieć Muszą się zabezpieczyć od zachodu, naprodukować broni. Myślę, że to potrwa pięć, może sześć lat.
- Ja też tak myślę. Pójdę do wojska. Muszę wcześniej zabezpieczyć rodzinę. A ty, co zrobisz?  Zamkną cię do obozu. Może wyjedź do Niemiec, albo jakiegoś neutralnego kraju. – Zastanawiał się ojciec.
- Dobrze ci mówić. Zostaw wszystko i wyjedź, zaczynaj od nowa. Mnie się bardzo nie podoba to, co dzieje się w Niemczech. Terror ogłupianych mas, to nie dla mnie. Może zmądrzeją i zatrzymają tego krzykacza bez wojny – martwił się pan Fryc.

Liczę szybko. Pięć sześć lat. O „psia krętka”, jeszcze się nie załapię. Może uda się przeciągnąć jeszcze ze dwa lata.

        Jesień roku 1933 była ważnym okresem w historii rodziny. Zapadła nieodwracalna decyzja. Budowa rusza w tempie polskich państwowych inwestycji. Była to, w skali „mikro”, polityka Państwa. 

Nie zdają sobie sprawy, podobnie jak i reszta Świata, że to będzie wojna nie tylko o polski „korytarz”, ale że jest to ostatni moment, w którym można by, skierować koło historii na inny tor, zlikwidować w zarodku zarzewie pożaru, który ogarnie pół świata i „potopu” zbrodni „tsunami” fałszu i obłudy, który po nim przyjdzie.
Czy ludzkość dojdzie kiedykolwiek do takiego stopnia rozwoju, że wspólnymi siłami, przy pomocy metod pokojowych, wykorzystując wiedzę i technikę, potrafi ograniczyć zasięg rodzącego się ZŁA, tak jak, grożącą milionom istnień biologicznej zagłady?       

         Przypomnę tu popularne porzekadło: „Poszukujmy sojuszy, lecz liczmy na własne siły”. 

        W roku 1920, pozostawiono samotnej Polsce, odparcie ataku nawały ze wschodu. Udało się. Teraz niech się sama upora z drugim sąsiadem.
Tego trzeba zostawić w spokoju. Nie drażnić. Zbyt dużo interesów i powiązań kapitałowych. Wielcy stratedzy – wielka obłuda!

        Traktat zawarty 10 X 1925, podobnie jak wcześniejsze sojusze niemiecko – francuskie, zapewniał stabilizacje stosunków z Niemcami na zachodzie, natomiast na wschodzie, Polsce nie dawał żadnych gwarancji.  Minister Spraw Zagranicznych Republiki Weimarskiej Strasemann, stale przypominał, że Niemcy będą pokojowo dążyły do odzyskania Gdańska i zlikwidowania polskiego korytarza do Bałtyku. Jakie to były pokojowe działania? – Otoczenie Polski barierą ceł zaporowych na polskie towary. Regulowanie polityką, opanowanego przez Niemców Wolnego Miasta Gdańska, jak korkiem w butelce, wypływu towarów tą drogą, czyli uduszenie gospodarki rozwijającego się kraju.
       
        Tą bitwę gospodarczą Polska wygrała. Jest się, z czego cieszyć. Nasz kraj zadziwia Świat. Nie sprawdziła się rozgłaszana, głównie, przez niemieckie kola gospodarcze, opinia, że zmarnujemy, to, co nam „niesłusznie” dano i zadusimy się, w polskim bałaganie.
Tymczasem, w ciągu niespełna piętnastu lat, mimo strat wojennych, buduje własnym kapitałem i własnymi siłami najnowocześniejszy port na Bałtyku. Właśnie ustanowił rekord europejski, przeładunku towarów, liczonych w milionach ton. Buduje magistralę kolejową Śląsk – Gdynia, przystosowaną do ciężkiego transportu i dużych prędkości.
Przy pomocy własnych naukowców i specjalistów odbudowała, porzucone przez niemieckich fachowców, przemysł chemiczny i górnictwo. Buduje nową fabrykę nawozów sztucznych, o wysokim, niespotykanym jeszcze na świecie, poziomie uzyskiwania azotu. To ma zwielokrotnić produkcję rolną. Wykorzystano upadłość jednego z wielkich inwestorów i wykupiono, nie drogo, sześć gotowych do odebrania, dalekomorskich, statków towarowych. Przy ministerstwie przemysłu i handlu otwarto instytut eksportu, osadzony przez wybitnych ekspertów w zagadnieniach gospodarki światowej. Popiera się i ułatwia rozwój, krajowej, prywatnej inicjatywy gospodarczej.   

Minister Władysław Grabski nie tylko przeprowadził reformę finansów i polski złoty stał się twardą walutą, ustalił wydajną, sprawną i ekonomiczną strukturę administracji państwa.
Przykładem odważnej, nowatorskiej polityki, może być likwidacja dwóch resortów: Ministerstwa Zdrowia i Ministerstwa Opieki Społecznej. Jednostki służby zdrowia i opieki, funkcjonowały i rozwijały się pod nadzorem lokalnej administracji.

Atutami Polski były:
- mądra polityka władz, wspierana poparciem prezydenta, światowej sławy uczonego i wynalazcy;
- wykorzystanie wybitnego ekonomisty, ministra przemysłu i handlu, Eugeniusza Kwiatkowskiego, oraz specjalisty budowy portów morskich i organizacji wielkich inwestycji, projektanta portu w Gdyni, inżyniera Tadeusza Wendy;
- ofiarna praca tysięcy fachowców;
- stały, równomierny, mimo prób zakłócania, rozwój kraju.

Nazwano ten okres, rządami pułkowników, bo wysokie stanowiska w administracji zajmowali oficerowie, wywodzący się z kręgów wiernych marszałkowi, sprawdzeni w boju. Z perspektywy dziesięcioleci widać, że w rozpolitykowanym społeczeństwie i grożącej wojnie z dwóch stron, było to jedyne prawidłowe rozwiązanie.
 Nie wykorzystywali stanowisk, do zdobycia fortuny dla siebie, rodziny, czy „kumpli”, bez wymaganego przygotowania i wymaganych kwalifikacji. Nie trzymali kurczowo stołków. Sami potrafili podać się do dymisji, jeśli nie mogli podołać obowiązkom, lub zawiódł podległy personel. Zbudowali zdrowy, sprawny system administracji państwowej.
Przykład szedł z góry. Podobnie traktowały swe stanowiska tysiące urzędników i funkcjonariuszy, to była prawdziwa „służba cywilna”, gdzie o przyjęciu decydowało wykształcenie, doświadczenie i wysokie „morale” a o awansie osiągnięcia w służbie.
Podejrzenie łamania tych zasad, powodowało zawieszenie a udowodnienie, odwołanie ze stanowiska, niezależnie od dotychczasowych zasług. Taki los spotkał zasłużonego generała, przyszłego marszałka w Polsce Ludowej, Michała Rolę Żymierskiego.
Przyszłe kadry zapewniali wychowawcy i nauczyciele następnych pokoleń. Byli to ludzie, nie tylko o wysokich kwalifikacjach zawodowych, ale pedagodzy z powołania.

Nie do przecenienia jest rola Kościoła Katolickiego. Jak w czasach zaborów, walczył o duszę Narodu. Chronił ją przed wpływem fałszywych proroków. Na szczęście, nie było jeszcze, dostępnych powszechnie, przekupnych mediów. Nauka, głoszona przez kapłanów, docierała do rzeszy wiernych.
Kościoły były pełne. Święta kościelne i narodowe gromadziły tłumy. Dawały poczucie jedności i siły Narodu. Wiara dawała ufność w sprawiedliwość Boską i spokój potrzebny do wytężonej pracy dla siebie i dla kraju.

To były polskie aktywa, w starciu dyplomatycznym z rosnąca na Zachodzie siłą.

         30 stycznia 1933 roku, to dzień pamiętny w historii Niemiec i Europy, w którym niedawni przeciwnicy Hitlera, oddali mu władzę w Niemczech, został kanclerzem. Kontrkandydat, von Papen, ustąpił. Namówił prezydenta, starego Hindenburga, do podpisania tej nominacji. Uważali, że w ten sposób, zapędzą, tego krzykacza, niedawnego „gefrajtra” i bezdomnego austriackiego malarzynę, do rogu, w którym nie da sobie rady i ośmieszy się ostatecznie.

Wspomina, poseł polski w Berlinie w latach 1931 – 1933, Alfred Wysocki:
Jako doświadczonemu dyplomacie powierzono mu wybadanie zamiarów, wyrastającego na „wodza” narodu, jak się wydawało, pretendującego zawsze, do roli twórców kultury europejskiej.
Na uroczystym obiedzie zapoznawczym, wydanym przez prezydenta dla szefów przedstawicielstw dyplomatycznych, wśród ówczesnych, bogato haftowanych srebrem mundurów, ze wstęgami i orderami, główny aktor, niepozorny człowieczek, z kosmykiem włosów spadających na czoło i krótką szczoteczką wąsów pod grubym nosem, w niedopasowanym fraku, wzbudził powszechną, ukrywaną dyplomatycznie, wesołość. Nowy kanclerz wystroił się w swój żółty partyjny uniform ze swastyką na czerwonej opasce na rękawie. Ledwo go przekonano, że to jeszcze nie wypada. Jak pozory mogą mylić! 
Zadziwił zebranych, szeroko komentowany, polski akcent. Gdy szef protokołu przedstawił polskiego posła, który władał świetnie językiem niemieckim, pan Hitler, zmienił prządek prezentacji, polegającej na wymianie, przy pomocy tłumacza, kilku zdawkowych zdań. Poprosił polskiego posła, aby usiedli razem, na stojącej obok sofie, bo chciałby porozmawiać.
O czym rozmawiali przez ponad pół godziny, gdy reszta gości czekała na dalszy ciąg imprezy. Poseł zdał szczegółową relację z przebiegu rozmowy, ministrowi Beckowi. Hitlerowi nie chodziło wyłącznie o poznanie bliżej, władającego biegle sześcioma językami, polskiego dyplomaty.  Nie tracił czasu. Pokazał, że „gdzieś” ma dyplomatyczny protokół. Interesowało go stanowisko Polski w sprawie „korytarza” a może i nurtowała myśl o możliwości włączenia do swych planów. Nasz poseł starał się przekonać Hitlera o pokojowej polityce Polski. O pragnieniu, wyłącznie pokojowej współpracy ze wszystkimi sąsiadami, na bazie wzajemnego poszanowania i równoprawnych partnerów.

Nie mamy przekazu, czy był w rozmowie a pan poseł udawał, że go nie zauważa, delikatny podtekst, uzasadniający takie wyróżnienie.
Jestem pewien, że był taki a może i wyraźna oferta, bo Hitlerowi przydałoby się czwarte, polskie koło, do jego trzykołowego wozu, zbójeckich sojuszy.

Mieliśmy doskonałą służbę dyplomatyczną i najlepszy wywiad, po zachodniej i wschodniej stronie granicy. Politycy widzieli rosnące zagrożenie. Próba zmontowania wspólnego bloku, przeciwko polityce Hitlera, nie miała szans powodzenia. Niektórzy uważają, że rozwiązaniem była możliwość sojuszu „antykominternowskiego”, pod przewodem wodza „bandziorów” niemieckich, do czasu zniszczenia drogiego wroga i zdradzenie go w odpowiedniej chwili.
W Drugiej Rzeczypospolitej, „Rzeczą najcenniejszą, jest HONOR!”.

Polska zawarła, z sąsiadami, umowy o nieagresji. Były tryle warte, co papier, na którym je spisano. Udzielono gwarancji bez pokrycia.
Chytry autor „Mein Kampf’u”, zrozumiał, że Polacy nie nadają się na pokornego wasala i pomocnika w realizacji jego zbrodniczych planów.
Do podobnych wniosków doszedł wcześniej drugi, bandyta: „Komunizm
pasuje dla Polaków jak siodło na krowę”. Jednakowa była konkluzja obydwóch: -„Trzeba wymordować polską inteligencje i jej elitę. Z resztą da się radę”.

        Szkoda, że Świat zlekceważył wylęgające się dopiero ZŁO!
Polska mogła liczyć, tylko na siebie. A wierzono jeszcze w umowy o nieagresji ze złodziejami i uczciwość sojuszników
Nie zdają sobie sprawy, że to będzie wojna nie tylko o polski „korytarz”, że jest to ostatni moment, w którym można by, skierować koło historii na inny tor, zlikwidować w zarodku, zarzewie pożaru, który ogarnie pół świata i „potopu” zbrodni i „tsunami” fałszu i obłudy, który po nim przyjdzie.
Czy ludzkość dojdzie kiedykolwiek, do takiego stopnia rozwoju, że wspólnymi siłami, potrafi ograniczać zasięg rodzącego się ZŁA, tak jak, grożącej milionom istnień, pandemii.
Czy Historia czegoś nauczyła? Śmiem wątpić!

 

        Podzieliłem się, informacją o nieuniknionej wojnie, z przyjaciółmi: Jurkiem Balonem i Jurkiem Janowskim. Też się zmartwił, że dla nas, trochę za wcześnie ma wybuchnąć. Po zastanowieniu doszliśmy do wniosku, że pięć lat, to taki odległy termin, że nie ma, co zawracać sobie tym głowy. Postanowiliśmy bacznie obserwować naszych Niemców. W klasie mieliśmy dwóch ewangelików. Przyznawali się do tej narodowości. Jeden to Zabel, imienia nie pamiętam, mieli chyba jakieś gospodarstwo za Wisłą. Drugi nazywał się Ostensacken, syn jednego z dyrektorów z fabryki celulozy.
Tego spotkałem w czasie okupacji. Szli w sześciu, w mundurach „Hitlerjugend”, całą szerokością chodnika. Zepchnęli mnie na jezdnię. A ten drań, udawał, że mnie nie zna.
Mieliśmy w klasie jeszcze jednego. Olek Liedke, okazał się wyjątkowym szubrawcem. Udawał Polaka. Nawet przyłączył się do naszej paczki. Stale chciał rządzić. Pokłóciłem się z nim o coś i zerwaliśmy stosunki towarzyskie. Próbował się zemścić. Nasłał na mnie dwóch chłopaków, synów kolejarzy, którymi dowodził na terenach dworcowych. Wiedział, że przechodzę, na skróty przez tory i płot. Udało mi się wybronić, bez specjalnych uszkodzeń. Tym „najemcom” nie zależało na większej bijatyce. Zdrajca twierdził, że nie wie o niczym. Jego ojciec był ważnym inspektorem w PKP. Mieszkali wygodnie na pierwszym piętrze dworca kolejowego.
Nic dziwnego, że jak mi po wojnie opowiadano, Niemcy mieli własne, dokładne plany całego warszawskiego węzła kolejowego. Olek został oddany do niemieckiej szkoły kadetów. Zasługi ojca były widocznie znaczne.

        W naszej klasie byli też przedstawiciele kilku innych narodowości. Mieliśmy Rosjanina, kniazia Gregora Łopuchina, zwanego przez nas,  „Goga”; Ukraińca Iwana Mielniczuka;  Greka, Teodora Eleftedianes. Był jeszcze obywatel USA, Polak, Tadek Dorywalski.
Nie było, ksenofobii, czy nietolerancji, nawet wobec Niemców. Wszyscy byliśmy kolegami. Oczywiście jedni byli z sobą bardziej zaprzyjaźnieni i zżyci, inni mniej. Były przyjaźnie, jak naszej trojki, działającej pod firmą: „JWJ” (Jurek, Waldek, Jurek).        
Klasa nie jest zbyt liczna.. Chłopcy są z różnych środowisk. W internacie są przeważnie synowie okolicznych ziemian, lub zamiejscowi. Niektórzy, to tacy, z którymi rodzice w domu, nie mogą sobie dać rady. Na przykład Paweł Minkiewicz z Warszawy, nazywany przez nas „szczurkiem”. Dobry kolega. To jego drugi internat. Ojcowie Salezjanie w Aleksandrowie Kujawskim, nie dali rady. Jurek Herba, syn przodownika policji, poważny zawsze, wierny przyrzeczeniu harcerskiemu
        Gospodarkę, politykę wewnętrzną i międzynarodową, zostawiamy dorosłym. Wierzymy, że nas nie zawiodą. Mieliśmy nowe „hobby”. – Staliśmy się kinomanami. Filmy przygodowe i wojenne, kowboje, Indianie, Tarzan, to były główne tematy naszych dyskusji a bohaterowie idolami. We Włocławku były trzy kina: eleganckie „Corso” na Cygance, „Victoria” , przy hotelu tej samej nazwy i „Słońce” na Karnkowskiego. Bilety nie były tanie, 50 groszy. Wejść można było w trakcie trwania sensu i pozostawać aż do zakończenia ostatniego. Panienka, bileterka, sprawdzała bilet, miejsce i wprowadzała, świecąc latarką. W kinie „Corso”, wyświetlano czasem filmy „nieme” z fortepianowym akompaniamentem. W przerwie, między rzędami foteli, podsuwano woreczek na długim kiju, aby wrzucić „datek” dla pianisty.

W kinie „Słońce”, co niedziela są „poranki”, po 20 groszy wejście. Tyle dostajemy na drugie śniadanie. W soboty, trzeba się obyć bez tego posiłku. Opłaca się. Zaprzyjaźniliśmy się z kinowym operatorem. Do jego kiosku wchodzi się z zewnątrz budynku po stalowych schodkach. Pozwala nam czasem oglądać film dla dorosłych, przez otwór kontrolny w kabinie. Dostajemy też kawałki taśmy filmowej ciekawych filmów. Tnie je się, na pojedyncze ciekawsze klatki. Gramy nimi w przerwach w szkole. W niedziele. po obowiązkowej Mszy św. W kościele farnym, pędzimy do „Słońca”. Często przyłącza się do nas kilku. Zazdroszczą nam koledzy z internatu. Muszą wracać. My eksterniści mamy więcej swobody.

        Na Miłej  budowa piekarni przebiega bez zakłóceń. Wujek Leśniewski, mąż siostry ciotecznej taty, cioci Władzi, mechanik, pracujący w fabryce maszyn piekarniczych w Łodzi, jest głównym ekspertem w sprawach zakupu maszyn i późniejszego montażu.
Ustalono, że nowy piec piekarniczy będzie miał dwie komory do wypieku pieczywa. Dolna, opalana drewnem, będzie jednocześnie ogrzewała górną komorę, systemem rur stalowych z przegrzaną parą wodną, pod wysokim ciśnieniem i duży zbiornik  wody. Wystarczy na potrzeby piekarni i dla naszej kuchni i łazienki. Piec ma ogrzewać wnętrze budynku jak przyjdą mrozy, aby nie przerywać. Rozbierze się go na wiosnę. Ojciec chciałby uruchomić piekarnię przed Wielkanocą przyszłego roku.
Żałowałem starego pieca. Był niski. Suszyło się na nim drewno do pieca. Był tam też stary piernat, na którym podobno, można się było wygodnie przespać. Jak w ruskiej wiejskiej chałupie. Nie zdążyłem tego wykorzystać. Teraz, też go wykorzystują niektórzy, zamiejscowi robotnicy. Przepadł też nasz punkt obserwacyjny, skąd z dziadkiem Janem nadzorowaliśmy pracę piekarni.

 

        Zapomniałem o Niemcach i Hitlerze. Polityka dopada jednak człowieka nieoczekiwanie, jak ból zębów.
Dziadek stryjek Wojciech, z powodu przebudowy piekarni, miał dużo wolnego czasu. Wykorzystywał go na lekturę, przede wszystkim Biblii. Miał piękne, ilustrowane wydanie, w tłumaczeniu księdza Jakuba Wujka.
Od dawna, odwiedzał dziadka stary Żyd, Hałke. Omawiali niektóre fragmenty Starego Testamentu.
Hałke był niegdyś nauczycielem w „hederze”, czyli szkole żydowskiej. Zestarzał się i został zwolniony. Wydaje się, że był skłócony z Gminą Żydowska. Żył na pograniczu nędzy, jednak nie żebrał. Dziadek ratował go zawsze, chociaż bułką paryską, niby „na spróbowanie”. Mama też ratowała go, gdy przychodził, jakimiś produktami, z których mógł sobie przygotować ”koszerne”,to jest zgodne z żydowskim rytuałem, potrawy.
Wysoki, chudy, ostrzyżony i ubrany jak wszyscy, nie jak inni „starozakonni” Żydzi.  Pamiętające dawne lepsze czasy, niegdyś czarne palto, wisiało na nim, jak na kiju.   Za duży, przetarty na brzegach i wystrzępiony, kołnierzyk koszuli, otaczał cienką szyję. Twarz wąska, zaczerwienione, może odmrożone, zapadle pliczki, duży garbaty nos, pod nim, wąskie sine wargi, z, za których wyglądał jedyny, samotny ząb. Kapelusz, który przydałby się strachowi na wróble, siwe krzaczaste brwi i kilkudniowy siwy zarost, sprawiały, że mimo przyjaznego uśmiechu, mała Bożenka chowała się za mamę a trzymany na ręku Miruś był bliski płaczu.

        Wróciłem ze szkoły, dziadek i Hałke, siedzieli na naszej oszklonej werandzie i z ożywieniem dyskutowali o polityce Niemiec z nowym kanclerzem na czele. Rozgrzewali się przyniesiona przez naszą Marysię, gorącą  herbatą. Przywitałem się i usiadłem obok dziadka.

- Niemożliwe, żeby Żydzi amerykańscy, czy brytyjscy zostawili swych współwyznawców, na pastwę Hitlera. Przecież w Ameryce jest więcej Żydów niż pozostałych, razem wziętych na świecie. Są amerykańskim Kongresie, są senatorami. A ilu zostało  milionerami? – Niech się Hałke nie martwi. – Pocieszał dziadek.

- Panie Wojczechu, Pan sze grubo myli. Bogate Żydy amerykańskie i inne, co sze dorobili na wojnie, może podniosą krzyk, że gwałt, ale nic więcej. Nawet jak by tu nas mordowali, to też nie pomogą. Może jak sze uspokoi i będzie bezpiecznie, to przyjadą, sze dopominać, czy nie ma dla nich spadku po nieboszczykach. Czy pan tego nie widzi? Ja myszle i myszle i widze, że nadchodzą bardzo złe czasy na uczciwe ludzie.

- Nnie będzie tak źle , Świat nie chce drugiej wojny. – odponował dziadek.

- Ludzie nie chcą, panie Wojczech. Ale dla te biedne, proste ludzie sze dużo obiecuje a one myszlom,że to wszystko prawda!
Jak Lenina wysłali w tym wagonie do Rosji, z tymi wielkimi pieniądzami, to wypuszczili „złego ducha”. Oni sze sami oszukali. On zatruwa nie tylko  dusze biednego ruskiego słdata i robotnika, ale tyż Niemca i Polaka i inne narody i żydowski tyż. Niemiec  przegrał wojne. Niema pracy, niema interes. Myszlą: Strach! Wybiorom komuniste. Będże tak,  jak w Rosji. Wyrzuczili cesarza. Wybrali starego generała. Strajk, głód, bezrobocie. To co sze dzieje?
Wypuszczyli drugiego złego ducha, żeby  sze gryźli z tym pierwszym.
Kto to wszystko wymyszla?
-  Te, co ich bogiem jest „złoty czelec”! Te, co za duży „geszeft”, mogą sprzedać ojca i matkę, nie tylko biedne Żydy. Oni  myszlą, że zarobią na ten diabeł! On potrzebuje dużo fabryk, dużo stal, ropa i inne. A po co, panie  Wojczech? Na nowa wojna!

- Wywołano dziadka. Zostałem sam, ze wzburzonym Hałke. Ponuro wpatrywał się w resztkę herbaty. Przypomniało mi się, że wujek Antek, gdy powiadałem, o odwiedzinach uczonego Żyda, zaproponował, żebym go poprosił o historię Judyty, bo to bardzo ciekawe.
- Czy Hałke może mi opowiedzieć o Judycie? – Poprosiłem nieśmiało.

        Ucieszył się. Spojrzał na mnie pogodnie. – Kawalera interesuje historia Izraela, to bardzo dobrze. – Judith była bardzo piękną. Ta historia pasuje na dżisziejsze czasy.  To jak ten polski „Potop” i obrona Częstochowy. ,jak sze zamieni tego Kmiczica  na, – no może na tą Platerówną, to by było prawie ”git”. -  No Judith nie była dżewica, ona była bogata wdowa z miasta Betulia, niedaleko Jerozolima.
Było to, niedługo po tym, jak sze Izraeliczi wróczili z niewoli w Babilon. A tu nowe nieszczęśzcze.

 - Zaciekawiony, słuchałem opowieści o wielkim królu Asyrii Nabuchodonorze, co się ogłosił „jedynym bogiem”. O jego wodzu  Holofernesie, który podbijał wszystkie narody i mordował tych, którzy tego „boga” nie uznawali. O oblężeniu Betulii, odciętej od dostępu do wody, gdzie zagrożeni śmiercią z pragnienia obrońcy, decydują się na otwarcie bram, za pięć dni, jeśli Bóg nie odpowie na modły swego ludu i nie sprawi, w tym terminie cudu, który ich uratuje.
 Wzruszony starzec opowiadał, jak oburzona, stawianiem samemu Bogu warunków, piękna Judyta, bierze sprawę w swe ręce. Ubrana w najpiękniejsze szaty, z jej drogocennymi ozdobami kobiecymi. Idzie „samowtór”, z niewolnicą do asyryjskiego obozu. Niewolnica niesie wór z „koszerną” żywnością, w tym „bukłak” doskonałego wina.
Oczarowuje wrogów i ich wodza, swoją urodą. Przekonuje, że przeszła na ich stronę i ich wielkiego króla. Wódz zaprasza do swego namiotu i na ucztę z jego oficerami. Judyta prosi, żeby przez cztery dni, pozwolił jej jeść, tylko to, co zabrała z sobą i chodzić, co wieczór, myć się do pobliskiego źródełka i modlić się. Po tym, będzie spełniała jego wszystkie rozkazy, jak jego niewolnica. Holofernes pozwala, rozumie, będzie czekał. Może się modlić do wielkiego króla.
Nadszedł wieczór czwartego dnia. Oblężeni Izraelici wznoszą modły, czekają na cud.
Hałke wyraźnie przeżywa, ten kulminacyjny moment.

- Holofernes sze czeszy na ten piąty dżeń, co mu Judith obiecała. Urządza wielką uczte. Judith je, to co sama przyniosła. Wyjmuje ten bukłak wina pije i daje tyż wodzowi. Wino jest dobre i.mocne. Holofernes pije duża.Uczta sze skończyła. Zabiera Judith w ta jego „palatka”. Grożnie zabronił, żeby im kto przeszkadzał. Powięsził swój wieki miecz na słup. Czągni Judith na te  wspaniałe łoże, kładże sze-  i on szpi!
A Judith, ona sze modli i szcyna głowe Holernesa! – A on co? ? – Pytam zdziwiony.
- Jak to, co?  On leży. On jest trup. On niema głowa!
Stary Żyd kończy opowiadanie. Mówi już bez poprzedniego entuzjazmu.  Szkoda wysiłku. Nie jest pewien czy rozumiem, głęboką naukę, płynącą z historii Judyty.
 Dzielna Judyta włożyła odciętą głowę do noszonego przez niewolnicę, worka po ich żywności a do tego jeszcze drogocenną zasłonę z nad łoża. Przeszły obie przez obóz, niezatrzymywane przez straże, które wiedziały, że im wolno iść się myć i modlić. Przyniosły straszną zawartość do swoich.
Jak odciętą głowę, niezwyciężonego dotąd wodza, pokazano na murach, popłoch ogarnął szeregi Asyryjczyków. Przekonali się, że Bóg Izraela sprawił cud. Wrócili w rozsypce do swego kraju.
        – Wraca dziadek Wojciech. Przyniósł torebkę mąki. Hałke, odmawia przyjęcia, ale wkłada do swej pakownej teczki. Dziadek pyta:
- No i co uraziliście? Co nas czeka od Niemców? Co mamy robić?
– Trzeba znaleźć piękną agentkę, żeby Hitlerowi ucięła głowę.  – Odpowiadam. Pytam czy napiją się jeszcze herbaty. – Odmówili.

        Hałke, podniósł się i na odchodnym jeszcze dodaje:
- Ja sze bardzo martwie, pan Wojczech, ja sze modle, żebym nie doczekał. Będą straszne czasy, na uczciwe ludzie. Bogate Żydy uczekają z Polski a biedne? On tu przyjdzie, on nie podaruje ten „korytarz” Polak będzie sze bil. Ostatnie żydowskie wojowniki pozabijali sze na tej góra Mosada. Później tylko uczekają. Z Polski niema dokąd, tylko  na łono Abrahama. Dżekuje pan Wocziech!    
Otarł łzy, które pojawiły się w kącikach zaczerwienionych powiek i poszedł. Nie czekał na odpowiedź dziadka.

Zrozumiałem, dlaczego, dowcipny wujek Antek, namówił mnie na wysłuchanie tej historii z ust starego Hałke. Dowiedziałem się, że w mieszkaniu sąsiadki babci Franciszki na Łęgskiej, wisi duży obraz olejny, przedstawiający Judytę, w namiocie Holofernesa. Sąsiadka, Żydówka, chętnie zezwala na podziwianie obrazu, przyprowadzanym przez wujka gościom i wyjaśniała, co Judyta robi w tym namiocie.

        Wraz z Żydami zniknął, tak charakterystycznie zmieniany, niektórzy mówili, kaleczony, język polski. 
Cieszyłem się, gdy po czterdziestu latach, odwiedzał mnie w biurze, Żyd, przemysłowiec z Nowego Jorku. Mówił po polsku, tak, jak mówili powszechnie Żydzi, za wyjątkiem wykształconej inteligencji, przed wojną. Wsłuchiwałem się w ten ostatni relikt, tamtej epoki. Wspomnienie, tak niegdyś licznej, grupy „obywateli polskich wyznania mojżeszowego”, jak ją urzędowo nazywano.
Wielu Żydów wróciło po wojnie.  „Specjaliści” od organizacji „bezpieki”, propagandy partyjnej, finansów, handlu i innych, stanowiących o strukturze państwa, dziedzin. Z gotowymi instrukcjami, zajęli stanowiska wyższego szczebla w ministerstwach i urzędach centralnych.
Ciekawi mnie, dlaczego nie używali swych żydowskich imion i nazwisk? Rzadko im się wyrwał, jakieś fragment dawnego, „żydowsko – polskiego”. Język literacki na takich stanowiskach, to jest zrozumiałym, ale dlaczego ukrywali swe żydowskie pochodzenie?  Jeden znajomy przyznał mi się: Straszyli Polakami!
        Nie wszyscy uwierzyli. W 1949 roku, w podległej Ministerstwu Komunikacji instytucji, dostaliśmy trzech: wicedyrektora, szefa kadr i woźnego. Tylko ten ostatni się nie zmienił. Przed wojną był portierem w warszawskim burdelu. Dwaj pierwsi nie sprawdzili się. Przyczyniłem się do wykrycia, że biorą diety, za fikcyjne wyjazdy służbowe. Śledztwo wykazało, że jeszcze handlowali służbowymi materiałami biurowymi. Nawet sprzedali państwowego orła. Dostali, zgodnie ze stanowiskami, cztery i trzy lata.

- „Szmondaki”, ja jestem uczciwy Żyd. Nie potrzebuje sze chowacz za obce innei nazwisko – ocenił woźny Salomon. 

W tamtych czasach, miałem później też szefów, „tajnych Żydów”. Muszę przyznać, że byli to: doskonały, bez porównania lepszy od następnych, fachowy urzędnik wyższego szczebla, oraz dyrektor eksponowanego przedsiębiorstwa, zasłużony oficer w  służbach „pol.wych.” Wyjątkowo uczynny. Jeśli chodziło o pomoc, dla robotników w potrzebie.

W Moskwie, zamawiałem usługi w kombinacie fotograficznym. Zdziwiłem się, że cala załoga, to typy południowców. Pytam dyrektora, czy może są Gruzinami. On się śmieje:
- Nie uznał? My wsie Jewreje! – Spoglądam na wizytówki. Imiona i nazwiska żydowskie.

W Londynie, zostałem przedstawiony  sir Simon’owi, Żydowi nobilitowanemu przez królową, prezesowi organizacji „ORT”. Zajmuje się on przygotowaniem Żydów, do pracy i intratnej adaptacji we wszystkich krajach świata. Nawet próbowałem zainteresować nasze władze tym wzorem, organizacji dla naszych emigrantów. Był rok 1990. Wzory od Żydów? Nie było, z kim rozmawiać. Ważne były stołki.
Szkolenie przez  KGB, musiało mieć trochę inny cel. Stąd typowy dla firmy, kamuflaż „studentów”.
        Czasy się zmieniły, Myśmy się zmienili. Zmienili się Żydzi. W Polsce, wielu, za wierną służbę systemowi, spotkała czarna niewdzięczność socjalistycznej władzy. Synowie jednych, przyczynili się do obalenia systemu i stali się polskimi „mężami stanu”. Dzieci innych, jak przewidywał stary Hałke, domagają się spadku po nieboszczykach a poparcia międzynarodowej społeczności, szukają przez  „zawoalowane” sugestie odpowiedzialności, całego polskiego narodu, za zbrodnie wyrzutków, czy ludzi słabych moralnie, oszalałych ze strachu, po przykładach śmierci w płomieniach całych wiosek za ukrywanie Żydów. Nikczemny to sposób dochodzenia sprawiedliwości. Dlaczego ich ojcowie, wcześniej, nie mieli odwagi walczyć o tą schedę?

Innych, poznałem w Izraelu. Walczących o możliwość spokojnego życia na skrawku ziemi przodków, chociaż, odebranej więcej „lewem” niż prawem.

        Zostawiam aktualny problem żydowski. Pamiętam, że kasandryczne proroctwa starego Żyda, wtedy, mnie trochę zaniepokoiły. Przecież mam zostać policjantem, mam bronić spokojnych ludzi. W Niemczech ich okradają, tu mają mordować, gdybyśmy przegrali wojnę. Nie ma Żydów wojowników!
Spytałem ojca, co o tym myśli. Uspokoił mnie:, – Kto się wiecznie śmierci, czy przegranej wojny spodziewa, albo w podróż wybiera, ten nigdy nic nie osiągnie. Wiemy, że chcą na nas napaść. Musimy się do tego przygotować, najlepiej jak potrafimy. Twoim obowiązkiem jest się uczyć, abyś miał dobrze poukładane w głowie. Zdążysz do tej szkoły policyjnej, to dobrze, nie zdążysz to trudno a co do Żydów żołnierzy. Miałem w kompanii kilku Żydów, robili z nich ostatnie ofermy. Zabrałem ich do jednego plutonu. Sam się zająłem ich szkoleniem. Okazali się jednymi z najodważniejszych.

        Uspokoiłem się. Ważniejszymi, dla mnie, od przyszłych, ewentualnych problemów, wielkiego świata, były przygotowania do nadchodzących świąt Bożego Narodzenia. Zapowiadały się nie tylko uroczyście, jak zwykle. Będziemy mieli gości na dopełnienie, sakramentu chrztu świętego Milusia. Po urodzeniu, był ochrzczony tylko z wody.
Pracowaliśmy, przy strojeniu choinki. W kuchni moc pracy. Pomaga dziadek stryjek Wojciech. Lubi piec i gotować, zna mnóstwo przepisów kulinarnych, mógłby pracować, jako kucharz doskonały.

Ostatni raz napalono w starym piecu piekarniczym, dla świątecznych wypieków. Zakończono podmurowanie fundamentów, wywieziono nadmiar ziemi. Jednocześnie tynkuje się ściany. Przed świętami ma być wylana posadzka w urabialni. Ma wytrzymać transport ciasta w stalowych pojemnikach, między mieszadłem maszyny urabiającej ciasto a stołami do ręcznej obróbki. Nadchodzą transporty maszyn i materiałów. Termin zakończenia robot przed Wielkim Tygodniem. Jest niezagrożony. Majster Lewandowski mówi, że to tempo jak w Gdyni.
 
Zauważyłem, że ojciec, od pewnego czasu nie przypomina mi, że mam się interesować tym, co dzieje się w piekarni, by zostać jego następcą w interesach. Ma drugiego kandydata na następcę. Już się widzę w mundurze policjanta. Jest to zupełnie realnym.  Mój kolega Leszek Szulc już ma zapewnione miejsce w korpusie kadetów, po szkole powszechnej. Zazdroszczę mu. Ja muszę najpierw mieć maturę. Przyglądam się na razie, naszym policjantom.

Jak na zawołanie zjawił się posterunkowy Piasecki, dawny nasz lokator. Był tego samego wzrostu i figury, co tata. Przyszedł pożyczyć jakieś stare ubranie i palto. Robią obławę na bandę złodziei. Mają mieć spotkanie w okolicach jeziora Wikaryjskiego. Ma być zwiadowcą w cywilnym ubraniu Przebraliśmy go za kupca drewna z wikaryjskich lasów.
Odniósł po kilku dniach, Nie mogę się doczekać wyników obławy.. Machnął ręką.- Słabe. Złapaliśmy kilka płotek. Tylko, cholera, zostawiliśmy samochód niedaleko grzywna. Kierowca odszedł na chwile i ukradli nam dwa kożuchy.  – Nie było lekko w policji.

 Przyjechali wujostwo Gawryszyńscy, ciocia Niusia i wuj Stach, oraz ich córka Stasia. Ma być chrzestną matką Milusia i zostać druhną Ireny, na jej ślubie ze Stefanem Postolskim.  Na to wydarzenie, czekam najbardziej.  Będzie dopiero po Nowym Roku.
Na Łęgskiej jest i ciotka Ada. Przyjechała ze Lwowa. Odbywa tam staż instruktorski szkoły ogrodniczej.

Wigilię obchodzimy w dwóch miejscach. Razem, w jednym domu, byśmy się nie pomieścili. Pierwszy etap w restauracji wujka Antka – 16 osób.
Jako najmłodszy, czytam fragment ewangelii. Opłatek, zupa grzybowa. Dwanaście potraw. Mam się nie objadać, bo wracamy do domu na powtórkę. Prezenty. Rodzice i nas czworo, wracamy dorożką do domu. To były czasy. Bez „drogówki”. Nikogo nie obchodzi ile osób w pojeździe. 
Wujostwo Gawryszyńscy przyjadą później.
Na Miłej wigilia u dziadka i ciotek. Powtórka. Jest nas mniej -10 osób. Jestem znowu lektorem fragmentu z biblii. Jest poważniej, nie to, co u wujka Antka. Dziadek Jan źle się czuje. Ciocia Felcina też musi przestrzegać diety, a tu tyle smakołyków. Wspominamy wujostwo Michalskich, którzy siedzą też, w obcym kraju, przy wigilijnym stole i może myślą o nas. Dziadek Wojciech i tata starają się rozweselać towarzystwo wesołymi opowiadaniami z dawniejszych czasów. Ciocia Helcia gra na fortepianie kolędy, wszyscy śpiewamy. Nastrój staje się pogodnym. Żeby tak można było zatrzymać wszystkich na zawsze.
Przestrzegamy, aby przy wigilijnym stole było do pary. Jakby to mogło pomóc.
Dzieci muszą iść spać. Miruś już śpi od godziny w drugim pokoju. Bożenka też zamyka oczy, ale zaraz otwiera, gdy chcę zabrać jej prezent. Piękną lalkę cygankę, roboty Ireny. Zostawił ją dla niej święty Mikołaj u wujka.
Wracamy do naszego domu. Przyjeżdżają Gawryszyńscy. Z nimi Marian, bo nie wypada puszczać warszawiaków w obcym mieście samopas. A prawdę mówiąc, bo ciotka Ada, wykwaterowała go z jego lóżka i będzie spał ze mną. Stasia, tata, Marian i ja, idziemy na pasterkę do katedry.

W drugi dzień świąt, uzupełnienie chrztu Milusia, w naszym kościółku parafialnym, świętego Stanisława. Chrzestną była Stasia Gawryszyńska a chrzestnym kolega taty, urzędnik Magistratu. Przyjęcie tata zamówił u wujka Antka. Nasze mieszkanie nie pomieściłoby tylu gości. Wujek policzył po kosztach własnych. Wszystko smakowało. Szefowa kuchni panna Jasia znała swój fach i dołożyła specjalnie starań. Patrząc na nią i na wujka, coś mi mówiło, że niedługo będziemy się bawili na jeszcze jednym weselu. Nie miałem nic przeciwko temu, lubiłem pannę Jasię i z góry, akceptowałem, jako nową ciotkę.

Święta, święta i po świętach. Co przyniesie nowy rok? Zobaczymy.

 

Rozdział XI: RADOŚCI I SMUTKI

         Koniec roku 1933 i początek 1934 były wypełnione imprezami rodzinnymi i towarzyskimi. Chrzciny Milusia wypełniły okres świąt Bożego Narodzenia.  Kolejnym wielkim wydarzeniem był ślub Ireny i Stefana.
Przeczucie mnie nie myliło, drugim był ślub wujka Antka. Panna Jasia została naszą ciocią Janką.

        Cieszyliśmy się przyjazdem mało jeszcze znanej rodziny z Warszawy. Goście przywieźli powiew wielkiego świata. Wujostwo Gawryszyńscy i ich dorosłe już dzieci, korzystali ze wszystkich atrakcji wielkiego miasta: teatry, kabarety, wykwintne lokale, życie towarzyskie dobrze sytuowanej rodziny przemysłowca. Przedsiębiorstwo budowlane wuja Stacha, prosperowało bardzo dobrze. Miedzy innymi, otrzymał korzystny kontrakt na część robót przy budowie najwyższego budynku Warszawy – 14-sto piętrowego gmachu „Prudential” na Placu Napoleona. Po wybudowaniu, mieli tam zająć jeden z apartamentów. Ciocia Niusia nadawała ton w kręgu naszych znajomych pań. Stasia brylowała wśród przyjaciółek Ireny. Po świętach, Irka miała jechać razem z wujostwem do Warszawy, dla uzupełnienia wyprawy ślubnej.
        Ja asystowałem ciotce Adzie. Z nią byliśmy zżyci od małego. Była matką chrzestną mojej siostry Alinki. Odwiedzała nas często, jak i babcię Franciszkę. Mieszkanie na Łęskiej uważała za swój dom rodzinny. Wnosiła wiele „ruchu” w towarzystwie młodych. Mnie tolerowali ze względu na jej protekcję. Co dzień wymyślała coś nowego. Spacer, całą grupą, do zaśnieżonego parku, z bitwą na śnieżki. Wycieczka z sankami na górki za Wisłą. Plątałem się, między tą dorosłą młodzieżą, jak piąte koło u wozu. Tylko wieczorowe, obowiązkowe potańcówki, były dla mnie zbyt nudną stratą czasu.
Ciotka Ada była 27-letnią panną, jeszcze wolną. Według ówczesnych obyczajowych standardów, była „starą panną”. Nic sobie a tego nie robiła. Promieniowała niespożytą energia. Trochę byłem zawiedziony, że zbytnio się nie zamartwiła, że nie mogę jej towarzyszyć w narciarskiej wycieczce z Zakopanego, po Nowym Roku.
Ciotka była na praktyce i stażu instruktorskim w szkole ogrodniczej we Lwowie. Miała już angaż na stanowisko instruktorki w szkole w Zaleszczykach.
Opowiadała o ciągłych zatargach, szczególnie między młodymi Polakami i Ukraińcami o trudnościach władz polskich w doprowadzeniu do przyjacielskiej współpracy, przy rosnących wpływach komunistycznych i nacjonalistycznych. Spotykały ją tam, dotąd niegroźne zaczepki. Obawiała się jak to będzie na tej najdalszej południowej rubieży Polski. Prosiła tatę o pożyczenie, jego małego belgijskiego pistoletu, żeby czuła się bezpieczniej w nowym, obcym i może wrogim środowisku.  Tata odmówił kategorycznie. Długo tłumaczył, że to nie jest zabawka i może tylko spowodować nieszczęście.   
Wujek Antek był mniej ostrożnym i wypożyczył jej swój małokalibrowy sztucer. Przyrzekła, że zapisze się do kółka strzeleckiego i postara się uzyskać odpowiednie zezwolenie na posiadanie broni

        Muszę wspomnieć o pewnym wydarzeniu tego karnawału, które pozwoliło mi zrozumieć, jaki wpływ na karierę, mogą mieć dobre stosunki towarzyskie. Jak mogą niezasłużenie, „kopnąć” człowieka nawet na najwyższe stanowisko.
        W Stowarzyszeniu Kupców, którego członkiem zarządu był tata, urządzono bal dla dzieci. Pierwszy w życiu bal. Wielka, ozdobiona kolorowymi łańcuchami sala, orkiestra. Jesteśmy całą rodziną, świątecznie wystrojeni. Tylko mały Miruś został pod opieką cioci Władzi. Ojcowie omawiają ważne sprawy w bocznej sali przy obfitym bufecie. Mamy też są pogrupowane w swoich kółkach. Ja jeden w swoim świątecznym mundurku, jestem pewną atrakcją i muszę przyznać, przedmiotem docinków, ze strony rówieśników po cywilnemu.
Na salę wjeżdża, ciągniony i pchany przez aniołki, czy śnieżynki wóz, wyładowany kolorowymi torebkami łakoci. Pani, Królowa Zima, zaprasza dzieci do zabierania torebek. Tłumowi dzieciarni nie potrzeba dwa razy powtarzać. I ja dopchałem się do wozu i złapałem jedną z torebek. Wycofuję się, żeby spokojnie zbadać zawartość, gdy chwyta mnie za ramie jakaś pani, zabiera mi z ręki torebkę i wręcza mi inną.
- Masz ta jest ładniejsza! – Nie sprzeciwiam się. Nie wierzę żeby było w torebce coś ciekawego.  I stało się.
- Dzieci, proszę zajrzeć do torebek. W dwóch, piernik w kształcie serca, ma na środku biały migdał. Które dziecko znajdzie takie serduszko niech się prędziutko do mnie zgłosi! Jest dziewczynka, poszukujemy jeszcze jednego szczęśliwego dziecka. – Pokazuje dumnie wszystkim piernik z migdałkiem.

        Ja siedzę sobie spokojnie.  Nie zaglądam do torebki. Pani Zima ogłasza ponownie: – Jeszcze jedno dziecko nie sprawdzało, proszę zajrzeć koniecznie do torebki.  Już są obok dwie panie. Muszę koniecznie sprawdzić. Wyciągam nieszczęsny piernik – jest migdał. Wyrywają mi go z ręki i ogłaszają. – Mamy drugi pierniczek, znalazł się.
 Prowadzą mnie do królowej. Czuję się niewyraźnie. Jak bym coś przeskrobał. Królowa Zima pokazuje wszystkim dwa cudowne pierniki. W asyście śnieżynek prowadzi nas na podium przed orkiestrę i ogłasza królową i królem balu. Zostaliśmy uroczyście koronowani złotymi, tekturowymi koronami, dostaliśmy królewskie peleryny z bibułki i zasiedliśmy na tronie.
        Przekonałem się, że panowanie nie będzie takie  łatwe. Nasi poddani są w wieku od przedszkolnych maluchów do młodzieży czternastoletniej. Nie trudno zauważyć, że większa część męskiej części, starszej grupy, to antymonarchiści i wywrotowcy.
W pochodzie, składających nam pokłon, wyraźnie preferują królową a mnie pokazują język, lub niezbyt przychylny grymas twarzy. Natomiast moja królowa, wyraźnie się do nich wdzięczy.
Moją królewską małżonka była dziewczynka, może o rok starsza ode mnie. Znałem ją z widzenia, na imię miała Maryla. Jej rodzice mieli sklep ze słodyczami na rogu 3-go Maja i Cyganki. W przeciwieństwie do mnie, w nowej roli czuła się jak ryba w wodzie.
Bal rozpoczął się polonezem. Ruszyliśmy w pierwszej parze, prowadzeni przez dorosłe panny śnieżynki.
Niezbyt dobrze wychodziły mi te skłony i ukłony. Spocony i zdenerwowany ciągłymi uwagami, dobrnąłem do końca i do odpoczynku na tronie.
Złudna nadzieja. Grają kujawiaczka. Znam z widzenia ten taniec, ale nigdy nie miałem okazji tańczyć. Moja partnerka nie chce słuchać o spokojnym panowaniu od tronu. Rwie się do „ludu”. Tłomaczę, że nie umiem. To do niej nie dociera. Ciągnie za rękę. Ona mnie nauczy, bo to łatwe!  Pierwszy raz w życiu dałem się namówić kobiecie i nastąpiła kompletna klapa. Podrygiwałem nie do taktu, nadeptywałem jej na piękne lakierowane buciki od komunii. Któryś poddany – terrorysta, rozerwał mi moja królewska szatę. Dobrze, że koronę udało mi się uratować przed kradzieżą w tłoku. Wróciłem na tron a królowa? Zdradzała mnie, tańcząc z terrorystami. Z pogardą znosiłem niezbyt pochlebne uwagi o moim muzycznym słuchu. Na szczęście, impreza nie składała się z samych tańców. Były konkursy, zagadki i różne popisy. Zwycięzcom wręczaliśmy nagrody.
Na zakończenie dostałem i ja nawet ciekawą książkę o przygodach podróżników w Afryce. Była to nagroda za doznane cierpienia mej osobistej dumy.

         Tata oświadczył, ze nic nie wiedział o tym przekręcie przy wyborze i że poruszy tą sprawę na najbliższym zebraniu, jako naganną i niepedagogiczną. - A co do obrażania się, – to była zabawa, maskarada, na którą się zgodziłeś i dobrze, że przyjmowałeś zaczepki spokojnie i z humorem. Co innego w życiu. Pod żadnym pozorem nie wolno ci przyjąć korzyści będącej wynikiem oszustwa. Musisz szanować innych, ale żądać tego i dla siebie.
 
        Przypomina mi się pewne zachowanie ojca, którego byłem świadkiem kilka lat później. Byliśmy w hurtowni przy ulicy Tumskiej, gdzie tata składał zamówienia na dostawę różnych artykułów dla naszego sklepu i ciastkarni. Tata się przedstawił obsługującej go panience i dyktował zamówienie. Naraz usłyszeliśmy: – Moniuś, przynieść kartotekę Galczaka!
 Tata zesztywniał i mówi swym rzadko używanym twardym głosem:
- Proszę przerwać to pisanie i wezwać pryncypała. – Dziewczyna zaskoczona poderwała się i ruszyła na zaplecze. Po chwili zjawiła się w towarzystwie jednego z właścicieli.

  • Witam szanownego pana, czym mogę służyć?  – Pytał uprzejmie, kłaniając się przybyły.  – Witam! Proszę wyjaśnić swej pracownicy, że „Galczak” to ja jestem tylko dla siebie, dla niej to jestem „pan Galczak”!
  •  Proszę dać tu kogoś innego do obsługi, jeśli chce pan zatrzymać mnie, jako klienta. – Wyrecytował ojciec.  

 - Przepraszam   szanownego pana za nietakt naszej pracownicy, to już się nie powtórzy. Panie Maurycy proszę obsłużyć szanownego pana. Jeszcze raz przepraszam. Jeśli nie ma szanowny pan innych życzeń, proszę pozwolić, że go opuszczę.
Jesteśmy zawsze do usług.
– Dziękuję. - Odpowiedział sucho ojciec i kontynuował składanie zamówienia.

         Tak to było dawnymi laty. A obecnie? Widzę w telewizji. Sportowiec, piłkarz wiodącego klubu, nazywanego do tego, dumnie:  „Legia”, dostaje od kibica, na oczach wszystkich widzów, jak to się popularnie mówi: w pysk. I co? – Oświadcza: – NIC SIĘ NIE STAŁO!  A klub?  Też nic.
Powinni zmienić nazwę klubu, bo od czasów rzymskich „Legia” to nazwa jednostki wojskowej nieznającej strachu, walczącej z pogardą śmierci. Nie mówiąc o francuskiej Legii Honorowej dla najdzielniejszych z dzielnych.
Chłopaka nie ganię. Tak go wychowali. Nauczyciel uczący zakłamanej historii Narodu, pewnie i inni wychowawcy, dla których liczy się tylko „kasa”. Media? – Krótkie wzmianki i cisza. Dla nich to drobna sprawa, jakich setki na porządku dziennym. To już nowa prawidłowość. 
A jeśli obrażą Naród, to, co powiedzą jego przywódcy, jego „mężowie stanu” i medialni komentatorzy? 

        Lepiej wracajmy do dawnych czasów. Nadchodził termin ślubu i wesela naszej Ireny ze Stefanem Postolskim. Oczekiwałem go z mieszanymi uczuciami. Irka była moją cioteczną siostrą. Mama traktowała ją i Mariana jak własne dzieci i dla nas byli starszym rodzeństwem. Kochałem swoją starszą siostrę. Wydawało mi się, że obcy człowiek nam ją zabiera. Martwiłem się czy będzie jej dobrze w tym małżeństwie.
Właściwie polubiłem Stefana, mimo pewnych wad, które według mnie dyskwalifikowały go, jako męża i opiekuna Irki. Nawet mu trochę współczułem, że to mu się przytrafiło. Nie mogłem zrozumieć, że jej to nie przeszkadza. Wiadomo zakochana kobieta nie myśli o wszystkim. Stefan przyznał nam przecież, że panicznie boi się głębokiej wody a szczególnie, panicznie boi się broni.

Wujek Antek zlekceważył ten defekt. Nie bardzo chyba wierzył, że to prawda, bo postanowił się sam przekonać. Byliśmy w trojkę na Łęskiej. Babcia poszła do kościoła, ja odrabiałem lekcje. Przeniosłem się dyskretnie do kuchni, żeby mogli swobodnie porozmawiać.
Nadszedł wujek Antek. Zasiedliśmy w czwórkę do herbaty. Stefan sypał, jak z rękawa, kawałami. Wujek też miał zawsze gotowy repertuar. Pokładaliśmy się ze śmiechu. Nagle wujek wyjmuje z szuflady, stojącej pod oknem szafki, swój mały pistolet (obiecał, że go dostanę, gdy dorosnę), ze słowami:
- Panie Stefanie, niech pan zobaczy, jaki ładny, chcę go sprzedać. Panu oddam niedrogo. Krzywdy wielkiej nie zrobi, ale huk nastraszy każdego bandziora.
W Stefana jak gdyby piorun strzelił. Zbladł jak ściana, trząsł się jak galareta i nie mógł wymówić słowa. Tak przerażonych ludzi widziałem dopiero w czasie wojny.  Irka rzuciła się na ratunek.
 -, Co zrobić wujku? – woła prawie z płaczem, obejmując czule narzeczonego. – Prędko, przynieś szklankę zimnej wody!  – Polecił mi wujek i schował nieszczęsny pistolet. Rzuciłem się do kranu. Wujek skropił twarz Stefana i przytknął szklankę do jego trzęsących się warg. Zęby zadzwoniły o brzeg szklanki. Mój przyszły szwagier spojrzał przytomnie, jak obudzony ze snu. -  To niesamowite, przepraszam panie Stefanie, to był głupi kawał z mojej strony! – Sumitował się wujek.  -To ja przepraszam, proszę mi powiedzieć, co się stało? Nie bardzo pamiętam. – Pyta, rozglądający się niespokojnie oblubieniec Ireny. A ona na to: - Już dobrze kochanie. Zasłabłeś trochę. Wujek przesadził ze swymi kawałami Nie mówmy o tym.

        Miłość jest ślepa. Ach, co to był za ślub. Ojciec Stefana był działaczem katolickim przy katedrze włocławskiej. Miał tytuł „szambelana papieskiego”, za swoje zasługi dla Kościoła. Stefan był członkiem chóru „Lutnia”. Starszy brat Tadeusz, był komendantem włocławskiej straży pożarnej, młodszy Wacław, zawodnikiem klubu wioślarskiego. Ślub bardzo uroczysty, katedra pełna młodych. Państwo młodzi, udekorowanym powozem, zaprzężonym w białe konie, przejechali do, zamienionej w dom weselny, zamkniętej dla innych gości, restauracji wujka Antka.  Ponad stuletni lokal, nigdy po tym nie przyjmował już jednocześnie, takiej ilości gości. Rodzina, przyjaciele, wypełniali lokal do ostatniego miejsca. Dobra muzyka, rozśpiewane towarzystwo, wyborowa „kuchnia” i trunki w ilościach, bez przesady. Wesoła, kulturalna zabawa, trwała do białego rana.
Na weselu byłem, w smakowitych potrawach przebierałem, kompot i oranżadę piłem. Tylko, jak ognia dziewczynek namawiających do tańca unikałem. Dopiero za kilkanaście lat zmienią mi się radykalnie poglądy na ten temat.   

        Panna Janina pochodziła z jednego z kujawskich miasteczek. Nie mogę sobie przypomnieć czy to tam, czy we Włocławku, odbył się ślub jej i wujka Antka. Przyplątała mi się w tym czasie silna angina z wysoką temperatura i bólem gardła. Mama leczyła mnie pędzlowaniem gardła watką moczoną w jodynie, aspiryna w kapsułkach z opłatka i gorącym mlekiem z miodem i cytryną. Trwało to dość długo. Chrypiałem zamiast mówić normalnie.
Ominęła mnie taka ważna rodzinna uroczystość. Z ciocią Janką lubiliśmy się zawsze bardzo.

                Prace w piekarni przebiegały w założonym tempie. Planowany termin, uruchomienia zakładu przed Wielkanocą, nie był zagrożony.
Gdy poszedłem na pierwszą inspekcję, kuzyni Malendowicze kończyli stawianie nowego pieca. Miał dwie komory do wypieku pieczywa. Niższa opalana drewnem, jak w starym piecu, a od niej, systemem rur o wysokiej wytrzymałości, z przegrzaną wodą pod wysokim ciśnieniem, górna, oraz wbudowany zbiornik na gorącą wodę. Doprowadzono ją stąd, do kranu w piekarni, umywalni i pryszniców dla pracowników, oraz aż do naszej kuchni i umywalni. Zimną wodę rozprowadzano tak samo, od zbiornika podwieszonego na ścianie pod sufitem. Obydwa zbiorniki napełniano wodą z naszej studni, pogłębionej oczyszczonej i szczelnie zamkniętej. Wodę dokładnie przebadał i akceptował Sanepid. Pompa ręczna była rozwiązaniem tymczasowym, do czasu zebrania funduszy na doprowadzenie wodociągu miejskiego, niestety na własny koszt.  Magistrat odkładał tą inwestycję na daleki nieokreślony termin. Pompowanie wody, wychylanym w prawo i w lewo ramieniem pompy, było moim ulubionym ćwiczeniem siłowym. Chętnie udostępnianym mi, przez najmłodszych pracowników. Oni nie byli zachwyceni ta dodatkową pracą.

        Wujek Józek Leśniewski, odpowiedzialny za montaż maszyn, kończył swą pracę. W celu jej wykonania wziął urlop w fabryce w Łodzi.
Ojciec, postanowił uruchomić dodatkowo, produkcję cukierniczą. Pozwalała na to, zwiększona przepustowość nowego pieca. Były to spore dodatkowe koszty. Miały zwrócić się z zyskiem.
W tym celu zlikwidowano sklep, od ulicy Miłej i przerobiono go na pracownię cukierniczą. Ściany pokryto białymi kafelkami.  Zjawiło się, niezbędne wyposażenie: duże, elektryczne mieszadło do ciast, mniejsze do kremów i mas cukierniczych, kuchnia z kotłami, kociołkami i mnóstwo narzędzi ręcznych i elektrycznych.
Sporo drobnego sprzętu udało się zakupić po likwidowanej cukierni. 

Nasz sklep na 3-go Maja przejął rolę sklepu firmowego piekarni. Założono dostawę do innych klientów. Trzeba ich było dopiero poszukiwać i zdobywać, a konkurencja nie śpi.
Transport zabezpieczał nowiutki, lśniący lakierem furgon na kołach samochodowych, ze skrzynią ładunkową z blachy na stalowej konstrukcji. Nasz potężny kasztan w wypastowanej na czarno uprzęży, radził sobie z każdym ciężarem.          

        „Jak budujesz, patrz w kaletę, żebyś nie przeholował!” – Upominał dziadek Jan. Miał rację. Kończyły się fundusze. Nie wszystko można było z góry przewidzieć. Ojciec musiał decydować się na rozwiązania tańsze, lub odkładać pewne roboty na później.
Przesiewacz do mąki i wielkie mieszadło do ciasta z dwoma wymiennymi kotłami o pojemności do 100 kg mąki każdy, były napędzane od jednego silnika, wałem transmisyjnym, zamiast indywidualnymi silnikami. Worki z mąką trzeba donosić, z przylegającego do urabialni magazynu, na plecach, zamiast podawania planowanym transporterem. Wyrabianie bochenków chleba i bułek wymagało dalej znacznego fizycznego wysiłku i dużej wprawy.  Obydwie ręce musiały być jednakowo sprawne..

Będziemy stopniowo eliminować ręczne czynności, mówił ojciec. Na razie zastanawiałem się nad pomysłowością ręcznego sprzętu. Jak wyliczono, że odważony, okrągły placek ciasta na bułki, ręczna prasa dzieli na kilkadziesiąt kawałków o dokładnie jednakowej wadze. Podobała mi się też inna, do wyrobu jednym przyciśnięciem, bułek „kajzerek”, co ręcznie, mimo wielokrotnego pokazywania, nigdy mi nie wychodziło.

        Nareszcie, nawet na kilka dni przed założonym terminem, wszystkie pomieszczenia były gotowe do sprzątania po budowie. Rozpoczęło się szorowanie, mycie i pucowanie, zdawało się bez końca.
Cała, skompletowana już załoga, pracowała wspólnie przy tych pracach. Z niecierpliwością oczekiwano na „próbny rozruch”.

Przypomniało mi się, jak z dziadkiem Janem, jak kapitanem statku, siedziałem na piecu, obserwując prace załogi. Teraz też rozdzielałem funkcje załogi nowego statku:
- Ojciec – „kapitan”, nie opuszczał kantorku –„mostka”, gdzie był punkt dowodzenia.
- Dziadek stryjek Wojciech, „sternik”, złożył w międzyczasie, przed cechową komisja, egzamin mistrzowski i objął stanowisko kierownika produkcji.
- Ciocia Felcia  „pierwszy oficer”, kasjerka i kierowniczka biura, siedziała przy telefonie w naszym saloniku, obłożona papierami wystukując na maszynie nowe..
- Ciocia Władzia „liczman”, zmieniła stanowisko kierowniczki sklepu, na magazynu i ekspedycji, spisywała sprzęt i napływające surowce.
W ten sposób skompletowałem dowództwo „statku”. 
A załoga?
- Dawna dziadka Jana: Wyjątkowo dobrze dobrana i związana z firmą od lat. Doświadczeni piekarze: Garnuszewski, Drzewiecki, trzeci, nazwisko zagubiło mi się w pamięci. Terminatorzy: Janek Stępniak i Władek Świątek
Tworzyli dwie zmiany, każda dwóch piekarzy i terminator.
Dziadek Wojciech, oprócz nadzorowania całego procesu produkcji, postanowił prać dalej, jako starszy piekarz, tak zwany „piecowy”. Nie zgodził się na tylko „grzanie”, jak się wyraził, „stołka” w kantorku.
- Nowa cześć załogi, to „wyższa sfera”: mistrz cukierniczy pan Jaskólski uważał się za artystę w swym zawodzie. Pierniczarka”, pani Nowakowska, przechowywała, przekazywaną z pokolenia na pokolenie, tajemnice toruńskich pierników. – To był trzon produkcji cukierniczej. Do pomocy dostali, niewiele ode mnie starszego „podaj, przynieś, pozamiataj!”, ucznia, Wacka Świątka, brata Władka, terminatora u piekarzy.
- Jednoosobowym działem transportu i furmanem w jednej osobie, został pan Krzemiński. Mieszka na piętrze domu frontowego z żoną i córeczką.
 - Utrzymanie czystości w piekarni: pani Osowska, matka niewydarzonego Kazioka i pani Stępniakowa, matka drugiego terminatora u piekarzy, Janka. 
- Jeszcze, pracujący na akord drwal, stary Urban, mój instruktor rąbania drewna.  

Nadjechał pierwszy transport mąki. Nasz furgon zwozi potrzebne surowce wybierane przez ojca i ciocię Felcię. Pan Jaskólski przekazuje coraz to nowe długie listy potrzebnych zakupów. Grozi dymisją, jeśli żądania nie będą spełnione. On mistrz, nazwiskiem i autorytetem w branży, odpowiada, za jakość. On jest firmą, na której ojciec zrobi kokosy. - Chciałbym się przekonać.- Mówi ojciec i ustępuje.
Pani Nowakowska ma pracować na specjalnych warunkach. Zna tajemnice. Musi mieć gwarancje jej pełnego zabezpieczenia. Nawet jej nazwiska nie wolno rozgłaszać, bo wywiad przemysłowy działa. Firma ma dostarczać podstawowe składniki: mąkę, miód i coś tam jeszcze. Wszystkie dodatki specjalne, ona będzie kupowała sama i przynosiła z domu. Ojcu wystawi ryczałtowy rachunek. Będzie pracowała na nocnej zmianie, w czasie, której, wyrobi gotowe ciasto piernikowe. – Ten mądrala Jaskólski niech z niego dalej wyrabia, co mu pan każe. Upiec to każdy potrafi, a co do wynagrodzenia, to się dogadamy. – Zakończyła swe podstawowe warunki.
Ojciec nie chciał się zgodzić, aby nie wiedział, jakie składniki są w jego piernikach. Zgodziła się wreszcie, że te ważne ingrediencje, będą w oddzielnej szafie pod zamknięciem. Klucz będzie jeden u niej, drugi pod zamknięciem u ojca. A tajemnica będzie zachowana pod „słowem honoru”.
Znowu Jaskólski nie chciał się zgodzić, że będzie wyrabiał z tego, co ta zwariowana baba ukręci.  –  Nie ma sprawy, niech pan zrobi swoje ciasto, porównamy, które lepsze i przy tym zostaniemy. – Uspokoił go ojciec. Smaczniejsze okazały się jednak, pierniki z ciasta pani Nowakowskiej i tak już zostało.   

        „Kaleta”, której pilnować radził dziadek Jan, świeciła pustym dnem. Problemy finansowe i rozważania, czy sięgać po kredyt, były przedmiotem ciągłych narad kierownictwa. Ojciec i ciocia Felcia, sporządzali różne kalkulacje. Obawiali się, czy nie za mało zostanie kapitału obrotowego.

Wreszcie usłyszeliśmy rozkaz „Wszystkie ręce na pokład!”. Pracujemy wspólnie całą załogą i cała nasza rodzina. Wszystko musi błyszczeć i lśnić czystością.
Dziadek Wojciech uroczyście rozpala ogień w piecu. Ciąg był już sprawdzany przez zdunów. Obserwujemy wskazówki manometru.  Nie można przekroczyć czerwonej kreski, wskazującej maksymalne ciśnienie w rurach. Temperatura prawidłowa. W umywalni i prysznicu jest woda zimna i gorąca. Biegnę do naszej kuchni i łazienki. Jest, tylko brudna. Mama każe łapać w kubeł i wylewać, aż się pokaże czysta.
 
        Zjawia się komisja cechowa i magistracka sanitarna. Zaglądają w każdy kąt. Brak zastrzeżeń. Podpisują protokół. Można „odbijać od brzegu”. Przyprowadzamy dziadka Jana. Ojciec i dziadek Wojciech prowadzą go pod ręce. Ukrywa ból. Chce wszystko zobaczyć. W oczach widać łzy radości.
Czekają już ciasta i babki wielkanocne, nasze i okolicznych gospodyń. Rozeszła się wiadomość, że piec znowu piecze. Dziadek Wojciech i Władek obsługują sprawnie. Dziadek promienieje zadowolony. Dobre oświetlenie, trzyma szwile, czyli parę, ważną przy pieczeniu chleba. Wszystko w porządku.

W sobotę, przed Niedzielą Palmową, uroczyste poświęcenie z drobnym poczęstunkiem, po lampce wina i pierwszymi ciasteczkami naszej produkcji.

        Od poniedziałku ruszyła produkcja. Znaczną cześć produkcji pieczywa stanowił specjalny gatunek chleba do święcenia w koszyczkach ze święconką. Pani Nowakowska, wyjątkowo, pracowała na dziennej zmianie. Wyrabiała ze swego ciasta serca i serduszka. Pan Jaskólski pokrywał je lukrem lub czekoladę i wypisywał na nich pięknie: „Wesołego Alleluja!  Były i mazurki i torty. Wszystko szło jak woda w naszym sklepie. Dziewczyny sklepowe prosiły o więcej. Mimo to, ojciec ograniczył produkcję.
 – „Wielki Tydzień”, trzeba pomyśleć o ważniejszym. Udało się. Teraz z Pomocą Bożą pójdzie z górki.

        Prace w piekarni nie zwalniały nas z uczestnictwa w szkolnych rekolekcjach.  W Wielkim Tygodniu odprowadzałem babcię Franciszkę do katedry i towarzyszyłem jej na nabożeństwach. Siadaliśmy zawsze w tej samej ławce w nawie głównej. - Módl się upominała babcia, żeby ojcu się udało. Więcej w ten sposób pomożesz, jak gdybyś się tam kręcił pod nogami.
 – I pomagałem, jak widać skutecznie. 
Święta Wielkanocne były wyjątkowo pełne radości. Humoru nie popsuło nawet to, że kot zamknięty, przez niedopatrzenie, w piwnicy, razem ze świąteczną szynką, zostawił nam tylko połowę.
Z tej reszty i kości, Nora miała też wyjątkowe święta.

W czasie Świąt i po nich mieliśmy wyjątkowo duży napływ gości. Przyjaciele domu i znajomi oglądali piekarnie i zostawali na podwieczorku, czy kolacji.

Jak byś miał mięso bez chleba, bez soli jadł jaje, jeśli przy stole gościa nie staje.” – Pamiętam takie powiedzenie dziadka Jana, gdy był jeszcze w dobrej formie.
Inne były czasy i obyczaje towarzyskie, oraz inne możliwości. Obiad, przygotowywany w naszej kuchni dla domowników, musiał mieć zapas na nakarmienie nieprzewidzianego gościa a w razie potrzeby na szybkie uzupełnienie, jeśli zjawiło się dodatkowo kilka osób.
Wujek Antek wołał nieraz z daleka: – Dolewajcie wody do rosołu, bo gości prowadzę! – Chociaż, było już po obiedzie.

Rzadko, kiedy nie mieliśmy gościa lub gości przy stole. Byli tacy, którzy odwiedzali nas regularnie.  Wujek Wacek Conde, pracował w Starostwie Włocławskim a mieszkał z rodziną, w ich willi w Michelinie. Dojeżdżał do pracy kolejką wąskotorową. Co pewien czas zostawał w pracy dłużej. Nazywaliśmy go wujkiem. Był przyjacielem rodziny od wielu lat i drużbą na weselu rodziców. Nie do pomyślenia było, aby korzystał z obiadu w restauracji, gdy miał tu serdecznych przyjaciół. Podobnie było, tym razem z naszym krewnym, wujkiem Klimkiem Rosińskim. Gdy spóźnił się na pociąg po pracy i musiał czekać do wieczora. Był synem siostry babci Antoniny, cioci babci Julii.  Po śmierci ojca, mieszkał z mamą, w ich domku pod lasem, w Mielęcinie. Czasem zjawił się zamiejscowy kolega ojca z wojska, przebywający we Włocławku w interesach. Wtedy przysłuchiwałem się wspomnieniom, dokąd mnie sen nie zmorzył, alb mama, nie wyprawiła do łóżka, bo jutro do szkoły.

        Rodzina i przyjaciele. To jest baza i opoka, którą należy chronić i wspomagać. Bzdury opowiadali fałszywi ideolodzy nowego, nowoczesnego społeczeństwa, gdzie rodziną miała być „partia”, gdzie bohaterem narodowym był syn, który doniósł na swego ojca i wydał go na śmierć.

        W naszej rodzinie, w ciągu lat ujawniało się pewne stopniowanie zażyłości między nami i członkami naszej dużej rodziny: bliska, dalsza i daleka. Pozostawała jednak silna więź, która ujawniała się, na przykład, w sytuacji konieczności udzielenia, nawet dalekiemu krewnemu, pomocy.

Zjawisko to istnieje i dziś w naszym społeczeństwie. Niestety objawia się teraz często, wykorzystywaniem osób starszych i oszustwami, tak zwanymi „na babcię”.

Zróżnicowanie stopnia zażyłości, to wynik rodzinnych nieporozumień, lub odległości między miejscami zamieszkania i częstotliwość kontaktów. Dawniej komunikacja międzyludzka nie była tak łatwą jak obecnie. Odległość ograniczała je znacznie. Ratowała sytuację korespondencja, jeśli był na nią czas i warunki. Najmocniejsza więź słabnie i ostatecznie, zrywa się nawet między bliskimi krewnymi, gdy dzieli ich czas i przestrzeń. Zrywa się często całkowicie w kolejnych pokoleniach. Prawo, ustawowo określa stopnie pokrewieństwa, ważne w przypadkach podziału spadku, lub zapewnienia obowiązkowej opieki. Precyzuje, kto jest najbliższą rodziną, kto dalszą, albo daleką. Przypomnienie urzędowe, sprawia nieraz miłą lub niemiłą niespodziankę.

        Wspólnota codziennego życia wzmacniała te więzy. Brat dziadka Jana, Wojciech, był dla nas, wnuków jego brata, jak gdyby trzecim rodzicem.
Wspominano, że mają a może mieli innych braci i siostry. O tym rodzeństwie dziadków mieliśmy bardzo mgliste pojęcie. Słyszałem kilkakrotnie od taty: - Jak będę miał czas to wybierzemy się do Lubrańca poszukamy korzeni rodziny.
Co było przyczyną tego zerwania bliskich kontaktów, trudno teraz dociec. Na pewno mógłby mi to wyjaśnić dziadek Jan. Nie zdążyłem się dopytać. Ani ojciec, ani dziadek Wiciach, nie mieli wyjaśnienia tylko domysły.
Z rodzeństwem babci Antoniny, lub ich dziećmi, mieliśmy kontakt bezpośredni, albo korespondencyjny. Ojciec skrupulatnie pilnował wysyłania okolicznościowych życzeń.
Babcia Antonina miła trzy siostry i brata. Byli to:
- Kazimiera Adamczewska. Jej córka, ciocia Władzia Leśniewska mieszkała niedaleko nas na Miłej. Jej mąż wujek Józek, to monter maszyn w naszej piekarni. Z nimi mieliśmy stałe kontakty.
- Julię Rosinską – tą ciocię babcię, kiedyś, z tatą, odwiedziliśmy.  Jej męża widziałem wtedy pierwszy i ostatni raz w życiu. Mieszkali w służbowym mieszkaniu przy fabryce cykorii „Stella”. Dziadek Rosiński był hodowcą kanarków. Miał ich kilkadziesiąt w specjalnym pokoju. Umarł wkrótce po naszej wizycie. Służbowe mieszkanie babcia opuściła a kanarki sprzedano. To byli rodzice wujka Klimka, który wpadał do nas na obiady. Odwiedziła nas kilkakrotnie, jego siostra, ciocia z mężem, Stanisławem Cride’, eleganckim porucznikiem ułanów pułku imienia hetmana Stefana Czarnieckiego z Wołkowyska i synem Jurkiem, moim rówieśnikiem. 
 - Maria Malendowiczowa. Znałem tylko jej synów, zdunów jak ich ojciec, wykonawców naszych wszystkich pieców i z piekarniczym włącznie i kuchen.
- Wacław Klimaszewski. Mieszkał z Rodziną w Będzinie. Bliskie kontakty utrzymywali z nimi dziadkowie. Ojciec za mojej pamięci tylko korespondencyjne. Ja odwiedziłem wdowę, po tym wujku dziadku i jego córkę dopiero po wojnie.

         Wycieczka do Sochaczewa, Gostynina i Gąbina, na poszukiwanie korzeni i członków rodziny naszej mamy, pozostała, niestety w sferze projektów. Chociaż z jej rodzeństwem a nawet jej siostrą cioteczną, ciocią Niusią Gawryszynską i jej rodziną, byliśmy w bliskiej zażyłości.  Wyjątek stanowił brat mamy wujek Andrzej Stachurski i jego rodzina. Mieszkali daleko. Urwały się kontakty.

        Tak, więc, dziadkowie Jan i Wojciech, babcia Franciszka, Irena, teraz z mężem Stefanem i Marian, czy wujek Antek z nową ciocią Janką i Krysia, ciotka Ada, ciocie Władzia i Felcia, oraz ciocia Hanka z rodziną, na których rychły powrót oczekiwaliśmy, to po rodzicach i rodzeństwie, ukształtowała się najbliższa nam rodzina. Nie wyobrażałem sobie, żeby kogoś mogło zabraknąć.
Ciocia Władzia prowadziła wprawdzie, oddzielną kuchnię dla cioci Feli i dziadków. Nasza mama drugą dla nas. Obydwie kuchnie współpracowały ze sobą To tu to tam przygotowywano jedną potrawę dla obydwóch rodzin. Podział był podyktowany brakiem miejsca w jednym wspólnym pokoju stołowym.

         Jak grom z jasnego nieba, rodzinę spotyka nieszczęście. Stan zdrowia cioci Felci, pogarsza się raptownie. Doktór Barcikowski stwierdza konieczność przewiezienia do szpitala. Ciocia Władzia i mama zmieniała się przy chorej. Lekarze decydują się na operację.
Jesteśmy sami w domu. Czekamy. Wpatrujemy się w czarny telefon. Mama ma zadzwonić, jak przebiegła operacja. Ostry dzwonek. Alinka chwyta słuchawkę. Halo! – Odkłada. Po buzi płyną łzy. Podnoszę, słyszę głos mamy: - Pomódlcie się za ciocię! – Mamusiu, co się stało? – To ty? Ciocia nie wytrzymała operacji. Nie mów jeszcze dziadkowi. Niedługo wracamy.  

        Pogrzeb. Po mszy żałobnej, w drewnianym kościółku św. Stanisława, rusza kondukt. Krzyż, sztandary, bo ciocia należała do różnych organizacji i stowarzyszeń. Ksiądz z organistą, karawan wiezie trumnę otoczoną wieńcami. Idziemy za nim. Ciocia Władzia i mama w czarnych woalkach zakrywających twarze. My, rodzina i krewni z opaskami, z czarnej krepy na lewym rękawie. Droga daleka na cmentarz. Pojazdy na ulicach i przechodnie zatrzymują się, mężczyźni zdejmują nakrycia głowy, wszyscy czekają, aż minie ich żałobny kondukt. Od bramy cmentarza, młodzi piekarze, niosą trumnę na ramionach. Rozlega się śpiew: „Salve Regina, mater miseri cordia..” Nasza pieczara otwarta. Modlitwy, przemówienia. Posypujemy garstką piasku. Koniec! – Ciocia zostaje sama na wieczny odpoczynek.  

Ten pierwszy, świadomie przeżywany pogrzeb, wrył się w pamięć. Ile ich jeszcze będzie, ile śmierci osób bliskich, przyjaciół, znajomych. Zebrało się ich więcej po tamtej, niż po tej stronie.   

         Siedzimy wszyscy przy stole, w mieszkaniu od strony ulicy Miłej. U szczytu dziadek Jan. Był tylko w kościele, zawieziony i przywieziony dorożką. Droga przez cmentarz była za długa na jego nogi. Wspominamy ciocię. Dziadek wpatruje się w portret babci Antoniny, wiszący na ścianie. Jest młoda, piękna, jakby się uśmiechała, pocieszała: – Nie martwcie się, jesteśmy razem. Trzeba żyć dalej!

         Śmierć cioci była poważną stratą dla firmy. Ojciec stracił zaufanego zastępcę i współpracownika. Firma wymagała dużego wysiłku, żeby „stanąć na nogi”, zbytu dla maksymalnie możliwej produkcji, czyli zapewnienia zwrotu poniesionych kosztów. 
Rynek włocławski był nasycony pieczywem z mniejszych i większych piekarni. Na Miłej naprzeciwko naszej była piekarnia państwa Bahrów, z drugiej strony, na Chłodnej, piekarnia pani Kwiatosinskiej, na Kapitulnej Baurskich i niedaleko Sobczaka. 
Ojciec uspokoił najbliższa konkurencję, likwidacją sklepu przy piekarni na Miłej. Miał własny transport. Po odpowiedniej akwizycji, zdobył klientów: sklepy spożywcze i kolonialne. Inni bali się, że koszt dostawy i konieczny rabat dla sklepu, pochłoną ewentualny zysk. Kalkulacja ojca była prawidłowa. Piekarnia miała zbyt. Popyt, przekraczający możliwości produkcyjne. 

        Produkcja ciast i ciastek, okazała się strzałem w dziesiątkę a zyski tego działu przekroczyły dochód z pieczywa. Wyroby cukiernicze dostarczano początkowo tylko do naszego sklepu. Były to przede wszystkim, „artystyczne” dzieła pana Jaskólskiego. Wykwintne torty okolicznościowe i ciastka tortowe, przeróżnych rodzajów. Potrafił wyczarować, z cukru i czekolady młodą parę, jak żywą, czy gruchające do siebie gołąbki.
Natomiast klientela okolicznych sklepów domagała się prostszych i tańszych wyrobów. Wiec wszystko szło jak woda. Masowa produkcja drożdżówek lukrowanych z marmeladą a w sezonie z czarnymi jagodami, ulubionych przez dzieci, cukrowanych gwiazdek z kruchego ciasta lub, precelków.
Pierniki pani Nowakowskiej okazały się rewelacją. Zainteresowały się nimi hurtownie. Produkcja szła na eksport. Trzeba było zamówić specjalne skrzynie z dykty wyściełane srebrzystą folią, do których całą rodziną pomagaliśmy pakować po dwadzieścia kilogramów, piernikowych serduszek lub katarzynek, powlekanych czekolada czy doskonałej lukrowanej krajanki

        Poznaliśmy naszych zapomnianych od pokolenia krewnych, panią Rozalię Galczakową i jej syna Stacha. Dziadek Wojciech nam wyjaśnił: – To jest żona świętej pamięci Stanisława, był bardzo dobrym szewcem. Gdy terminował we Włocławku, to nie miał gdzie mieszkać. Nocował nawet u nas w piekarni. Umarł niedawno. Był synem któregoś z moich braci, czyli wypada wam na ciocię.
Dziadkowi mówiła stryjku, z tatą byli na ty, tylko z mamą zostały per pani i tak już zostało. My dzieci mówiliśmy o niej „pani Galczakowa.” Stasiek był starszym ode mnie. Miał już chyba dwanaście lat. Zaraz się zaprzyjaźniliśmy. Zaprosił mnie do domu na ulicę Niecałą, gdzie mieszkali. W komórce hodował króliki.
Pani Galczakowa umówiła się z tatą, że będzie dostawała „w komis” ciastka, przeważnie drożdżówki, precle, gwiazdki z cukrem. Przychodzili z wielkim koszem, do którego ładowali towar.
Sprzedawała pod szkołą i na targu. Stasio przybiegał potem po uzupełnienie. Ojciec obstalował dla niej specjalną lekką przenośną gablotkę z dykty zakrywaną gazą przed osami i muchami.
 
Ojciec już się nie obawia, że projekt nie wypali. Zostały tylko roboty zewnętrzne, remont domu i utwardzenie podwórka i będzie można odpocząć.

RADOŚCI I SMUTKI     c.d.

        Okresu spokoju i odpoczynku po zrealizowaniu projektu, na razie, jeszcze nie widać. Zwiększona, ponad trzykrotnie, produkcja piekarni, w stosunku do dawnej, oraz nowa cukiernicza, maksymalne wykorzystanie możliwości produkcyjnych, wymagały obsługi organizacyjnej i zaopatrzeniowej przekraczającej możliwości jednej osoby. Wielką stratą, dla rozwijanej właśnie firmy, była śmierć cioci Feli. Ojciec miał w niej zaufanego, fachowego zastępcę i doradcę, znającego doskonale teren a także środowisko włocławskich kupców i rzemieślników. Musiał przejąć obowiązki cioci.

Podziwiam ojca i współczuję mu.  Czasem tylko, słyszę przez sen jak wstaje i wychodzi przed świtem. O czwartej rano jest już w piekarni. Przyjmuje i sprawdza wieczorną i nocną produkcję. Rozdziela ją do koszy, zgodnie z zamówieniami, wypisuje kwity dostawy, lub rachunki. Ładowanie koszy do furgonu, musi być według kolejności wyładunku u odbiorców. Kolejność dostaw i trasa transportu są skrupulatnie analizowane.
Kosze znikają we wnętrzu furgonu. Wiolo! – Woła pan Krzeminski i pierwszy transport rusza. Sklepy muszą mieć świeże pieczywo przed szóstą. Najwcześniejsze dostawy trzeba rozwieść, co najmniej, trzema kursami, na sporym obszarze miasta. Później można dostarczyć pieczywo do stołówek szkolnych i kuchni klasztornych. Ostatni kurs, to zbieranie  pustych koszy i zamówień na następną dostawę, rozwożenie ciast i ciastek, inkasowanie należności.
 
Ojciec rozlicza Krzemińskiego, przegląda zamówienia, ustala wielkości następnej produkcji. Bieżące problemy, wymagają rozwiązania i decyzji, szczególnie pracochłonne są , wspólne rozmowy z panem Jaskólskim, analizy kosztów i ustalanie cen produkcji jego branży.
Mama i ciocia Władzia pomagają w miarę sił i możliwości. Ciocia Władzia z trudem dochodzi do równowagi, po śmierci siostry . Jeszcze nie może się pozbierać. Dziadek Jan wymaga stałej opieki. Mama okazała się bardzo pomocną w wyszukaniu, zainteresowanych dostawą pieczywa, kuchni  zakonnych i stołówek szkolnych.

        Wracam ze szkoły. Ojciec wpada na wspólny obiad. Połyka szybko, odświeża się, przebiera i rusza  „do miasta”. Bank, urzędy, stowarzyszenie kupców, to znów rzemieślników, dostawcy, to miejsca jego wizyt. Nasz sklep, gdzie trzeba coś zmienić, coś poprawić – wreszcie nieodzowne wizyty u klientów, bo ważne osobiste kontakty – to kolejne punkty prawie codziennych, pieszych peregrynacji ojca. Na dorożkę szkoda pieniędzy. Samochód w sferze marzeń.
Mama daje nam kolacje, bo nie widomo kiedy tatuś wróci.
Kładę się spać, a ojciec jeszcze pracuje przy biurku nad papierami i księgowością.

Dziadek stryjek Wojciech, to drugi „tytan pracy” kapitalistycznej. Nie opuszcza piekarni. Ciocia Władzia denerwuje się, że cały tydzień w stroju piekarza. – Dobrze, że w niedzielę, do kościoła stryjek raczy się przebrać! – narzeka. Tak się kiedyś pracowało „na swoim”!
Co miesiąc, przy wypłacie, powtarza się, ta sama co dawniej historia. Dziadek odbiera pensję kierownika produkcji, zostawia sobie jakąś niewielką kwotę a resztę rozdziela po połowie i wsuwa do kieszeni
cioci i mamy.   
Muszę stwierdzić, że cała załoga pracowała „na wysokich obrotach”. To znowu dzięki systemowi premii, opracowanym i wdrożonym przez ojca. Jego ideą było związanie pracowników z firmą godziwym wynagrodzeniem i udziałem w ponadnormatywnym zysku.
Popierał politykę socjalną, niektórych włocławskich działaczy, do których należeli: prezydent miasta Witold Mystkowski, młody ksiądz Stefan Wyszyński i wielu przedsiębiorców. Organizacja Chrześcijańskich Związków Zawodowych, miała się przeciwstawiać propagandzie komunistycznej. 
Partycypacja załogi w ponadnormatywnym zysku firmy, na podstawie  wyników  księgowych i jawne wyliczenie premii, odpowiadało załodze.  Dzięki temu systemowi, ojciec zatrudniał samych „przodowników pracy”.

        W roku 1948 pracowałem w nadzorze budowy lotnisk cywilnych. Udało mi się wykryć malwersacje wicedyrektora i kadrowe, oraz kilka niedoróbek budowlanych. Udało mi się uratować Skarb Państwa, przed stratą kilkudziesięciu tysięcy złotych. Naraziłem się wielu „działaczom”. Przejąłem się, wpajaną nam na uczelni, rolą inspektora nadzoru społecznego i państwowego, którego minister a nawet premier, nie może zmusić do przyjęcia  „fuchy” na budowie.
Ocenili! Ogłosili mnie „przodownikiem pracy” Dostałem odpowiedni dyplom i  premię: Książeczkę oszczędnościową z pierwsza wpłatą 50 zł, upoważniająca, po uzupełnieniu wkładu do kosztu roweru, do jego zakupu, „tylko dla przodowników”. Oszczędności, do wymaganej kwoty,  nie udało mi się uzupełnić. Jedna miesięczna pensja, nie wystarczała na taki luksus.

        W systemie przodującego socjalizmu, na czele klasy robotniczej stoją „przodownicy”. Stachanow w Związku Radziecki,  Pstrowski i inni „bohaterowie pracy” w Polsce i pozostałych „demoludach”. To są wzory do naśladowania.
Cywilnymi pracownikami technicznymi Dowództwa Wojsk Lotniczych mogą być wyłącznie przodownicy. W biurze projektów, pracujemy na najwyższych obrotach. Wojsko Sojuszu pilnie potrzebuje lotnisk. Można zapomnieć o ośmiogodzinnym dniu pracy. Do domu wraca się prawie codziennie późnym wieczorem, albo zamiast do domu jedzie się na budowę.
Powariowali! – Podsumowujemy wiadomość, przyniesioną przez zmartwionego szefa pracowni, kapitana – kolegę. Jak można ustalić, kto tu jest przodownikiem?
Sprawę  bierze w swe ręce szef Wydziału Polityczno – Wychowawczego major Żygadło, zwany przez nas „Cytata”. Słabszych trzeba wymienić! Broni nas szef wydziału, Rosjanin, major inżynier Gruzdiew:
- „ Piszy wsiem „stachanowiec” i wsio!”
Cytata się nie zgadza. Musi być wyliczenie, dokument. On sam ustali program i sposób oceny.
Angażuje zaufanego towarzysza partyjnego, technika. Będzie ustalał normatywny czas pracy na każde opracowanie i nadzorował wykonanie.  Normy ustalają komisyjnie na podstawie pracochłonności dotychczasowych projektów, którą przyjmują za „100”. Dostaje pierwszą pracę. „Normowszczyk” szuka w protokołach. Jest podobna. Zajęła 240 godzin pracy. Proponuje mi taką samą normę. – Zgadzacie się towarzyszu? – Skąd! Nie widzicie? Inny rodzaj gruntu, inny poziom wód gruntowych, wymiary budowli też większe. – Sprzeciwiam się, kalkuluje -  żądam 320 godzin. –Widzę, że nie ma pojęcia. Chwilę dyskutujemy. Podjął decyzję. – Dam wam „krakowskim targiem” 280.  Wypisuje protokół. Wstawia moje 320, skreśla i  na czerwono pisze: sprawdzono i poprawiono na 280 godzin. Podpisuję z zastrzeżeniem.
Przekazuje przebieg dyskusji kolegom. Wybuchają śmiechem. Prawie większość to projekty typowe. Każdy przechowuje „przodki obliczeń” z pierwszego opracowania.
Naradzamy się ile procent normy wykonamy.  Ustalamy, że nie można przesadzać. Będziemy wykonywać 160 - 210%.  Co zrobić z wolnym czasem? Zakładamy szufladowy, klub szachowy. Całymi dniami trwają rozgrywki i mecze. „Normowszcyk” czasem zagląda chciałby się zaprzyjaźnić. Nie mamy czasu na rozmowy. Dyskutujemy właśnie, jak przyśpieszyć. Wymieniamy doświadczenia.
Na 1-go Maja zostaliśmy udekorowani odznakami „Przodownik Pracy Socjalistycznej”. Dostałem srebrną za udokumentowane 180 % normy. Powiększamy pracownię o kilka osób, bo większej wydajności nie da się wyciągnąć.

        Zbliżały się wakacje, nie mogłem liczyć na dobre stopnie. Z niepokojem oczekuję wyroku/: Zdał -  nie zdał! Obiecuje sobie, że jeśli zdam, to wezmę się za naukę, bo po co szarpać sobie nerwy na koniec roku. A jeśli nie zdam, to trudno, znudziło mi się być najmłodszym w klasie i czekać na komisje, która sprawdzi czy, jak naśmiewają się koledzy, nauka na mózg mi się nie rzuciła.
Przed wakacjami urządzano, zgodnie ze zwyczajem szkoły, dla szkoły podstawowej, wycieczkę całodniową, statkiem do lasu pod Otłoczynem. Do dziś pamiętam smak rosołu z kury, z domowym makaronem i pieczonego kurczaka z nadzieniem, mizerią i młodymi ziemniakami. Jedliśmy z apetytem, przy długich prowizorycznych stołach z nieheblowanych desek.

Koniec roku szkolnego. Odetchnąłem, myślałem, że będzie gorzej. Świadectwem nie mogłem się chwalić. Najważniejsze – jestem w V klasie.  Mam, nad szerszą srebrną naszywką na rękawach, drugą wąską.
- Musi go pani przypilnować w przyszłym roku. Liczyłam na lepsze stopnie. Uzyskał, dokładnie, średnią klasową. Nie przykłada się zbytnio do nauki – Tłomaczyła  mamie pani wychowawczyni.
W domu, moje świadectwo przechodzi z rąk do rąk. Mama powtarza słowa nauczycieli: -  Średniak. Nie przykłada się zbytnio do nauki!
– I dobrze – bierze mnie w obronę wujek Antek. – „Do przodu się nie wyrywaj, z tyłu nie zostawaj”, uczył ojciec syna, powołanego do wojska. Daleko chłopak zajdzie.
 - Tata się zdenerwował: - Tyle kosztuje ta twoja szkoła, że mógłbym za te pieniądze zaangażować kancelistę do pomocy. Ja sobie żyły wypruwam, żeby zarobić a on sobie bimba , nie raczy się przykładać do nauki.
- Dziadek Wojciech bierze mnie w obronę:  „Zapomniał wół,  jak cielęciem buł” Posłałeś go do szkoły paniczyków, nie może się wyróżniać lepszymi stopniami. Dobrze radzi pan Antoni. Daj mu odpocząć przez wakacje. 
- Tatusiu, niech się tatuś nie martwi, w przyszłym roku będę miał lepsze stopnie, ale nie chcę żeby  mnie nazywali „kujonem”. – Wraz z dziadkiem trafiliśmy ojca w jego czułe miejsce. On też nie był „kujonem”. Słyszałem nieraz od cioci Władzi. Wcale nie rwał się do nauki. Ojciec złagodniał, ale jeszcze nie daje a wygraną.
- Zobaczymy średniaku w przyszłym roku, może wrócisz do ”Dwojki” i podejmiesz naukę w piekarni. -  Zamknął dyskusje na mój temat.

- Wakacje! Mundurki szkolne idą do czyszczenia i odświeżania. Będą czekać na rozpoczęcie nowego roku szkolnego. Jestem znowu, nie wyróżniającym się chłopakiem z Kokoszki.
Marian  przyjechał z Poznania. Podobnie jak ja, ma kłopoty z prezentacją swojego świadectwa. Wujek Antek, jego opiekun, pociesza go: 
- Nie martw się, u mnie masz zawsze stanowisko kelnera. Oczywiście jeśli się sprawdzisz. Możesz już zaczynać Za biały kitel potrącimy z pierwszej wypłaty.
Na razie rozpakowywaliśmy nowy nabytek wujka: stół bilardowy. Był to nieco mniejszy od typowego, automat, zwany „grzybek”, bo na środku zielonego pola ustawiano drewniany, chybotliwy grzybek z cienką nóżką. Gracz, który go przewrócił, swoją bilą, tracił wszystkie punkty. Otwory na bille posiadały różną wartość. Trzeba było wrzucić 50–cio groszówkę, włączał się zegar, bile wylatywały do korytka na dole stołu i można było grać przez pół godziny. Zdobyte punkty zapisywało się na tablicy, którą powiesiliśmy na ścianie obok stołu i w trójkę rozpoczęliśmy pierwszą rozgrywkę. Marian pobił nas na głowę. Trafiał w czerwoną kulę po dwóch odbiciach białej od bandy i  jeszcze wpadała do wyżej notowanego otworu. Wujek został daleko w tyle, mnie udało się trafić w grzybek i straciłem mozolnie uzbieranych, parędziesiąt punktów.
  Skąd ty się tak nauczyłeś grać?  – Pytał wujek. – Ach, grałem ze dwa razy w Poznaniu  – przyznał skromnie nasz mistrz. – No, teraz rozumiem, skąd te słabe stopnie i widzę czego się uczyłeś. 

Bilard został niedużą atrakcją w restauracji. Graczy przybywało a mistrza Mariana nikt nie mógł pokonać. Niby gra była czysto sportowa, najsłabszy zwracał 50 groszy, wrzucone do automatu. Wygrane i przegrane były  wyższe. Wujek bał się, że zamkną mu lokal za hazard. Zabronił grać Marianowi.
Ucieszyłem się z tego zakazu. Teraz mogłem mu towarzyszyć, jak dawniej. Na Miłej miał kolegów, rówieśników, naszych sąsiadów: Leszka i o dwa lata starszego Tadeusza Cieślakiewiczów, Tadzia Gromczewskiego, czy nieco młodszego Henia Bahra. W ogrodzie Cieślakiewiczów założyli siłownię i skocznię. Ćwiczyli podnoszenie ciężarów, rzuty kulą podciąganie się na rękach. Próbowałem wszystkiego. Chodziłem z nimi nad jezioro „Czarne”, gdzie popisywali się skokami do wody z wieży.

        Czasami towarzyszyłem panu Krzemińskiemu przy rozwożeniu pieczywa a obowiązkowo, w wyprawach po drewno. Mogliśmy wyruszyć dopiero po południu, po uporaniu się z rozwożeniem pieczywa. Droga była daleka, nieraz do lasów odległych kilkanaście kilometrów i wracaliśmy nocą.
Nasz kasztan był wyjątkowo inteligentnym koniem. Zawsze zapamiętał drogę. Wiedział jak wrócić. Wystarczyło:  – No kasztanek, do domu! Wioo! – Zatrzymywał się i stawał, gdy nie był pewien, czy nie zawadzi ładunkiem w trudnym miejscu.
Przy rozwożeniu pieczywa, kasztan tak dobrze znał klientów i trasę, że śmiało można by mu powierzyć samoobsługową dostawę. Krzemiński, na krótszych odcinkach, szedł sobie chodnikiem, czasem zatrzymywał się . Furgon czekał na niego, przy kolejnym odbiorcy.
        Przypomniał mi się nasz kasztan, gdy w Damaszku obserwowałem osiołka, samodzielnie dostarczającego do sklepików i kafejek wiązki mięty. Gdy ruszał, jak tylko słońce zapaliło się nad miastem, wyglądał jak zielona „kopa”, pod którą poruszały się drobne nóżki. Zatrzymywał się, odbiorca zdejmował potrzebną ilość wiązek, wołał: – „Jala!” i ruchomy stragan ruszał do następnego. Dopiero później, zjawiał się dostawca innych warzyw, pchał wyładowany nimi dwukołowy wózek. W czasie „siesty” Można było zobaczyć ogrodnika, drzemiącego w cieniu na pustym  wózku a obok, oswobodzonego od ładunku, zamyślonego filozoficznie, osiołka. Czekała ich jeszcze daleka droga do domu.

        Wakacje i po wakacjach. Co zdarzyło się ciekawego w naszym mikro świecie? Na Kokoszce, były to ludzkie tragedie: W gliniance,  na Słodowie, utopił się młody chłopak z ulicy Długiej. Przyglądałem się wraz z innymi, akcji poszukiwania i wydobycia topielca. Trudno zapomnieć. Znałem tego wesołego chłopaka. Kąpiel w „gliniankach” była  niebezpieczną. Kilkanaście metrów głębokości i bardzo zimna woda pod górną  warstwą cieplej, nagrzanej, to pułapka termiczna. Musiałem spróbować tej kąpieli. Zwykle jednak chodziliśmy w górę Zgłowiączki. Mijaliśmy jeszcze dwie glinianki na Lisku i znajdowaliśmy głębokie odcinki rzeki, gdzie można było pływać do woli.. Woda była kryształowo czysta, mimo, ,że płynęła gdzieś aż od Gopła, wśród pól i łąk zielonych.
Komu to przeszkadzało? 
 
        Były niebezpieczniejsze wyprawy moich koleżków. Paczka chłopaków z Kokoszki chodziła „na węgiel”. W lesie przed cmentarzem, czatowali w nocy, na pociągi z transportem węgla. Starsi i silniejsi wskakiwali na wagony i leżąc przy burcie, zrzucali bryły węgla.  Młodsi rozstawiali się wzdłuż trasy, zbierali  je do worków i uciekali w różne strony.  W każdym pociągu było , co najmniej, dwóch uzbrojonych strażników w budkach strażniczych, przy niektórych wagonach.
Niebezpieczne było wskakiwanie i zeskakiwanie z wagonów, wprawdzie zwalniającego przed stacja, pociągu. Policja urządzała czasem obławy. Górna warstwa węgla była obficie zlana białym roztworem wapiennym. „Skoczkowie” Wyglądali jak młynarze. Pochodzenie węgla w workach „zbieraczy”, łatwo było ustalić. Kary były niewielkie i proceder trwał dalej.
Stało się nieszczęście. Jeden z najsprawniejszych chłopaków, nasz sąsiad z Miłej, wpadł pod koła wagonu i stracił obie nogi. Jeździł, po wyjściu ze szpitala, w korytku, na czterech kółkach od dziecinnego wózka. Odpychał się o ziemię rękoma, przy pomocy drewnianych uchwytów. Sam to skonstruował. Ręce mi się „omskły” – tłomaczył mi.

 Opał na zimę, to duży wydatek. Wieczorami, z okolicznych lasów wracały sznury, starszych ludzi z pokaźnymi wiązkami chrustu na plecach. Chrust był za darmo. Na podwórkach jesienią słychać było stukot siekierek. Gałązki trzeba było porąbać na krótkie odcinki, pasujące do żelaznego piecyka, popularnej „kozy”

         Tak jak obiecałem, przykładałem się nieco bardziej do nauki, tym bardziej, że na jej efekty oczekiwała nie tylko rodzina. Ciekawi byli  i sąsiedzi. Na obszernym  balkonie nad bramą, od strony podwórza, zbierali się wieczorami lokatorzy. Toczyły się dyskusje na aktualne tematy. Gdy zjawiłem się i przysiadłem na schodach obok Władka Lewandowskiego, żeby się umówić na ryby, lub grzyby. Zawsze padało pytanie: – No co tam nowego cię nauczyli?
Dawali mi spokój, gdy mówiłem o programie piątej klasy.
Przysłuchiwałem się któregoś razu, takiej dyskusji, ze zwolennikiem teorii spiskowej w nauce, oponentem wszelkich znanych jej osiągnięć, ateistą, kamieniarzem Fetera:
– Wszystko to oszukaństwo. Zmierzyli jak daleko do Księżyca? Albo zważyli Ziemię? Zebrało się kilku ważnych profesorów, kombinowali, liczyli i strzelili. Kto nie wierzy, niech sam zmierzy albo zważy. Muszą się wykazać,  że nie za darmo biorą forsę i to niemałą. Podobnie wymyślili Boga i podsuwają tacki.
- Boga zostaw, ty niedowiarku, że ty od małpy pochodzisz to bym uwierzyła. – Oburzyła się pani Lewandowska, walcząc z bezbożnikiem jego bronią.
Oczekiwali, że będę im wyjaśniać podobne problemy. Jeszcze tego w szkole nie mieliśmy. Tłumaczyłem się jak mogłem.

        Wybraliśmy się, całą rodziną, z wizyta do młodego małżeństwa, państwa Postolskich. Założyli sklep kolonialno – spożywczy na ulicy Stodólnej. Ulokowali tu cały posag Ireny. Rodzice byli na uroczystym poświęceniu lokalu. Było uroczyście i wesoło. Śpiewał chór „Lutnia”.
Tata krytykował: -Trochę zbyt duża uroczystość, w stosunku do wielkości przedsięwzięcia. Jak można ładować cały kapitał w niesprawdzony interes. Czy to jest dobry punkt? Czy przeprowadzili jakieś rozpoznanie? Czym są zainteresowani okoliczni mieszkańcy? Ja to widzę czarno. Dałem im w komis trochę ciastek i prawie wszystkie wróciły. Więcej na to mnie nie stać. – Jestem  bardzo ciekaw zobaczyć ten sklep, który ma im zapewnić dostatnie życie. – Nie mów im tego, nie zniechęcaj. Są  młodzi, dadzą radę. Najważniejsze, żeby się nie załamali.  – Prosiła mama.
Załadowaliśmy się do dorożki. Miruś na Kolnach mamy. Bożenka wciśnięta między rodzicami , Alinka , Dziunia i ja, na  dodatkowej ławeczce.
 Zajechaliśmy krótko przed zamknięciem sklepu. Było to mieszkanie, na wysokim parterze, którego dwa pokoje od strony ulicy przerobiono na sklep. Chodziło się po kilku schodkach. Okna przerobiono na witryny sklepowe, bez powiększania. Nad nimi widniał szyld:
ARTYKUŁY KOLONIALKNE
Właściciele: Irena i Stefan Postolscy
Weszliśmy do środka. Sklep urządzony gustownie. Lśniące nową farba regały  zapełnione typowymi towarami kolonialnymi. Pełno reklam znanych firm.  Na wprost wejścia za długim kontuarem z oszklonymi gablotami wesoło uśmiechnięty właściciel, przy krótszym, przy srebrzystej nowiutkiej kasie, sympatyczna właścicielka.
- Witamy szanownych  państwa. Dla pierwszych klientów oferujemy ceny promocyjne, Dzieci dostają wybranego cukierka. Jesteśmy do usług  – Prezentują wesoło swoje towary.  – Na rodzinie dużo nie zarobicie. Śmieje się ojciec i wybiera puszkę sardynek, mama dokłada zestaw przypraw. Rodzice nie zgadzają się na ceny promocyjne, żeby nie zapeszyć.
Zbliżała się pora zamknięcia sklepu. Zjawiła się klientka, mała dziewczynka. Prosiła paczkę kawy zbożowej Bohma. Została równie uprzejmie obsłużona. Zapłaciła 30 groszy, wybrała cukierka czekoladowego za 5 i poszła zadowolona. 
Wybiła siódma. Stefan spuścił żaluzje okien i drzwi i przeszliśmy na zaplecze do mieszkania. Nowe mebelki, widać wszędzie dobry gust Ireny.
Dziewczynki zaglądają w każdy kąt. Bardzo im się podoba gospodarstwo starszej siostry. Mama i dziewczynki pomagają przygotować kolację. Stefan otwiera butelkę wina.
Obroty, jak mówi, nie są zadawalające. To początek. Twierdzi, że punkt jest dobry. Obok koszary 4 pułku piechoty. Liczy na kadrę oficerska i podoficerska. Mieszkają tu z rodzinami. Na przysięgę i uroczystości pułkowe przyjeżdżają rodziny i goście. Interes się rozkręci.  -  Daj wam Boże! – mówi tata.
Kolacja wyśmienita, przeciąga się do późna. Starsi rozśpiewali się. Stefan śpiewał, swoim sympatycznym basem moją ulubioną pieśń „Sztandary polskie na Kremlu”. Mama przypominała Irenie dumki ukraińskie, które jej śpiewała na Ukrainie.
Nic dziwnego, że usnął Miruś, trzymany na kolanach i  przytulona do niej
 Bożenka. Żegnaliśmy miłych gospodarzy. Zdecydowano, żeby Bożenkę zostawić. To była ulubienica Ireny, lubiła bawić się z nią i przebierać w różne stroje. Jutro jest niedziela, mama ich  zaprosiła na obiad, to żaden kłopot.
Wracaliśmy czekającą na nas dorożką. Około drugiej w nocy budzi mnie stukanie do okna saloniku, w którym spałem. To Stefan, trzyma coś sporego, zawiniętego w kocyk. Już obudzili się rodzice. Otwieramy.
- Macie waszą córkę. Obudziła się, wrzask: ja chcę do mojego domu. Nic nie pomagało. Musiałem szukać dorożki i macie tu swój wrzeszczący skarb. – Relacjonował Stefan. A nasza bohaterka? Rozejrzała się dookoła, uśmiechnęła się słodko i  oświadczyła; - Chce mi się siusiu i spać!

                Dlaczego raz wydaje się, że czas płynie zbyt wolno a innym razem znowu pędzi ? Jak to się dzieje, że  nasze zmysły rejestrują go w różny sposób ?  Zdarzało mi  się, w sytuacjach ekstremalnych,  gdy działać musiałem natychmiast, błyskawicznie, to jak gdyby zwalniał, jak gdyby chciał dać mi możliwość lepszej oceny sytuacji.  Powodem ma być raptowny dopływ adrenaliny do mózgu. Tu rejestrację  szybkości  upływu  czasu  regulował  organizm, włączający mechanizmy obronne.
Podobnie jak  automatyczne opadanie  powieki  w ułamku sekundy przed  zagrożeniem dla  oka.
Dobrze byłoby regulować dowolnie, samemu, przepływu czasu.
Na starość czas płynie coraz szybciej.  Jakby ktoś,  „tam na  górze” był niezadowolony  „Już  żyjesz  dość długo, już  niedaleko do końca drogi, i tak nic nie zwojujesz więcej, przyśpieszę  Ci  ten ostatni odcinek”.
 
Podobnie, różnie ocenia się czas miniony. Rok  w życiu dziecka wydaje się wiekiem. Mój stuletni znajomy zwierzał mi się: – Ten cały okres mojego życia, to wydaje się taki krótki, jak gdybym przez rów przeskoczył!
Rozumiem go. Czuję tak samo. Tylko przeglądając „w skali mikro” ten skomprymowany do krótkiego odcinka „mój film życia”, widzę, że szczegóły przeżywanych wydarzeń są rejestrowane, ale szczegóły, utrwalane, wraz z wiekiem, coraz bardziej wybiórczo. Dostęp do jednych dawnych jest łatwy a inne, trzeba długo odgrzebywać.

                 Zostawmy filozofię organizacji ludzkiej pamięci. Są wspomnienia wyraźne do dziś, lecz zbyt ciężko do nich wracać.
Ten rozdział wspomnień nazwałem  „Radości i smutki”.
 W roku 1935 miały miejsce takie właśnie: -  Zdawałoby się radosne narodziny drugiego braciszka Jureczka, gdyby nie fakt, że, jak się okazało, stał przy nim Anioł Śmierci. Smutne: – Śmierć dziadka Jana i niedługo po tym, mojej kochanej babci Franciszki. Starość nie radość. Wybaczcie, że nie będę tych wspomnień odgrzebywał.
Wieczny odpoczynek racz im dać Panie !

Rozdział XII. OSTATNIE PIĘĆ LAT

 Starożytni Grecy wierzyli, że zmarli przechodzą do krainy cieni, z której nie ma powrotu. Nasza Wiara daje nam pewność, że życie doczesne, to tylko krótki okres przejściowy, „droga”, którą trzeba przejść do życia wiecznego. Kościół Katolicki uczy jak przejść tą drogę bezpiecznie. Wspomnienia rodzinne nazwałem „Cienie trzech pokoleń”. Szczególnie w ciężkich chwilach życia, czułem przy sobie wspierający „cień” kochanej osoby.
Opatrzność pozwoliła mi patrzyć na tamte lata wolności, wywalczonej po 123 latach niewoli, z perspektywy ponad siedmiu dziesięcioleci. Mogę je porównywać z obecnymi czasami. Mój ówczesny horyzont obserwacji był ograniczony do niewielkiego miasta polskiego i możliwości dziecka średnio zamożnej rodziny „na dorobku”, czyli żyjącej bardzo oszczędnie. Moja ocena tamtych czasów, może być zbyt subiektywną. Przydałby się taki bezstronny „audyt” II i III RP. Ustalenie pozycji Polski, wśród krajów Świata wtedy, przed II wojną światową i obecnie. Analiza porównawcza państwa i narodu z sytuacją w innych krajach europejskich.

Dojrzewać przyszło mi w czasie okupacji niemieckiej. Z przedwojennej szkoły wyniosłem przekonanie, że należę do zjednoczonego, solidarnego i bohaterskiego narodu. Niestety z biegiem lat, muszę je korygować. Widzę tylko pewne promyki nadziei. Nie wszystko co zdrowe zginęło. Nie wszystko jeszcze stracone. Na razie, jeszcze wierze w siłę naszego Narodu i opiekę Opatrzności.
Dorobek okresu międzywojennego trzeba odbudować. Byliśmy w czołówce krajów europejskich, a teraz w ogonie rozwoju nauki i techniki. Złoty był twardą walutą, jak obecnie frank szwajcarski. Budowaliśmy, większość za swoje a teraz na kredyt. Następne pokolenia zapłacą. Najsmutniejszym, dla mnie, jest to, że nie jesteśmy zjednoczonym, dumnym narodem, dla którego HONOR JEST RZECZĄ BBEZCENNĄ, mówił, w Sejmie II Rzeczpospolitej, jej ostatni minister spraw zagranicznych. Pod tym hasłem, stanął Naród do nierównej walki, bo z honorem, nierozłączne jest MĘSTWO. To niezrozumiałe, obecnie dla wielu, zacofanie. Można na nim tylko stracić. Co innego FAŁSZ, KLAMSTWO, OBŁUDA, to się przeważnie opłaca! – Chociażby na krótko: „Póki my żyjemy!”.
            Zanim opiszę wydarzenia lat 1935- 39, ostatnie brzemienne w nieodwracalne skutki lata  II RP, Musze przypomnieć w co wyposażyli następne pokolenia, przodkowie. „ … o ojców grób, bagnetów poostrz stal!” – Śpiewali Żołnierze, powtarzając pieśń powstańców 1863 roku. To, z czym szli do boju w roku 1939, co  przekazują nam, dalszym pokoleniom potomków, w jakiejś cząstce  genów, nie jest żadnym dobrem materialnym, nie da się tego zgubić ani wyrzucić. Nawet przysypane stertą nowych, jak się wydawało, korzystniejszych „wartości”, odzywa się z głębokiego zakamarka sumienia. Na pewno chcieli przekazać to co dla nich było najważniejszym:
- Wiarę w Boga, patriotyzm i taką cnotę staroświecką, nazywaną honorem, czyli poczuciem godności osobistej i obowiązkiem dotrzymywania danego słowa. Inny nakazy, to:
- Obowiązek rozwijania cnót, zwanych w katechizmie katolickim, „kardynalnymi”: * ROZTROPNOŚĆ * MĘSTWO * UCZCIWOŚĆ * i przekazywania ich następnym pokoleniom.
 - Świadomość, że małżeństwo jest spełnieniem prawdziwej MIŁOŚCI dwojga ludzi, dotrzymywaniem przyrzeczenia złożonego przed ołtarzem a celem tego związku, kobiety i mężczyzny, jest założenie zdrowej moralnie, fizycznie i zabezpieczonej materialnie rodziny (o ile to możliwe, wielodzietnej i wielopokoleniowej).

- Świadomość, że rodzina jest najmniejszą komórką narodu i od jej kondycji zależy jego siła.

   
Powiecie:, Jakie to zacofane, nieżyciowe! Poczekajcie kilkaset, może już tylko kilkadziesiąt lat, okaże się, jakie społeczeństwo wychowacie, jeśli każdy świadomy obywatel, któremu los kraju i Narodu leży na sercu, nie będzie kontrolować, zadawać sobie i obecnym kandydatom do tytułu „męża stanu”, oraz tak pewnym swej wiedzy, komentatorom „przytakiwaczom”, pytanie, co zrobiono i co zamierza się zrobić, aby pomóc już poszkodowanym, dotkniętym i przygotować kraj do odparcia, Żądajcie konkretów. Świetnych, państwowotwórczych przemówień bez pokrycia, słuchamy kilkadziesiąt lat. Inni nas wyprzedzili. CZAS NAGLI! Te zagrożenia nazwałbym zewnętrznymi, widocznymi przecież, gołym okiem. Są to:
- Wielkie, światowe kryzysy finansowe;
- Nieuniknione katastrofy powodowane zmianami klimatu i anomaliami geofizycznymi i kosmicznymi;

- Spodziewany napływ imigrantów, uchodźców ze stref zagrożenia:
- Terroryzm i groźba agresji ze strony państw i ideologii, uznanych za niebezpieczne. 
Jak umożliwiamy rozwój, rodzimym kadrom naukowców i jakie stwarzamy im warunki dla wykorzystaniu talentów w kraju i dla kraju?
        Niemniej groźnym jest, spustoszenie i straty w „wojnie” wewnętrznej. Powiecie: Odbiło staremu! Jaka wojna? Co nam grozi? Może „wojna polsko – polska”? Nie o tej wojnie myślę. Ogłosił ją jeden dureń a inni podchwycili. Nie pojmowali, że królewskim pochówkiem pary prezydenckiej ratujemy po tym, co się stało, „twarz Narodu”, wobec Świata i potomnych.
        Grozi nam to, że coraz niższą jest moralność i powszechna kultura społeczeństwa, że upada duch dumnego niegdyś narodu. Władza ludowa usiłowała zdobyć umysły dla obcych mu idei. Nie udało się, bo każdy widział „wzór”, do którego prowadzą. Obecnie kontynuują to, inne nowoczesne ośrodki. Zmieniono hasła: „Walczymy o NOWĄ KULTURĘ, o nowoczesną, tolerancyjną europejską Polskę.” - Fałsz i obłuda w każdym słowie. Brak tolerancji, dla przeciwników, ośmieszanie, przeinaczanie każdej wypowiedzi i faktów, czy brutalne,
ordynarne obrażanie. 

Ponad-państwowe potęgi, które niszczą, albo uzależniają krajowe przemysły, nazywa się „Grupami interesów”, GLOBALIZACJĄ a ukryte, ściśle tajne, to sieć mafijnych powiązań. Działają w cieniu lub pełnej ciemności. Miliardy idą na promocje krajowych wasali. Kupują talenty, płacą po królewsku. Dla zdrajców i wrogów nie ma litości.
Dziwnie, że „po drodze” z nimi, jest każdej, słabej władzy państwowej. Liczy na poparcie, czy toczy ją gangrena skorumpowanych urzędników.

        Inwazja nowej KULTURY PIENIĄDZA i SEKSU, może odwrotna kolejność przyswajania, atakuje wszystkie kraje i narody. Powstają społeczeństwa ze złamanym kręgosłupem moralnym. Skutki: Wzrost uzależnień, w tym wśród dzieci i młodzieży prowadzący do samobójstw i rosnącej przestępczości; Współżycie seksualne dzieci; Niże demograficzne, rosnąca ilość ludzi „wykluczonych” i marginesu społecznego.

        Gdzie trafiają „łupy”, widać po pałacach multimiliarderów. Jak zorganizowany jest ich podział, jakie są kanały przepływu. To skrywana i chroniona tajemnica. Zbyt dociekliwych, podobnie jak stających na drodze, brutalnie się likwiduje. Jak się bronimy? Jak chronimy i wychowujemy następne pokolenia? Czy poddamy się, pozwolimy, aby one poddały się bez walki, bo na obronę będzie już za późno?

        Pozwólcie jeszcze, na pewne reminiscencje, w nawiązaniu do aktualnych wydarzeń.
10 kwietnia 2010 roku, wydarzyła się katastrofa polskiego samolotu TU 154 M 01, przeznaczonego do wyłącznej dyspozycji głowy państwa i najwyższych dostojników. Tragedia nie ma równej w dziejach cywilizowanego świata. Zginęło 96 osób, delegacja oficjalna, udająca się na miejsce ludobójstwa dokonanego na Narodzie Polskim, aby w jego rocznicę, uczcić pamięć pomordowanych. Do tamtej okrutnej śmierci, jakieś „fatum”, dodało następne: urzędującego prezydenta RP wraz z małżonką, szefa sztabu, oraz dowódców poszczególnych rodzajów broni Wojska Polskiego, ostatniego prezydenta RP na uchodźstwie, prezesa Banku Polskiego, prezesa Instytutu Pamięci Narodowej, przedstawicieli kościołów i rodzin pomordowanych, posłów, senatorów i innych członków delegacji Narodu. Nie pomogło, że Prezydent RP członkowie delegacji posiadali przywilej i ustawowy obowiązek Państwa, zapewnienia ochrony osobistej i bezpieczeństwa w czasie zagranicznej oficjalnej wizyty. Władze, na czele z parlamentem i rządem potraktowały ją, jak turystyczna wycieczkę grupy obywateli. Nie zawiadamiając o tym prezydenta ani pasażerów tragicznego rejsu.

        Co wiemy o badaniu przyczyn, po piętnastu miesiącach? Znamy wraz z całym Światem raport komisji rosyjskiej. Rzekomo jedynej uprawnionej do dochodzenia. Są uzasadnione wątpliwości. Rząd polski, w osobie premiera zgodził się. Sejm Polski, głosami rządzącej koalicji i SLD, zaakceptował decyzję. Odrzucił żądanie posłów opozycji, włączenia do badań, ekspertów zagranicznych. Czy to godne suwerennego państwa, zgodne z przysięgą poselską? 
Komisja rosyjska MAK, przystąpiła do badań. Działa szybko. Badanie szczątków samolotu, polegało na rozwalaniu ich młotami. Zatrzymano „czarne skrzynki do zakończenia spraw sądowych, czyli na zawsze. Szczątki samolotu niszczeją niezabezpieczone, przez wiele miesięcy. Zmienia się zeznania świadków. Nie zwraca się „czarnych skrzynek” i telefonu satelitarnego ś.p. prezydenta.
Raport Komisji, tłumaczony na podstawowe języki europejskie i przekazany głównym ośrodkom informacyjnym, stwierdza:

KATASTROFĘ SPOWODOWALI NIEWYSZKOLENI POLSCY PILOCI, ZMUSZENI DO LĄDOWANIA, W  NIESPRZYJAJĄCYCH WARUNKACH, PRZEZ PIJANEGO GENERAŁA I W OBAWIE PRZED GNIEWEM PREZYDENTA.

Podstawowy dowód: Obecność generała w kabinie pilotów, w czasie zamierzonego lądownia. Tą hipotezę przyjmuje się za udowodnioną, po konsultacji z największymi autorytetami psychiatrii i psychologii rosyjskiej. Generał stal za fotelem pilota, dowódcy samolotu i śledził procedury lądowania.
Nikt z przedstawicieli polskiej Komisji, której ustalenia, według Rosjan i tak nie mają prawnego ani formalnego znaczenia – nie kwestionuje natychmiast, tej ewidentnej, ośmieszającej MAK, bzdury. Twierdzenia, że generał, zawodowy pilot, stał w kabinie, podczas trudnego lądowania na byle, jakim lotnisku! Przecież to kardynalny dowód, że pilot nie miał zamiaru lądowania a tylko przelot na dozwolonej wysokości. Co było rzeczywistą przyczyną katastrofy? W polskim raporcie brak dowodów, uzasadniających wykluczenie wielu hipotez.

        Efektem piętnastomiesięcznych badań polskiej Komisji, która podstawowy dowód w sprawie, wrak samolotu, badała, aż przez DZIESIĘĆ DNI, było rozformowanie 36 specjalnego pułku lotniczego. Tu szukano winnych a pozostali? Rosyjski generał lotnictwa, w wywiadzie dla polskiej stacji radiowej, pouczył polskie władze jak się przygotowuje i zabezpiecza przelot głowy państwa. Wywiad został pominięty przez inne media. Winien jest niedoszkolony 36 pułk specjalny lotnictwa transportowego.
        Jak załamanym musiał być żołnierz rozformowanego pułku, który pytany przez reportera o „morale” – mówi: „Kop pan głęboko, może je pan pod ziemią znajdziesz!”
Czy jego słowa nie były proroctwem? To straszne „memento” dla całego Narodu.
Fakty to:
- Brak szacunku dla Głowy państwa, prezydenta wybranego w wolnych, demokratycznych wyborach. Chciejmy wierzyć, ze to tylko chamstwo i bałagan organizacyjny.
- Brak reakcji, takiej jak przystało ludziom honoru, przedstawicieli władzy, odpowiedzialnym bezpośrednio, lub pośrednio za błędy, zaniechania i dopuszczenie do tragicznego lotu.
- Polska, suwerenne Państwo, powierza dochodzenia przyczyn katastrofy, drugiemu, zainteresowanemu w oczyszczeniu swych funkcjonariuszy z podejrzeń i odpowiedzialności a polski parlament, większością głosów akceptuje tą decyzję.
- Bierność wielkiej części społeczeństwa. Odwlec, „sprawę”, opóźniać, zabawić, czym innym społeczeństwo, ośmieszać domagających się prawdy. Zapalczywi wymrą, inni zapomną a młodzi, zaśpiewają, jak po porażce na stadionie:
„NIC SIĘ NIE STAŁOO! – My żyjemy! Ktoś na nas pluje? – To tylko wiatr!
                                       ***
        Patriotyzmowi i kulturze, w której wyrastał przez wieki nasz Naród, zawdzięczamy naszą dzisiejszą wolność. Przede wszystkim, jesteśmy winni wdzięczność i pamięć tym, którzy w obronie tych wartości oddali życie. Nie dziwię się, że nie wszyscy, wychowani przez Polskę Ludową, to rozumieją. Dzisiaj można już, siedząc bezpiecznie, „filozofować”, co byłoby lepszym. Może należało ustąpić Hitlerowi, poddać się, jak Czesi, lub po krótkiej walce, jak to zrobili Francuzi. Może porozumiewać się ze Stalinem. Czy potrzebną była „katastrofa” Powstania Warszawskiego? – Bezczelność!
Przecież to, jak: co było korzystniejszym: „czerwona zaraza”, czy „brunatna śmierć”. Trzeba było żyć w tamtych czasach, żeby to zrozumieć? Widzieć zbrodniarzy – okupantów we własnym kraju. Widzieć mordowanych rodaków, czy współobywateli Żydów. Transporty wagonów dla bydła pełne zamarzniętych trupów wysiedlanych Polaków. Grzebać rozstrzeliwanych stu niewinnych ludzi, w ramach zbiorowej odpowiedzialności za pijanego bandytę w mundurze; mordowanych, strzałem w tył głowy, tysiące polskiej inteligencji. Gdy w mózgu młodego człowieka, rozwijała się ta jedna myśl, pielęgnowana, nieopuszczająca przez lata dorastania pod okupacją: „Zemścić się i po tym, choćby śmierć!” A dowódcy? Może mieli opuścić tą bohaterską młodzież?
        Stalin z Hitlerem zawiązali ostatni sojusz, bez oficjalnego podpisywania: „Zniszczyć to gniazdo zaciekłych wrogów”. Stalin zrezygnował przecież, dla tej zemsty, z dojścia może aż do Łaby. Tak pisze w swych wspomnieniach, generał Czujkow. Hitler miał od dawna opracowany projekt architektoniczny„pięknego, germańskiego, stutysięcznego miasta” zbudowanego niedrogo, z gruzów Warszawy. Trzeba było się układać, może przepraszać jedna i druga stronę? Tak może by postąpił dzisiejszy cywilny „strateg” udający męża stanu. Tacy wyrastali niestety w PRL.
CZY TAKI NARÓD BYŁBY GODNYM SZACUNKU?  
Wracam do wspomnień!

        Dziadkowie nie byli wyjątkiem! Taka była większość narodu polskiego, nawet tej licznej części, żyjącej w biedzie, lub na skraju ubóstwa, w tym, wielu „niepiśmiennych” (około 25%). Zawiedzeni agitatorzy, nazywali ich pogardliwie „ciemnym ludem”. Nie udawało się wykorzenić przywiązania do Kościoła, polegania na autorytecie księdza na ambonie, miejscowego dziedzica, lekarza, aptekarza, czy wójta. Dominowała w narodzie, pradawna kultura szlachecko – chłopska.
        W II RP, tak się szczęśliwie złożyło, że elita władzy, przeważająca część warstwy średniej, oraz najniżej sytuowanej, wywodziły się z tej samej dawnej kultury. Na nich liczył Marszałek Piłsudski. Usłyszał od ministra Eugeniusza Kwiatkowskiego, że większość posłów w Sejmie RP, to „politykierzy”, to drobni krętacze, myślący o „stołkach”, własnych interesach i korzystnych układach (Skąd my to znamy?). Minister nie widział szans wykonania, z takim parlamentem, powierzonych mu zadań a założony termin naglił. Marszałek postanowił wziąć pełną odpowiedzialność za dokonanie siłowego przewrotu. Nie widział innego wyjścia. Były ofiary. Tak zohydzany i fałszywie przedstawiany, przez dziesięciolecia powojenne, „Przewrót majowy” (14/1r5 V 1926 r.), odbywał się pod hasłem „Sanacji”, odnowy moralnej społeczeństwa, umożliwiającej budowę państwa, na miarę aktualnych potrzeb i zagrożeń. Rząd Kazimierza Barthla uzyskuje poparcie większości Sejmowej.
        Piłsudski nie chciał być dyktatorem, jak Stalin, Hitler czy Mussolini. Odmówił przyjęcia, oferowanego mu przez Sejm, stanowiska Prezydenta RP. Zaproponował kandydaturę, światowej sławy uczonego prof. Ignacego Mościckiego. Profesor już rozpoczął budowę nowoczesnego polskiego przemysłu chemicznego. Przyjął propozycje nie rezygnując z nadzoru nad realizacją swych projektów. Projekty ministra Kwiatkowskiego nie są zagrożone. Gorzej z realizacją przemyślane, optymalnej, w twej sytuacji, polityki wewnętrznej i zagranicznej. Polskie warcholstwo i niezbyt szczęśliwa polityka mocarstw europejskich, to przeszkody trudne do pokonania.
        Dopiero rozwijała się pierwsza, młoda demokracja polska. Fakt ten wykorzystywali różnej barwy stronnictwa, oraz mniejszości narodowe Niektóre wrogie państwu polskiemu. Ludność Polski to około: 70% Polaków, 10% Ukraińców, 9% Żydów, 3% Niemców i inni. Społeczeństwo nie dorosło jeszcze do pełnej demokracji. Skłócone partie i partyjki, od „lewicy” do skrajnej „prawicy”, nie rokują możliwości uchwalania niezbędnych ustaw. Powstaje nowa partia Bezpartyjny Blok Współpracy z Rządem (BBWR) W styczniu 1934 roku udaje jej się przeforsować w Sejmie, projekt zmian Konstytucji. Prezydent ma otrzymać prawo wydawania dekretów z mocą ustawy. Ciekawy epizod tamtych czasów: Młodzi zapaleńcy postanowili, że prawu trzeba znowu trochę pomagać. Miejsca dla publiczności w Sejmie, zajmuje kilkudziesięciu oficerów, z szablami przy boku. Miała to być tka milcząca demonstracja siły. Marszałek Sejmu, Rataj, natychmiast przerywa obrady. Wznawia dopiero, gdy oficerowie opuścili gmach Sejmu.
Marszałek Rataj. Świetlana postać naszej historii. Niemcy aresztują go w 1939.  Oferuj mu zwolnienie na wigilię Bożego Narodzenia do rodziny, na słowo honoru, że powróci. Skorzystał. Miał przygotowaną ucieczkę. Wiedział, że po powrocie czeka go obóz koncentracyjny, lub śmierć. Odmówił. - Nikt nie będzie mówił, że marszałek Polskiego Sejmu nie dotrzymuje słowa honoru! – Rozstrzelali go w Palmirach.
Dyskusja nad poprawkami Konstytucji, trwa do końca roku. Prezydent podpisuje zmiany, chyba dopiero na początku 1935 roku.
        Rok 1934, to, jak się wydawało, odsunięcie widma wojny z sąsiadami. W styczniu podpisano układ polsko niemiecki o niestosowaniu przemocy, w rozwiązywaniu spaw spornych. Przedłużono umowę polsko radziecką z 1932 roku o nieagresji. Mamy umowę sojuszniczą z Francja. Gorzej przestawia się sytuacja wewnętrzna. Jest to szczyt bałaganu politycznego. Lewica domaga się szybkiej poprawy sytuacji gospodarczej.
Ukraińcy domagają się autonomii. Powstaje bojowa organizacja ukraińska, na czele, której stoją ukraińscy studenci polskich uniwersytetów we Lwowie i Krakowie. Miedzy innymi działa Stefan Bandera, późniejszy morderca Polaków na Wołyniu.
Zamordowany zostaje polski wojewoda, czy starosta. Nowy minister Spraw Wewnętrznych, Bronisław Pieracki jest gotów do rozmów, mających łagodzić sytuację. Zostaje zamordowany na ulicy w Warszawie, przez ukraińską bojówkę. Poprzedniego dnia, minister przyjmował niemieckiego ministra propagandy, Gebelsa. Niemcy wydają natychmiast Ukraińca, kierującego przygotowaniem zamachu, który schronił się u nich przed polskim pościgiem. Były procesy, kilka wyrów śmierci, Żaden nie został wykonany, W więzieniu znalazł się i Bandera. Wszyscy doczekali Niemców i odpłacili Polakom, jak można się było po bandytach spodziewać. Ktoś mi opowiadał, że siedział razem z Ukraińcem ze Lwowa, w sowieckiej „tiurmie” i ten mu powtarzał: – „Żeby tamte czasy się wróciły, to ja bym waszego starostę, codziennie, w d. całował”. – Dopiero zrozumiał polską politykę. 

            Zaproponowano ojcu, kandydowanie do Senatu. Według nowej ordynacji wyborczej, do Sejmu są wybory pośrednie a do Senatu bezpośrednie. Kandydat na senatora musi mieć wyższe wykształcenie, lub naturę zawodową. Ojca matura gimnazjum handlowego, dawnego typu, wystarcza. Nie lubi polityków. Twierdzi, że tu wszystko darmozjady i lenie, utrzymywani za państwowe pieniądze.  Nie chciał się zgodzić. Nie czuje się kompetentnym. Przekonali umieścili na liście. Nie pamiętam jakiej partii. Wydaje się Chrześcijańskich Demokratów a może Partii Pracy, jeśli ona już wtedy istniała. Nie poszedł na zebranie przedwyborcze Przestawili go inni. Wybiorą to dobrze, nie wybiorą to jeszcze lepiej.

Wybory były we wrześniu. Przed lokalem wyborczym, każda partia miała swój stolik, na którym były kartki, w ustalonym dla niej kolorze z wydrukowanymi nazwiskami kandydatów. Ojciec przywitał się z siedzącymi tam działaczami. Pokazali nam, że jest na liście, trzeci. Ze zdziwieniem zobaczyłem, że po kartkę idzie do innego stolika. – Jak to? – Pytam. – Nie glosuje tatuś na swoja partię? – Na siebie nie wypada głosować!  W lokalu, komisja sprawdziła czy jest na liście wyborców. Nie pamiętam, czy Tu, czy wcześniej, dostał białą kopertę, który z kontrkandydatów dostał więcej głosów.

        Lata 1935 – 1939, były bardzo ważnym okresem mojego życia. Zaczynałem go, jako dziesięcioletnie dziecko. Jak cały kraj, musiałem się rozwijać w przyspieszonym tempie. We wrześniu 1939, czternastoletni chłopak, zostałem oficjalnie mianowany dorosłym, odpowiedzialnym nie tylko za siebie, ale i za innych.     Rok 1935 zaczął się w rodzinie Kazimierza i Róży radośnie. Gromadka dzieci powiększyła się o trzeciego syna Jureczka. Byłem u babci Franciszki na ulicy Łęgskiej, kiedy wujek Antek przyniósł tą wiadomość: – Jest chłopiec.  Zdrowy on i matka. Ciesz się, jest teraz was trzech, nie pozwolicie sobie w kaszę dmuchać! – Trzech braci to potęga! - Dodała babcia. Nie przeczuwałem, że po trzech latach będziemy przeżywali śmierć tego dziecka a rozpoczynający się rok zapisze się w mojej pamięci, pierwszymi świadomie i boleśnie przeżywanymi tragediami, odejściami na zawsze, dziadka Jana i babci Franciszki.
         Na Miłej, jak tylko puściły mrozy, ruszyły roboty zewnętrzne. Budowa wodociągu od ulicy Kapitulnej, do piekarni i naszego domu przy Zimnej, wszystko na koszt ojca. Utwardzanie nawierzchni podwórka. Mama zakończyła „formowanie” przydomowego ogródka. Piekarnia i sklep na 3-go Maja przynosiły zaplanowany dochód. Gdyby nie ta śmierć! Dziadek Jan, nie długo cieszył się pracującą na pełnych obrotach piekarnią. Zaplanowane zabezpieczenie gospodarcze rodziny, na wypadek wojny, zostało zakończone.
        Ojciec nie podziela ogólnej opinii, że w stosunkach międzynarodowych nastąpiło odprężenie i widmo wojny, odsunęło się na, wiele, co najmniej dziesięć lat. Powtarza: – ”Wiecznie tylko wojny się spodziewać i na nią czekać, to nic nie da! Trzeba się przygotować i więcej sobie głowy tym nie zawracać. Robić swoje!”
To przekonanie pojawiło się od czasu pewnej, niespodziewanej wizyty, o której zabronił mi rozpowiadać. Wróciłem ze szkoły i zastałem w saloniku, dyskutujących z ożywieniem, ojca, pana Fryca Schendla i nieznanego mi eleganckiego pana, jak się okazało, był to przybyły właśnie z Niemiec, ich kolega ze szkoły handlowej. Od tej rozmowy, ojciec przekonywał, że wojna z Niemcami może wybuchnąć nagle, niespodzianie – Mam pewne informacje, że Hitler przygotowuje potężną machinę wojenna a „korytarz” do Prus, będzie chciał przebić siłą. Usłyszałem stwierdzenie w jakiejś rozmowie.
        Tu, przewija się mój „film pamięci” wiele lat do przodu. Kiedy usłyszałem wyjaśnienie tej wizyty.
W roku 1960, rozpocząłem pracę w Polskiej Izbie Handlu Zagranicznego. Posadzili mnie w dwuosobowym pokoju, biurko w biurko, ze starszym panem, tłumaczem na język niemiecki. Przestawiłem się, usłyszałem: Weinberg. Po chwili zainteresował się. – Skąd pan pochodzi? – z Włocławka – odpowiedziałem. A ojciec, może Kazimierz? – Tak – mówię zaskoczony. – Żyje? – Potwierdzam. – To proszę go pozdrowić, Ja byłem u państwa krotko przed wojną.
Opowiedział mi swoje przygody. Starczyłoby na film. W skrócie, było tak:
W roku 1918 znalazł się, głodny, bezrobotny, w Holandii. Siostry zakonne zaproponowały mu narąbanie drewna na opał na zimę. Dostał kilka guldenów. Zapłacił za nocleg, najadł się i kupił ćwiartkę losu loterii państwowej. Szczęście dopisało. Główna wygrana milion guldenów. W Berlinie założył fabryczkę sztućców. Firma się rozwijała. Kontakty z innymi zakładami tej branży, między innymi z polską firmą Gerlach. Ożenił się z córką znanego lekarza Żyda. Mieszkali z żoną, w luksusowej willi teściów. Hitler przy władzy. Wille zajmują na lokal Gestapo. Ukrywa teściów i ucieka z nimi przez „zieloną granicę” do Polski. Wtedy odwiedza nas na Miłej. Nie ma złudzeń, co do zamiarów i metod Hitlera. Zna ukrywane zbrojenia.
Co dalej? Organizuje nowy byt w Warszawie. Wchodzą do Warszawy Niemcy. Teść wsiada do pociągu, wraca do Berlina. Nie zdążył go dogonić. Leżał martwy na schodkach swej willi. Cyjankali zabija błyskawicznie. Żona i teściowa zginęły w getcie. Uratował synka. Ot ludzka historia. Pan Weinberg, w czasie, gdy pracowaliśmy razem, wyjeżdżał do Holandii do brata, piekarza nadwornego królewskiej rodziny. Opowiadał o rozmowie z królową… Przepraszam, to już inna bajka.

        Tata był pewien, że niedługo, może za rok, może za dwa, albo trzy, włoży mundur. Rozwijał produkcję piekarni, jak gdyby nic, wprowadzał nowe gatunki pieczywa, korespondował z gdańską firmą „Steinmetz” na temat licencji na chleb gruboziarnisty z dodatkami witaminowymi. Pewnego dnia jednak, odbyła się pierwsza narada wojenna. – „Si vis pacem, para bellum”, (Jeśli chcesz pokoju, przygotuj się do wojny) – rozpoczął ojciec. Musimy omówić organizacje na wypadek, gdy mnie nie będzie, żebyście, pomału, się do tego przygotowali. Rozdzielił role. Mama sprzedaż i finanse, ciocia Władzia zaopatrzenie, dziadek stryjek Wojciech produkcja. Omawiali szczegóły. A ja? – spytałem wreszcie. Ty – W razie wojny, gdy będzie potrzebna obrona cywilna. Tam będzie twoje miejsce – uspokoił mnie. Też nie najgorzej, pomyślałem sobie.

        Nie wypalił projekt sklepu kolonialnego Ireny i Stefana Postolskich przy ulicy Stodólnej. Bilans pierwszego roku wypadł tragicznie. – Im prędzej zlikwidujecie tym mniej stracicie. Handel albo śpiewanie. Trzeba się na jedno zdecydować. – Podsumował wyniki rocznej działalności ojciec. Stefan trochę się obraził. Sklep zlikwidowali. Posag Ireny stopniał znacznie. Biedak szukał pracy. Nie było łatwo. Bohatersko, przyjął to, co się nadarzyło. We Włocławku przystąpiono do budowy nowego, stalowego mostu przez Wisłę. Zgłosił się do najlepiej płatnej pracy przy budowie. Chciał zarobić. Pracował w kesonach, przy budowie filarów mostowych.  Nie trwało to długo. W pracy przy podwyższonym ciśnieniu, zaniedbał stosowanie dekompresji i nabawił się choroby kesonowej. - Biednemu to wiatr w oczy wieje a bogatemu diabeł dzieci niańczy. – Skomentowali to jego koledzy w knajpie wujka Antka. Wpadłem tam, po zbiórce harcerskiej. Lubiłem tą knajpianą atmosferę a Szczególnie przysłuchiwać się rozmowom i opowiadaniom szyprów barek. Moim idolem stal się młody szyper, który czekał na załadunek zboża. Pływał swoją barką aż do Francji. Marzyłem, żeby wybrać się z nim na taki rejs. - Ucz się dobrze obcych języków, to nie jest wykluczone. – Obiecał.

        Irena urodziła synka Jędrka. Zostałem wujkiem. Mieli teraz miłe przytulne mieszkanko przy Przedmiejskiej. Na szczęście, po wyzdrowieniu Stefan dostał solidną pracę w fabryce celulozy. Był to najlepiej wynagradzający pracowników, zakład pracy we Włocławku. Ucieszyliśmy się, że mają stabilną sytuację. _ Byle nie prześpiewał posady! – martwił się wujek Antek.
        Trafił mi się, „jak ślepej kurze ziarno”, pierwszy w życiu, wyjazd do Warszawy. Mama musiała podpisać jakieś papiery w związku z kredytem pod zastaw gospodarstwa w Ostrowitku. Zabrała mnie w nagrodę za pomoc przy kuchni. Może lepiej się czuła z pomocnikiem w podróży. Wyjechaliśmy rannym pociągiem. Witał nas nowy, wspaniały dworzec na rogu Alej Jerozolimskich i Marszałkowskiej. Szukałem reklamy firmy „E. Wedel”. O której opowiadano dowcip, że król Afganistanu pomyślał, że to znaczy po polsku: „Witam” i ściskając rękę Piłsudskiego powtarzał: „E. Wedel Polonia”, na co Piłsudski: „Tungsram, Osram Afganistan”. Krążyło wiele dowcipów o Marszałku. Polska była wesołym krajem.
Załatwianie formalności bankowych trwało bardzo krótko. W niedalekiej cukierni w Alejach, czekała mamy przyjaciółka pani Jadzia Solnicka. Zdążyłem zjeść ze trzy ciastka, wypić kawę „dla dziecka” ze słodką pianą i gapiłem się na ruch ulicy, biegających gazeciarzy i barwny tłum, zanim mama porosiła o zawołanie taksówki, bo mamy mało czasu. Pożegnanie ze łzami pani Jadzi. Ma nas koniecznie odwiedzić. Jedziemy na Grochów do wujostwa Gawryszyńskich. Obiad i znowu na dworzec. W pobliżu jeszcze kupowanie prezentów. Mnie się udało. Dostałem piękną skórzaną teczkę. Trzeba było te prezenty w coś zapakować. Miałem najwytworniejszą teczkę w klasie.

        W maju 1935 roku umiera marszałek Piłsudski. Nie tak dawno wysyłaliśmy mu widokówki z pozdrowieniami na Maderę. Podobno otrzymał ich około miliona Poczta hiszpańska wyspy podreperowała budżet. Przeżywamy tą śmierć jak kogoś bliskiego. Są Msze żałobne, akademie w szkole. Wszyscy lokatorzy naszego podwórka i najbliżsi sąsiedzi, poprzychodzili z krzesełkami i słuchają transmisji pogrzebu z naszego radia, ustawionego w otwartym oknie. Ilustrowany dodatek do naszej codziennej gazety „IKC” z Krakowa, ze zdjęciami, mama schowała jak relikwię. Wszyscy martwią się, co teraz z nami będzie.
Ociec miał żal do Marszałka, za „zamach na demokrację”. Jak większość, teraz jest przekonanym, że nie było innego wyjścia. Trwają dyskusje, kto obejmie władzę po Marszałku. Obóz BBWR organizowany i kierowany przez Walerego Sławka, popierany przez Prezydenta i Główny Inspektor Sił Zbrojnych generał Edward Śmigły Rydz, to strony pertraktacji. Jest jeszcze Jeden kandydat, generał Kazimierz Sosnkowski. Uzgodniono. W klasie zdejmujemy, przepasany czarną wstążeczką, portret starego Marszałka i wieszamy portret Śmigłego Rydza.

        Koniec roku szkolnego. Wycieczka programowa do Kruszwicy nad Gopło. Wdrapujemy się na „Mysią wieżę”, która nie jest „mysią”, nie pamięta czasów księcia Popiela. Zbudował ją dopiero Kazimierz Wielki. Zwiedzamy jeszcze wytwórnie miodów pitnych i wesoło wracamy do Włocławka. Wyniki nauki po japońsku, „jako – takie”. Jest drugi srebrny, wąski pasek, nad szerszym, na rękawach mundurka. Ostatnia klasa szkoły powszechnej. Żegnamy kolegę Leszka Szulca. Przyjęli go do korpusu kadetów we Lwowie. Syn zasłużonego w czasie wojny, oficera. Ma chłopak szczęście. Ja do swojej szkoły policyjnej muszę mieć maturę. Kawał czasu. Ojciec pogodzi się. Nie nazywa mnie „ Mój następca” Jeszcze jeden rok szkolny, dostanę nowy, marynarkowy mundur”. Ma dwóch młodszych do wyboru.
        Cieszę się, bo mam towarzysza na wakacje, Odwiedzili nas wujostwo Kryda:Wuj, Stanisław Kryda, rotmistrz pułku ułanów, im. hetmana polnego, Stefana Czarnieckiego i ciotka Janka, siostra cioteczna ojca, córki cioci babci Rosińskiej a Jurek, ich syn jest moim rówieśnikiem. Pierwszy raz mam okazję z bliska oglądać ekwipunek i tak wspaniały mundur, za którym „panny sznurem”. Mówił mi, mój przyjaciel, Jurek Janowski, że jego wuj, też kawalerzysta, kazał mu ćwiczyć chodzenie z wciągniętym stale brzuchem. Wtedy będzie miał sylwetkę jak on. Próbowaliśmy tego przez pewien czas. Za trudne. Rodzice wujka Stacha byli pracownikami hrabiów Potockich z Łańcuta. Matka była guwernantką. Szeptano, że wuj był synem hrabiego. Matka nie żyła, o ojcu też nic nie słyszałem. Jak tam było, tak było. Wuj był wesoły, dowcipny. Wzór ułana. Z humorem opowiadał o swych corocznych wizytach u hrabiego, ustalonego dla niego dnia a i godziny, Kiedy skradł życzenia i odbierał niewielką rentę po rodzicach.
        Udaliśmy się natychmiast do babci Rosińskiej, Mieszkała samotnie w niewielkim domku na skraju lasu, między Nową wsią i Michelinem. Lasy na południe od Włocławka stały się terenem naszych codziennych wędrówek. Babcia nam dogadzała. Rano po talerzu żurku z chlebem, lub kubek gorącego mleka. Chleb, kawał kiełbasy, parę jabłek, manierka wody z sokiem i wracaliśmy pod wieczór, na gorącą kolacje. Babcia miała burego kota. Tak wielkiego nie widziałem ani przed tym, ani nigdy po tym. On również nie lubił siedzieć w domu. Czasem towarzyszył nam kawał drogi, przemykając gdzieś z boku w sporej odległości, dokąd mu się nie znudziło. Nie wracał na noc. Przynosił babci nadjedzonego królika, albo małego zająca i dziwił się, obrażony, że dostaje burę zamiast głaskania. Chałupka babci niewielka. Kuchnia, pokój, komora. Nie ma elektryczności, babcia oszczędza naftę i świece. Śpimy w kuchni w jednym obszernym łóżku. Spać chodzimy razem z kurami i wstajemy o świcie. Po kolacji babcia zabawia nas opowiadaniami o diabłach. Czarcie moce to jej hobby. Jest wybitną specjalistką w tej dziedzinie. Asystowała nawet kiedyś, jak opowiada, księdzu egzorcyście. Uspokaja nas, że przy niej możemy się czuć bezpiecznie. Przy drzwiach wisi święcona woda, mamy się przeżegnać jak wychodzimy lub wracamy. W razie, czego, na stoliku jest kropidło i też święcona woda w specjalnej butelce z wizerunkiem Jasnej Góry, oraz święcona kreda.. Chcieliśmy tak zabezpieczeni spotkać jakiegoś złego ducha. Nie udało się.   
Miesiąc wakacji przeleciał jak strzała z łuku. Zawarliśmy z Jurkiem dozgonną przyjaźń. Miałem jechać do niego do Wołkowyska, gdzie stał pułk, na kurs konnej jazdy.
        Jurek odnalazł nas w czasie okupacji. Pułk wyruszył w pole. O ojcu nie miał wiadomości. Z matką chcieli się dostać do Francji. Dotarli do Cieszyna i tu zostali. Niemcy traktowali Ślązaków lepiej niż nas w Warthegau. Utworzyli Organizację Todt. Do wykonywania robót strategicznych na zdobytych rosyjskich terenach. Jurek miał plan. Bił się z myślą, że ucieknie do partyzantki, bo może tam gdzieś walczy ojciec. Przywiózł dla mnie „Marschbefehl” (rozkaz wyjazdu), wypełniony na moje nazwisko. Prawie byłem gotów jechać, zgodnie z przyrzeczeniem pomocy jeden drugiemu. Ojciec ostudził zapały. – Znam bolszewików. Jeśli twój ojciec żyje, to ma dosyć kłopotów i jest szczęśliwy, że ciebie tam nie ma. To zły pomysł. Zrezygnuj! A ty, nie pchaj głowy między drzwi, bo ci ja zgniotą. Tam nie pomożesz a tu jesteś potrzebny. Pojechał trochę zawiedziony. Wrócił, jako dowódca czołgu II Armii, po 6-cio miesięcznym kursie. Niedaleko Cieszyna wyskoczył z czołgu, żeby ratować palącego się kolegę i ścięła go seria z karabinu maszynowego. Wuj zginął, lub został zamordowany.

        Wracają z pobytu we Francji, wujostwo Michalscy. Wujek Zenek zakończył, jak to się mówi w dyplomacji, misję w konsulacie w Lille. Dziewczynki, prawie rówieśnice moich sióstr: Basia, Dziunia i Zosia, Bożenki. Ciocia Hanka spodziewa się dziecka. Zostajemy wszyscy obdarowani prezentami z Francji. Ja dostaje francuskie pióro wieczne i pelerynkę od deszczu, jak francuski policjant. Zamieszkali razem z ciocią Władzią, w mieszkaniu przy Miłej. Posiłki jemy wszyscy razem u nas. Mało miejsc przy stole, trzeba rozdzielić dzieci osobno. Oczywiście należę do dorosłych. Przysłuchuję się rozmowom. Jest nowa ordynacja wyborcza i toczy się ostra kampania. Nie wtrącam się do rozmowy, ale któregoś dnia po kolacji proszę wujka Zenka: - Niech mi wujek wytłumaczy jak rozumieć „lewica” „prawica”, przecież to są konkretne partie? – Popatrzył zdziwiony. – Długo by wyjaśniać. Podaj mi „prawicę”. – Podałem. Dlaczego nie podajemy „lewicy”? Sam się domyślaj. Wytłumaczył.  Cały wujek. Lubiłem z nim rozmowy. Wyjaśniał krótko i niezwykle dosadnie.
        Jak grom z jasnego nieba spadła na nas śmierć babci Franciszki. Jeszcze poprzedniego dnia byłem na Łęgskiej. Zaniosłem jakieś wiktuały od wujka z restauracji a następnego dnia rano telefon. Wujek wzywa mamę, bo z babcią niedobrze. Pędzimy. Leży na łóżku nieprzytomna i sparaliżowana. Lekaż rozkłada ręce. Obszerny wylew do mózgu. Nie ma ratunku. Leżała kilkanaście dni. Przyjechała ciotka Ada. Siedziały na zmianę z mamą. Babcia odeszła cicho.

W końcu sierpnia ciocia Hanka urodziła synka Stasia. Wujostwo szykują się do wyjazdu. Wujek Zenek otrzymał pracę w Banku Gospodarstwa Krajowego w Gdyni. Niedługo się wyprowadzą. Ciocia Władzia jest w siódmym niebie. Jedzie razem. Będzie z ukochaną siostrą i jej dziećmi, będzie jej prowadziła gospodarstwo i zajmowała się dziećmi. Haneczka lubiła swój zawód może do niego wróci. Ojciec rozumie, Niema sprawy. Mieszkanie od ulicy Miłej się zlikwiduje i zamieni na sklep i biuro. Wyjechali i ciocia Władzia razem z nimi. Ojciec zaraz wziął się do przebudowy. Wejście do sklepu, witryna, no i wnętrze sklepowe. Pomieszczenie biurowe od strony podwórka zostało jeszcze jak dawniej. Ojciec wstawił tam tylko, swoje biurko i szafkę. Dom od strony ulicy Miłej otrzymał nową elewację, ze szlachetnego tynku, w dwóch kolorach szarości, ze stałym szyldem nad bramą:
PIEKARNIA JAN GALCZAK Rok zał. 1888.
      Prace nawierzchniowe, na naszym podwórku, zostały zakończone. Nie miałem wymówki, musiałem wrócić do obowiązków „gospodarza”, czyli ciecia, naszego przydomowego, zawieszonych na czas robot.

            Partia rządząca, BBWR i jej prezes Walery Sławek, ponieśli klęskę. Premierem, dopiero na początku roku 1936, został Sławoj Składkowski. Utrzymał tą niewdzięczną funkcje aż do wybuchu wojny. Nie wiem jak go oceniają historycy. Był uczciwym człowiekiem i dobrym gospodarzem. Dbał o podniesienie kultury sanitarnej wsi i miast. Trzeba było niestety, zaczynać o zera. Na przykład nie mógł znieść, że chłopi, na wsiach, chodzą tylko za stodołę. Kazał opracować projekt prostego, drewnianego klozetu i policjant miał prawo ukarać mandatem, jeśli takiego minimum, nie było w zagrodzie. Były, stały czyściutkie a wieś chodziła po staremu za stodołę. Ten nietrafiony wynalazek nazwano „sławojką”.

Rozdział XIII Egzamin z wolnośći

Zamiast trzymać się tematu „kronika rodzinna”, wdałem się w politykę. Przyznam, że skłonił mnie do tego tytuł poprzedniego rozdziału: „Ostatnie piec lat”, pewne analogie z dzisiejszymi czasami, oraz ciężar gatunkowy aktualnych wydarzeń.
Wielki nasz Papież, błogosławiony Jan Paweł II, w swej homilii, wygłoszonej w Warszawie dnia 9 VI 1991, nauczał: … NARÓD POLSKI STOI PRZED EGZMINEM Z WOLNOSCI (…) WOLNOŚĆ JEST NIE TYLKO DANA, ALE I ZADANA – Warto zapoznać się z tą homilią nawet, jeśli reprezentuje się inny światopogląd. Przesłanie: Wolności mamy, nie tylko strzec, bronić i przekazać następnym pokoleniom. Mamy z niej korzystać dla obrony wartości ducha i naszej tożsamości, wyrosłej na fundamencie chrześcijańskiej, europejskiej kultury.
        Ludzkość stoi przed nieuchronnymi, poważnymi zagrożeniami, które spędzają sen z powiek, mężów stanu, w wielu krajach. Grożą nam skutki zmian klimatycznych, zagrożeń ekologicznych, perturbacji geofizycznych i klęsk żywiołowych. Spowoduje to przepływy dużych grup ludności, ze stref głodu, bezprawia, czy bezrobocia do bardziej bezpiecznych. Doświadczymy skutków światowych kryzysów finansowych, fanatyzmu religijnego, terroryzmu, walk i krwawych przewrotów. Nie można pominąć postępującej, zagrażającej kulturze zachodniej, degradacji moralnej społeczeństw. Nie mniej groźnymi są zmiany zasad moralnych, polegające na rosnącej nienawiści człowieka do człowieka i braku wzajemnego poszanowania.
To wszystko są czynniki destrukcyjne, na tle, systematycznych przemian gospodarczo – politycznych, gdzie rozgrywającymi, będzie kilka światowych mocarstw, reprezentujących przede wszystkim własne interesy,pod czujnym okiem banków o zasięgu globalnym. 
        Na niedawnym Kongresie Kultury, we Wrocławiu, główny prelegent omówił zachodzące zmiany, roztaczał wspaniałą perspektywę dla UE, w tym dla Polski. Pominę całą głęboką filozofię nowego światopoglądu i przemian gospodarczych,reprezentujących przede wszystkim własne interesy, pod czujnym okiem banków o zasięgu globalnym. . Naród polski, podobnie jak inne jemu podobne, przeniesie się w swej najzdolniejszej, inwencyjnej części, do „diaspory” – rozproszenia. W pobliżu światowych centrów naukowo – badawczo – przemysłowych, powstaną ewentualnie, polskie kolonie. Tu czasem, ubierze się dzieci w ludowe, polskie stroje i przypomni piosenkę w ojczystym języku, bo mówić będą bardziej światowym.
Czy wobec takiej perspektywy wywiesimy biała flagę, a ostatni zgasi światło?  Czy Naród zda egzamin z Wolności? Komu dano większa władzę, na tym ciąży większa odpowiedzialność, ponosi ją jednak całe społeczeństwo, Naród, któremu Opatrzność podarowała Wolność.
        Kampania wyborcza: Mecz pełen fauli. Skorumpowany sędzia. Komentatorzy sportowi żądają pojedynku małego atakującego z dryblasem bramkarzem. Kibice opuszczają stadion. Jedni gracze się nie podobają o innych niewiele albo nic nie wiedzą. Realia: Społeczeństwo oczekuje na solidne rozliczenie się z obietnic, podanie faktycznego stanu państwa i konkrety, dotyczące spłaty długów. Nie doczekało się. Gdy przyjmuje się do pracy osobę, która ma objąć ważne stanowisko, zbiera się aplikacje, analizuje „c.v.”, sprawdza referencje. Kto z wyborców zna życiorys kandydata, na którego ma głosować. Informacje są bardzo skromne. Który poseł, czy senator, rozliczył się ze swej działalności solidnym, podanym do wiadomości wyborców, sprawozdaniem?
Miliony złotych idą na reklamę partii i kandydatów. Dziura w budżecie. Nie wiadomo, które pokolenie będzie licytowane za długi.
        Wynik wyborów: Poparcie społeczeństwa określa lepiej, procent głosów wszystkich uprawnionych. Ci, którzy nie głosują to też oddany głos. Nie popierają nikogo. Tak wiec, partię rządzącą, PO, wybiera niecałe 20% uprawnionych. Jej koalicjanta PSL, 4%, przeciwników, PiS, popiera15% i około 9% wybiera pozostałe dwie partie. Tu, proponuję dokładnie obserwować dalsze występy Palikota i jego partii (5%). Wydaje się, że nie tylko elokwencja w kampanii wpłynęła na jego wynik. Przewiduję, że on przebije wkrótce popularność Tuska. Na razie, żadna partia nie może się chwalić wynikiem wyborów. Chwalenie się gigantycznym, niespotykanym, zwycięstwem Platformy i jej szefa, przy 20% poparcia społeczeństwa, to zwykły „tryk” propagandowy. Śmiechu warte! Zwycięstwo można by przypisać Palikotowi, bo zaczynał od zera.
        51% milczało. Milczeniem manifestują niewolnicy. Pozwalają obrażać siebie i to, co mieli najświętszego. Pozwalają na wszystko, byle ich dobrze karmiono. Były przypadki, że opływali w dobrobycie a nawet, korzystali z przepychu swego pana. Jak ocenić milczącą część naszego społeczeństwa? Wydaje się, że wielu ma wszystko „gdzieś”. To produkt wieloletniego zniewolenia i nowego światopoglądu. Cześć zawiedziona grą polityków, a większość ma ważniejsze problemy: Jak przeżyć?
Czy, jako społeczeństwo, wykorzystaliśmy wolność i uprawnienia, jakie daje demokracja? – Mizernie. Zobaczymy, co dalej. To jeszcze nie koniec egzaminu z wolności!
        Przed laty zdaliśmy taki egzamin. Wolność potrafiliśmy wykorzystać, optymalnie do przygotowania obrony przed zagładą. Warto przypominać – jak go zdawaliśmy i przeanalizować, dlaczego są obawy, że nie potrafimy zdać go, gdy przyjdzie czas próby. Na końcu, wyniki będzie oceniać historia. Premier Tusk oświadczył: - Mój Rząd wejdzie do historii. – Już wszedł! Chodzi o to, jak ten Sędzia oceni nas, współczesny mu polski naród.
        Ciekawym jest przypadek Palikota. Spryciarz, od KUL’u i redakcji katolickiego pisma, skok do obozu zaciętych wrogów Kościoła i jego nauk. Ma może dalej sięgające układy. Przyjaźnił się z premierem i prezydentem, zanim raptownie opuścił ich partię. Popierają go niektórzy nowobogaccy. Mało wiemy o naszych „nuworyszach”. Dziennikarze wolą śledzić opozycję. Najbogatsi to „tabu”.
Pewien malarzyna, zorientował się, że dla zdobycia władzy potrzebne są: – masy niezadowolonych i szukających poprawy bytu; – jakaś grupa wyznaniowa, warstwa społeczna, instytucja, którą można okraść, na pokrycie pierwszych wydatków; – chwytliwa ideologia; – elokwencja, i propaganda. Udało mu się podpalić świat. Ma wielu drobnych krętaczy, naśladowców. Jeśli u kandydata na przywódcę zauważycie te środki zdobywania poparcia i brak, lub udawaną bezinteresowność, bądźcie czujni! Fałszywka!
        Nie ukrywam, że straciłem zaufanie do Tuska, gdy przed laty, zobaczyłem jego reakcje po przegranych wyborach z Kaczyńskimi. Jego przegrana była faktem, nie pochodziła z „kuglowania”. Najlepszym rozwiązaniem dla Polski była koalicja Pis –PO, na to nie pozwalała jego wyolbrzymiona ambicja. „Dobro Rzeczpospolitej najwyższym prawem” mówili prawdziwi „mężowie stanu” i czekali spokojnie na swą kolej, aby gdy zajdzie potrzeba, wesprzeć ją znowu. Jak się zachowywał Tusk? Wykorzystał przerażonych prawem i sprawiedliwością. Z partii przeciwników zrobili „czarną sotnię”, którą można straszyć dzieci. Wraz z kumplami, dawał przykład braku szacunku dla Głowy Państwa, z tragicznym skutkiem.
Sprzedawać tanio, budować drogo za podarowane, lub na kredyt, do tego dużo na raz i szybko to może się skończyć partactwem i stratami. Co z resztą problemów? Może Palikot?  
Trudno! Zostaje jak było. Dobrze, że mamy drobną przedsiębiorczość, która utrzymuje „zieloną wyspę”, byle Rząd jej nie przeszkadzał a obce koncerny nie zniszczyły. Sprzedadzą resztę majątku, zadłużą społeczeństwo, ile się da. Rządząca koalicja przyrośnie do stołków, powiększy swą „otoczkę” ochronną. Szkoda czasu, świat nie czeka na spóźnialskich. Trzeba pracować dalej i patrzeć władzy na ręce.
        Jaka jest moja opinia i rada, co robić, żeby po egzaminie z wolności, nie wstydzić się wyników? Myślę szczególnie, o naszym młodym, zdolnym pokoleniu. Żeby tylko nie zmarnowali młodości. Wierzcie w młodzież. Naszą i w miliony, poważnie myślących, młodych świata. Wspierajcie ich dążenie do wiedzy. Naszym prywatnym mediom często nie pasują do programu.
Platon pisze, jaką radę dawał Sokrates swemu młodemu przyjacielowi: – „Szukaj prawdy póki jesteś młody, gdy młodość minie – prawda ci ucieknie!”
Dodam do tego: – Pojęcie „inteligencja”, pochodzi od „Inter lego” – czytam między, domyślne: „między wierszami”. Korzystajcie z szarych, własnych komórek. Nie wierzcie fałszywym prorokom i uszczęśliwiaczom. Szukajcie drugiego, ukrytego dna obiecanek.
        Ja mam szczęście, że mogę lekko traktować tak poważne wydarzenie. Skutki, mnie osobiście nie dotyczą. Przypomniała mi się pewna anegdotka: – Stary Żyd przychodzi do rabina z prośbą o pożyczkę kilkudziesięciu złotych (działo się to przed wojną), na wesele córki. Będzie spłacał drobnymi ratami. A jak umrzesz? – pyta rabin. – To moje szczęście! – Odpowiada wesoło Żyd.
                                          ***
        Wracam do dawnych czasów. Moja kronika, to historia rodziny, jak milionów jej podobnych, w trybach wielkiej polityki. Od „Historii” nie mogę uciec we wspomnieniach. Szkoda, że coraz mniej interesuje ona „nowoczesne” pokolenia.        
        W poprzednim rozdziale pomyliłem kolejność wydarzeń. Mianowicie wybory, w których ojciec był kandydatem na senatora miały miejsce we wrześniu 1934 roku a nie w 1935. Przeskoczyłem też za wcześnie do roku 1936 i początku rządów generała premiera. Przyszedł mi na myśl, bo jako „cieć” naszego podwórka, bałem się tych porządkowych zarządzeń i grożących mandatów. Mogłyby zrujnować mnie finansowo. Zbierałem na rower. Nie było tak łatwo jak dzisiejszym „maminsynkom”. Musze cofnąć się w czasie. Opisywane wydarzenia są faktem. Musicie wybaczyć staremu, jeśli pomyli czasem kolejność.
Przypomina mi się, symboliczna, dla tamtego okresu. postać polityka i „meża stanu” pułkownika Walerego Sławka , premiera i przyjaciela Piłsudskiego. Całe życie poświęcił walce o niepodległość a następnie o równość społeczną . Podjął się wykonania niemożliwego: zjednoczenia Polaków niezależnie od tego, jakie maja poglądy i światopogląd. Nie skutkowało przedstawianie grozy sytuacji. Gdy przegrał w tej walce ,poparcie uzyskali inni,ustąpił.Uważał,że w tej sytuacji nie można toczyć sporów.Znał realia,zdawał sobie sprawę,że wojny nie wygramy.Uznał, że zawiódł się na swym narodzie. Nie wykonał prośby – rozkazu marszałka. Odsunięty, popełnia w maju 1939 roku, samobójstwo. To nie było załamanie nerwowe, czy akt rozpaczy tego silnego człowieka. To był nakaz honoru żołnierza, na pozycji nie do utrzymania.
        Tak, więc, jest jeszcze jesień roku 1935. W kraju trwa typowy, polski bałagan polityczny. Partie opozycyjne zbojkotowały wybory. Przy braku poparcia dla prorządowej partii BBWR, o co z uporem, bezskutecznie walczy jej organizator, Walery Sławek. Rozwijają się i kłócą o swoje, partie o programach „od lewa do prawa”. Frekwencja w wyborach, znowu nie dochodzi do 50%. Prawie jak obecnie. Są jednak podstawowe różnice. Nie ma jeszcze dzisiejszego chamstwa i obrzucania się kłamstwami. Pozabijaliby się w pojedynkach. Nie ma dzisiejszych  mediów. Nie znamy „cyber – przestrzeni”. Mamy za to, ponad 20% analfabetów w społeczeństwie, w którym Polakami określa się tylko około 70% obywateli. Reszta, to mniejszości narodowe, wśród nich wrogie państwu polskiemu. Korzystnym jest to, że „baza”: najniżej sytuowana warstwa narodu, to ludzie prości, ale o wysokim morale i kulturze przekazywanej z pokolenia na pokolenie. Nikt nie słyszał jeszcze o mafiach: żelazowych, węglowych, paliwowych, czy innych. Korupcja urzędnika państwowego jest niemożliwą. Tylko wariat niszczyłby wspólne dobro. Nieznani są specjaliści od rozbiórek i „zbieracze złomu”. Podziwiam organizację dzisiejszych, którzy potrafią „zwijać’ regularnie po pół kilometra linii trakcyjnej w ruchu i władza nic nie może (to ewenement na skalę światową). Nie można by było wyobrazić sobie, że mogą istnieć – „hieny cmentarne”, narkomani, jednoręczni i dwuręczni bandyci.  To wszystko zdobycze „nowej kultury”.
        Większość społeczeństwa naszej Kokoszki nie angażuje się politycznie. W tym naszym małym światku, istniał wyraźny podział, na ludzi „prostych” i ludzi „szkolonych” lub „bywałych”. Od tych drugich wymagano wyjaśnień ewentualnych wątpliwości. W wyborach nie brali udziału, bo się na tym nie znali. Wierzyli, ze ci „szkoleni” sąsiedzi, wybiorą dobrze i uczciwie. Pomyślicie: „O święta naiwności!” Jednak mieli racje. Słowo, honor, uczciwość rzemieślnicza, czy kupiecka, miały swą wysoka cenę.
        W ciepłe wieczory nasi lokatorzy zasiadali na swym obszernym ganku przed pierwszym piętrem, lub przed piekarnią. Przyłączał się do kompanii któryś z piekarzy, wyskakujących na papierosa, przychodzili sąsiedzi i toczyły się dyskusje na wszystkie możliwe tematy. Ktoś miał tanią gazetę i komentowali najświeższe wiadomości z miasta i świata. Komentatorom z gazety, nie bardzo wierzyli. Za mądrze kręci ten „gryzipiórek”. Nie wyrozumiesz czy lepiej tak, czy siak. Sami roztrząsali, „na chłopki rozum” i przeważnie prawidłowo. Wydarzenie jak to w dalekiej Nicei: Zabito króla Jugosławii a towarzyszący mu minister francuski, w szoku i ogólnym bałaganie, jeździł dorożką od apteki do apteki, szukając pomocy, aż się wykrwawił na śmierć, traktowano, jako ciekawostkę. Ktoś przypominał, jak to za Ruska wozili dorożka, rannego na weselu pana młodego z Długiej, też się wykrwawił. W niedzielę, to się może zdarzyć. Wypadek na Miłej  „przebił” nicejską tragedię. Pod 11-tym, mój rówieśnik znalazł rewolwer, zostawiony pod poduszka, przez sublokatora, strażnika więziennego. Chciał tylko nastraszyć babcię, która obierała ziemniaki na ganku. Dokończyć mogła w niebie. Byłem jednym z pierwszych, żeby zobaczyć staruszkę. Nic ciekawego. Pomodliłem się razem z innymi i musieliśmy się wynosić, bo nadjechała policja. Było, o czym dyskutować na ganku.
Potykałem się nieraz o swoją niewiedzę i niemożność wyjaśnienia tego, o co mnie pytali. Kiedy się pokazałem, słyszałem zaraz: - No chodź tu, co tam nowego się nauczyłeś? – I padało żądanie naukowego wyjaśnienia problemu. Męczyłem się, „dukałem” jak mogłem. Przeważnie nie wiele to wyjaśniło. Dawali mi wreszcie spokój. Problem, dlaczego ludzie, po drugiej stronie globu nie pospadają w kosmos, czekał na mądrzejsze wyjaśnienie. Moje o sile przyciągania zostało obalone, bo magnes przyciąga tylko żelazo a każdy wie, że jak koło u wozu szybko kręci, to błoto pryska dalej.
.       W przypadku ważnego problemu lub wydarzenia w dzielnicy, mieście, kraju lub w świecie, w naszym mieszkaniu, lub u państwa Bahrów, po drugiej stronie ulicy, spotykało się zaprzyjaźnione towarzystwo.  Następowało wnikliwe przedyskutowanie problemu i ewentualne ustalenie  stanowiska. Stałymi uczestnikami tych sesji. O tematyce polityczno – gospodarczo – społecznej, byli państwo Kaliscy, sąsiedzi z Chłodnej. Pomiędzy nimi a Bahrami, była najbliższa komunikacja przez nasze podwórko. Pan Stefan, zwykle dowcipem i humorem, potrafił rozweselić zebranych, po smutnych refleksjach, wprowadzić pogodny nastrój. To kółko dyskusyjne było otwarte na częstych okazjonalnych gości. Posiedzenia kończyła kolacja:, „czym chata bogata”. Po niej, panowie kontynuowali obrady przy nalewce. Panie przenosiły się do „stolika” spraw przyziemnych.  
        W starożytnej Grecji spotykało się grono znajomych i przyjaciół, aby wspólnie przemyśleć, rozważyć jakiś problem, zagadnienie. Te „kółka dyskusyjne” nazywały się „schola”, stąd nazwa „szkoła”. Arystoteles, na wzór określenia „kultura agri” (uprawa gleby), nazwał te „schola”, „kultura animi” (uprawa ducha). Tak powstało odrębne pojęcie „Kultura”. „Schola” była przywilejem ludzi wolnych, niewolnicy nie mieli do niej dostępu i możliwości uczestnictwa. Musieli pracować. 
        Mamy XXI wiek. Czasy się zmieniły, współcześni niewolnicy pojęcia „MIEĆ”, zmęczeni „wyścigiem szczurów”, nie mają czasu na własną „schola”. Dostają na „klikniecie”, gotową, łatwo przyswajalną „papkę”. Po co obciążać własne szare komórki w wieku elektroniki. Są do tego specjaliści, „mędrcy’ od myślenia I rozwiązywania każdego problemu.
        Dookoła „stupy”, buddyjskiej świątyni, w jej zewnętrznym murze, były niewielkie wnęki, nisze. W każdej była czysta mata a przy ścianie oparty, niewysoki drążek, zakończony, otwartym do góry, półksiężycem. - Po co te wnęki? – Spytałem mnicha. – Możesz zająć jedną, na jak długo zechcesz. Dostaniesz posiłki, takie same jak każdy z nas. – Wyjaśnił łagodnie i zachęcająco. - A do czego ten drążek? – To jak będziesz siedział i rozmyślał, podeprzesz sobie brodę, żeby ci głowa nie opadała. Zostań, będziesz wolny! 
        Po wyjeździe wujostwa Michalskich z dziećmi i ciocią Władzią, zrobiło się pusto i cicho w rodzinie. Moje siostry Dziunia i Bożenka nie mają towarzyszek zabaw i przyjaciółek, Basi i Zosi. Mamy zaproszenie do Gdyni, gdy tylko się tam zagospodarują. Gdynia, najmłodsze miasto europejskie i najnowocześniejszy port na Bałtyku. Cieszę się, że będę miał okazję dokładnie poznać to polskie okno na świat.
Dostajemy list z Ameryki. Najstarsza siostra ojca wraca, po ponad dwudziestu latach, do Polski. Historia tej ciotki jest przykładem, jak okrutny los może zadrwić ze zwyczajnych przecież planów, znalezienia spokojnego, zwykłego ludzkiego szczęścia. Jak szlachetne zamierzenia, pracowitego, uczciwego człowieka, za przyczyną złych ludzi, obracają się przeciwko niemu.
        Ciotka Jadwiga urodziła się w roku 1887. Nie znam jej pierwszego okresu życia we Włocławku. Wyszła za mąż. Nie wiem nic pewnego o pierwszym mężu. Nazywał się, jak raz słyszałem, Brzozowski, innym razem mówiono, że Błaszczyk. Poznałem dopiero drugiego męża Marcina Kramarskiego. Przed I-szą wojną światową ciotka wyjechała do Ameryki. Może wyjechała z mężem a on wrócił i rozdzieliła ich wojna, może nie zdążył dojechać przed jej wybuchem. Faktem jest, że była tam sama, mieszkała w Nowym Jorku, w polsko żydowskiej dzielnicy Brooklyn. Pracowała w niedużej fabryczce tekstylnej, oszczędzała na powrót i urządzenie wspólnego życia, wraz z mężem, w Polsce. Korespondowali ze sobą. Pisał, że czeka na jej powrót a namowy o przedłużanie pobytu, uzasadniał korzyścią z powiększenia ciułanego kapitału. Czy wierzyła, że jest jej wiernym tyle lat? Taką łatwowierną nie była. Twierdzi, że czeka.  Przekona się jak jest naprawdę po powrocie. Krążyły pogłoski o nowej wojnie w Europie. Postanowiła wracać do swoich, na dobre i na złe. Nie występowała o obywatelstwo amerykańskie. Powrót do Polski był jej celem. Ma dopiero 48 lat, jest pewną, że sobie poradzi w każdej sytuacji. Przysłała potrzebną kwotę dolarów, za którą ojciec, zgodnie z dyspozycją, zakupił działkę budowlaną we Włocławku, w rejonie koszar kawaleryjskich, za ulicą Długą. Teraz, w liście zawiadamiała, że płynie statkiem włoskim do Neapolu, stamtąd wyśle bagaże statkiem do Gdyni, lub od razu koleją do Włocławka. Sama zatrzyma się w Rzymie, aby pomodlić się przy grobach męczenników, zobaczyć i uzyskać błogosławieństwo papieża, pojedzie do Asyżu, gdzie zamierza ofiarować pod opiekę św. Franciszka całą naszą rodzinę. Pisała o powrocie i planach swemu, tyle lat niewidzianemu mężowi i spodziewa się, że on też się zjawi we Włocławku.
Po kilku dniach przywożą bagaże. Trzy pokaźne drewniane kufry. Czwarty, wysoki jak średniej wielkości szafka, brązowy, z tak zwanej „fibry”, z jasnymi, drewnianymi, ochronnymi listewkami. Bagażowi ledwo taszczą wszystkie po schodach na pierwsze piętro naszego domu przy Zimnej. Po prawej stronie od schodów, mamy pokój gościnny z niewielką kuchenką. Mieszkanko zostało dokładnie wysprzątane i przygotowane. Mieliśmy pewien kłopot: W kuchence musi sypiać nasza służąca Marysia, bo nie bardzo jest miejsce, gdzie ją przenieść. Nawet nie miałbym nic przeciwko temu, żeby się przeniosła do mojego pokoju po drugiej stronie schodów. Mama powiedziała, że nie wypada. Maryśka była wesołą, starszą ode mnie o osiem lat, wiejską dziewczyną. Mama zabroniła jej wracać, ze spaceru, czy z kina, po dziesiątej. O tej godzinie byliśmy już w łóżkach. Wstawało się bardzo wcześnie. W tajemnicy, we dwoje, rozwiązaliśmy ten problem. Maryśka przystawiała drabinę do mojego okna i ta drogą wracała. Okno było w szczycie domu, drabiny nie było widać z podwórka. Nie budziła nikogo. Ja i tak przeważnie czytałem, w łóżku do północy. Nasze kontakty były oczywiście jak między młodszym bratem i starszą siostrą. Byłem jej powiernikiem. Wracając, przysiadała czasem na moim łóżku i opowiadała treść filmu, albo przygody. Kiedyś zwierza się zdenerwowana: - Rąbłam w pysk tego Zenka, co to wystawał zawsze przed bramą. Myślałam, to uczciwy chłopak a on, łachudra chciał na ławce, w parku. Niech Idzie na skwerek przy Zielonym Rynku. Ja jestem porządna dziewczyna. – Mówi się „rąbnęłam” – poprawiłem i zasypiam…
        Ciotka z Ameryki przyjechała! W pamięci jawi mi się, jak gdyby pod trzema postaciami. Jak gdyby na trzech obrazach. Jej wizerunki są tak różne, że ktoś nieświadomy, nie domyśliłby się, że to ta sama osoba.
        OBRAZ PIERWSZY: Zupełnie jak gdyby zjawiła się ciotka Hanka, tak jak wyglądała w 1935 roku, tylko postarzała o kilka lat. Uderzające podobieństwo. Poza tym, przebrana za bohaterkę z amerykańskiego filmu o wojnie secesyjnej. Kapelusik przypięty do włosów, długą szpilką, płaszczyk, spódnica do kostek, śmieszne buty z długimi czubkami i parasolka na długim jak laska trzonku.
Przywiozła nam błogosławieństwo papieskie, obrazki ze św. Franciszkiem, medaliki i różańce. Sypianiem Maryśki w kuchence, wcale się nie zmartwiła. – Długo tu miejsca nie zagrzeję. Myślę jak najprędzej przejść na swoje. – Uspokoiła mamę. Pojawił się inny problem. Mama prosi do stołu, bo już nakryto do obiadu Ciotka dziękuje i się wymawia. Na górze jest kuchenka, w kuferku ma trochę zapasów i bańkę oliwy z oliwek, zrobi sobie cos do zjedzenia. Prosi o bułkę krakowską. - Jestem wegetarianką, nie jadam mięsa, tłuszczów zwierzęcych i jaj – wyjaśnia. – Tego jeszcze nie spotkałem, żona rzeźnika wegetarianką. A Marcin wie o tym? – Pyta dziadek Wojciech. Pisałam mu o tym, odpisał, że mu to wcale nie przeszkadza. Mnie też nie przeszkadza jego zawód. Jestem przyzwyczajona żyć wśród mięsożernych – usłyszeliśmy wyjaśnienie. Dziadek powątpiewa, czy separacja od stołu to dobra sprawa.
My dzieci, nie mogliśmy się doczekać rozpakowywania ciocinego dobytku. Mnie interesował ten wysoki kufer. Od niego też rozpoczęło się rozpakowywanie. Ciotka wyjęła z torebki pęk kluczyków, z boku otworzyła dwa zamki i lekko rozchyliła dwie połówki szafko kufra. W jednej, jak w szafie wisiały na wieszakach sukienki i płaszcze, nad nimi na półce kapelusze, na dole buciki. Druga strona z zamykanymi przedziałkami, nawet niewielkie lustro, obok schowki na kosmetyki. - To jest specjalny kufer do podróży statkiem, bardzo lekki i mocny. Jak dorośniesz i będziesz się wybierał w daleką, zamorską podróż, to ci go chętnie wypożyczę – wyjaśniła. – A teraz zostawcie mnie, bo muszę się przebrać. Poproszę was do pomocy, muszę się zagospodarować.
Ciotce zdawało się, że w Polsce jest stale tak, jak było, gdy wyjeżdżała. Na przykład: tłumaczy nam: – Widzicie to jest taka butelka, co ma podwójne ścianki. Jak się wleje gorący napój, to bardzo długo jest gorący.  – Ciociu! To jest termos. Musimy kupić nowy, bo nam się potłukł. – Mówi Dziunia. Podobnie było z latarką elektryczną, Zamkiem błyskawicznym przy bluzce. Pogodziła się z tym, że niczym nam nie zaimponuje nawet nie musi chodzić na pocztę, bo telefon mamy w domu. Wreszcie jej udało się nas zadziwić: Wyciągnęła z kuferka pękatą, ciemną butelkę, z etykietą zadrukowaną po angielsku i głową Chińczyka. Na zakrętce pojemniczek jak naparstek.  - To jest specjalne lekarstwo, na wszystkie choroby. Jeśli które z was zachoruje: kaszel, ból gardła, albo brzuch boli, przychodźcie, pomoże! Takiego lekarstwa na pewno w Polsce nie ma. To z korzenia rzadkiej rośliny, co rośnie w Chinach. – Takiego cudownego leku nie mieliśmy.
 Podnosiła wszystkich na duchu, entuzjazmem i amerykańską energią. Była przygotowaną do organizowania sobie nowego życia. Będzie wspierała brata w jego projektach. - Wojny się nie bójcie. Ameryka nie pozwoli Hitlerowi napaść na sąsiadów. Przecież gwarantowała układ wersalski – uspokajała. Bez słowa sprzeciwu, zgodziła się z mamą na przeróbkę i dostosowanie garderoby do mody w Polsce. Niosłem stertę ciocinej garderoby, gdy maszerowaliśmy w trójkę do „Salonu mody damskiej” panien Oleśniczanek, z ulicy Kościuszki. Mama była ich stałą klientką. Nasz szewc pan Osowski, „złota rączka”, skrócił długie „nosy” kilkunastu par bucików. Ciotka została ubrana zgodnie z ostatnią, polską modą. Prowadziła swoją wegetariańską kuchnię. Przychodziła tylko czasem na deser, bez jajka, jako składnik.
Przyjechał wuj Marcin. Przystojny, zadbany, wysoki mężczyzna z hiszpańskim wąsikiem. Nie przypominał rzeźnika, raczej fryzjera. Zdziwiło nas, że tylko z niewielką walizeczką. Przywitał się ze wszystkimi, ale nie przyjął zaproszenia na obiad. Wybrali się do restauracji. – Muszą się nagadać bez świadków, zamówią sobie, każde, co innego – skomentowała odmowę mama. Rano już go nie było. Ciotka wyjaśniała, że ma wiele spraw, które musi załatwić w związku z nową sytuacją. Omówili i ustalili wspólne plany. On otworzy we Włocławku, przy finansowym wsparciu ciotki, sklep rzeźniczo – wędliniarski. Poszuka odpowiedniego obiektu do kupna lub dzierżawy. Przyznała, że przekazała mu niewielką kwotę, na ten cel. Ojciec ostrzegał. Obiecała, że będzie ostrożną. Wuj wpadał na jeden, dwa dni i znikał. Unikał kontaktów. Ciotka tłumaczyła, trochę niepewnie. Na podwórzu pojawił się wóz, przystosowany do przewożenia świń i cieląt. Konia umieściliśmy w naszej starej stajni. Zjawiło się też dwóch typowych rzeźników, niby pracownicy, niby wspólnicy. Gdy okazało się, że sklep rzeźniczo – wędliniarski to „jatka mięsna” w rzędzie innych, przeważnie żydowskich, na uliczce prowadzącej do Zielonego Rynku. Ojcu wydało się to podejrzanym a ciotka widziała w tym dowód ostrożnego, ale poważnego zaangażowania. Odrzucała podejrzenia. - Ma rację, najpierw na małym obiekcie sprawdzi „rynek”, zapotrzebowanie klientów. Dobrze, że nie angażuje całej kwoty. Nie przyznawała się ile przekazała znowu, swych oszczędności. Ja pierwszy zwiedzałem ten obiekt, o wymiarach 3 x 4 metry, z numerem zamiast szyldu, nad frontem. Podnoszona klapa, tworzyła daszek nad oknem z parapetem do ważenia i pakowania  sprzedawanego mięsa. Wewnątrz, pień z rzeźnickim toporem, na ścianach haki i wiszące, nieliczne połacie mięsa. Niewielkie zaplecze z umywalką. Poznał mnie pracownik wuja. Ledwo się wymówiłem, bo chciał mi dać kawał mięsa, twierdząc, że mama się ucieszy. – Rozliczy się z twoim „wujem”. – Dodał z dziwnym uśmieszkiem.
Wracałem ze szkoły. Dźwigałem płytę sklejki. Na robotach ręcznych, miał każdy z nas, zrobić z drewna, jakąś zabawkę dla młodszego rodzeństwa. Postanowiłem wyciąć z tej sklejki konika na kółkach dla moich braci. Teczka w jednej ręce, sklejka w drugiej. Płyta za duża żeby objąć ją pod pachą, ściskać w dłoni ciężko. Odpoczywałem, przekładałem z ręki do ręki. Dogonił mnie nasz nowy wuj. Wziął sklejkę. Wyjaśniłem, co to za zakup. Stwierdził, że kupiłem za grubą i będzie mi ciężko wyciąć konika. Miał rację. Rozmawialiśmy po drodze. Pytałem, czy zabija zwierzęta. Roześmiał się. Powiedział, że woli, żeby to robili w rzeźni. Zaczynałem go lubić. Pierwsza zorientowała się Maryśka. - Tym wujem to się długo nie nacieszyła. Tak mi się widzi, że on nie kocha twojej cioci tylko jej dolary. – Bystra obserwatorka, podzieliła się swym spostrzeżeniem. Sprawa się „rypła”, jak mówiła Maryśka, niespodziewanie szybko. Wróciłem ze szkoły. W pokoju stołowym zdenerwowani rodzice i ciotka, blada jak obrus na stole.  - Policji nie chcę. To trzeba wyjaśnić! – Usłyszałem jej cichy głos. – Poproszę Józka Leśniewskiego, z Łodzi ma niedaleko, może sprawdzić. – Nie stój tu, idź, odrabiać lekcje. – Ostatnie zdanie ojca było skierowane do mnie. Znaczyło: nie mam tu, co szukać.
Pomału, dowiedziałem się, co zaszło. Pomocnicy wuja, czekali na niego. Ciocia przyniosła im dzbanek herbaty. Siedzieli na ławce pod oknem piekarni. Pożywiali się i ucięli sobie pogawędkę. Nie wiedzieli, że po drugiej stronie okna, pożywia się pan Garnuszewski, nasz piekarz, i słyszy, „o niedługim już oskubaniu, łatwowiernej baby i zakończeniu akcji wyjazdowej”. Pan Garnuszewski natychmiast powtórzył rozmowę ojcu. Ten zaprosił obydwóch działaczy do kantorka, zamknął drzwi na klucz, przed sobą na biurku położył rewolwer i grzecznie zapytał: - Mnie powiecie, kogo chcecie oskubać i na czyje polecenie, wy bandyci, czy mam dzwonić po policję? – Śpiewali, jeden przez drugiego: Są bezrobotni, Marcin, ich dawny szef, prosił o pomoc. Ma spółkę z pierwszą, rozwiedzioną z nim żoną, która chciałaby, aby do niej wrócił. Sam mieszka i pracuje w Zduńskiej Woli. Ma żonę i dwoje dzieci. Podali adres. Wóz z koniem. „jatka mięsna”, wypożyczone na krótko. Podali swoje nazwiska. To, co mówili, to są ich podejrzenia. Wypuszczeni wreszcie, nie wrócili dopić herbaty. Wuja też więcej nie zobaczyliśmy. Zniknęli oni, wuj i niestety, znaczna cześć cioci dolarów. Obraz sklepu mięsno wędliniarskiego rozpłynął się we mgle. A ciocia? Nie chciała wytaczać sprawy o bigamię i oszustwo. – Ne będę unieszczęśliwiać drugiej kobiety i jej dzieci. Pieniądze? To sprawa jego sumienia. To moje ostatnie słowo! - Oświadczyła ojcu. Zabroniła kategorycznie oddawać sprawę do prokuratora.

        OBRAZ DRUGI: ·Jest rok 1940. Pierwsza zima okupacji. Na szczęście ustały wysiedlenia Polaków. Porozklejane w mieście plakaty, po niemiecku i polsku. Czerwone, są z długimi listami „przestępców”, na których wykonano karę śmierci. Białe zawiadamiają o nowym prawie. Wszystkie nieruchomości ludności pochodzenia polskiego i żydowskiego są własnością Rzeszy Niemieckiej, naruszenie ich stanu bez zgody odnośnych władz, podlega surowej karze… i tak dalej. Ojca, zostawili tymczasowo, odpowiedzialnego za pracę piekarni, dokąd nie zostanie przekazana piekarzowi, Niemcowi. Wypieka się wyłącznie chleb „kartkowy” dla Polaków, z mieszaniny ciemnej mąki z otrębami i domieszką specjalnie preparowanych trocin. Nie wolno sprzedawać świeżego, tylko musi być czerstwy. Rozliczają skrupulatnie, na podstawie naklejanych na arkusze odcinków kartek. Dla Polaków nie ma przydziału opału. Od kilku dni nie mogę wyleczyć gardła. Pojechałem z woźnicą Krzemińskim, po skromny przydział drewna dla piekarni. Odbiór z lasu aż pod Płockiem. Całą drogę szliśmy, lub biegliśmy, trzymając się platformy, bo na koźle człowiek zamarzłby na kość. Gdy odnaleźliśmy wyznaczoną gajówkę, gospodyni musiała mi pomagać rozpiąć kurtkę. Tak miałem zgrabiałe i sztywne palce. Natomiast gorąca woda z sokiem wiśniowym i do tego pajda chleba chłopskiego moczonego w roztopionym tłuszczu, z dodatkiem kawałka smażonego boczku, była jednym z najsmaczniejszych potraw, jaki jadłem w życiu. Gardło nie wytrzymało tej eskapady.
Ciotka Jadzia, zewnętrznie, zmieniła się nie do poznania. Ciepły, szal wełniany, który naciąga na głowę, teraz zsunięty na plecy. Lekko siwiejące włosy, nie znają fryzjera. Upina je w kok. Twarz spierzchnięta. Gruba, znoszona kurtka, chyba dziadka stryjka Wojciecha. Spódnica, znowu do kostek. Stopy w grubych wełnianych pończochach, wyciąga w stronę pieca. Upodobniła się do tysięcy kobiet z Kokoszki. Nic sobie nie robi z porzekadła: „Jak cię widzą, tak cię piszą!” Nie straciła pogody ducha i energii. – Siedzimy poubierani ciepło, w jednym pokoju, gdzie pali się w piecu resztkami zapasu węgla. Ciotka Jadzia w centrum, stara się poprawić zły nastrój: – Aby do wiosny! Zaatakują „sojusznicy”. Nic dziwnego, że nie chcą wojny zimą. Ciocia Jadzia podnosi zebranych na duchu. – Ameryka się włączy. Ja wam to mówię. W samym Nowym Jorku więcej Żydów, niż wszystkich razem w Europie. Żydzi to wielka finansjera, Rotschildowie i inni. Nie zostawią swych braci na pastwę Hitlera.  
Nie uwierzyłaby, że polski emisariusz, kurier z okupowanej Warszawy, będzie jeździł z mikrofilmem opracowanym przez Żydów w Warszawskim getcie, z tragicznym wezwaniem o pomoc, od Churchila do Roswelta, od jednego bankiera do drugiego – bezskutecznie.

Po aferze wuja bigamisty. Ciotka, za resztę swych oszczędności kupiła parterowy domek od starego Żyda, krawca Gąsiorowskiego, Miła 21. Skończyły się oszczędności. Zostało w banku, sto kilkadziesiąt dolarów, na czarną godzinę. Ta inwestycja, to kiepski, krytykowany w rodzinie, interes. Dom ruina, wymagająca kapitalnego remontu. Czterech lokatorów, Żydowi nie płacili komornego dla zasady, ciotce nie płacą, bo rzekomo nie mają, z czego. Nowy, w mieszkaniu po Gąsiorowskich, płacił niewiele. Właściwie, zawarcie tej transakcji spowodowała litość dla biednego sąsiada. Najstarszy syn wyemigrował przed rokiem do Palestyny z żoną, synem i główką od maszyny do szycia pod pachą. Jest tam oparciem dla rodziców i rodzeństwa, gdy przyjadą. Nie stać go na sfinansowanie podróży do portu w Konstancy, w Rumunii i dalej polskim statkiem, przewożącym polskich Żydów do Hajfy. Czas nagli, ta droga może zostać zamknięta. Stary krawiec nie ma tyle pieniędzy ani kupca na dom. Ciotka go rozumie, jest jego ostatnią nadzieją. Nie chce wykorzystywać okazji. Wartość posesji zostaje urzędowo oszacowana. – Jeśli decydujesz się żyć skromnie, aż ja rozwinę firmę, to plac odkupię, albo przyjmę cię do spółki. Czasy niepewne, musisz sama decydować. Jeśli kupisz, uratujesz Gąsiorowskich. -  Brzmiała opinia ojca.  Łzy spływały po siwej brodzie starego Żyda, gdy podpisywał umowę sprzedaży. Całował ręce ciotki. Będzie się za nią modlił do końca życia. 
Narobiła sobie kłopotów, jak ta baba, co ich nie miała i kupiła sobie prosię. Lokatorzy, nie dosyć, że nie płacą, to nawet nie poczuwają się do obowiązku utrzymywania, jakiej takiej czystości, nie mówiąc, o zamiataniu chodnika i odcinka jezdni. Dewastują dom, domagając się napraw od gospodyni. Ciotka zamieniła się w dozorczynie, bo policjant dzielnicowy grozi mandatami. Jedno komorne uczciwego lokatora, kilkanaście złotych, nie starcza na bieżące opłaty. Już na stałe mieszka razem z nami. Wegetarianka, kupiła i hoduje, w starej stajni, dwie kozy. Nie dajemy się przekonać, że kozie mleko jest zdrowsze od krowiego. Raniutko wstaje, sprząta swoje podwórko i ulicę. Maszeruje z kozami i przeważnie, z dwoma kubłami najlepszego końskiego nawozu, na swoje poletko za koszarami. Tam piękna trawa, na granicy działki strumyk z czystą woda. Pasie kozy, uprawia część pola, dla siebie i dla kóz. Jest samowystarczalną. Chce nawet płacić za pieczywo, na co ojciec się nie zgadza. Dzielimy się naszym chlebem powszednim. Czekamy na lepsze czasy.

        Gdy tak siedzimy przy piecu, martwiąc się, co nas jeszcze czeka, przybiega chłopiec z sąsiedztwa. – Pani Kramarska, ludzie rozbierają panine płoty i komórki – zawiadamia. – To już nie moje – odpowiada.  ciotka a po chwili, ogarnia się i zbiera do wyjścia. – Zobaczę, co tam się dzieje. My też nie mamy, czym palić. – Ty się nie ruszysz. Wylecz najpierw gardło – uprzedza mnie mama. Ciotka wyszła i taką widzieliśmy ostatni raz.

Ktoś zawiadomił Niemców. Rozległy się wrzaski: halt! halt! Strzały, na szczęście, na postrach. Nadjechały budy. Zgarnęli kilkanaście osób, lokatorów ciotki, kilku sąsiadów i ją samą, ciągnącą skrzydło bramy od komórki, jak się okazało, na powrót, do miejsca ich wyrwania. Ciotka chciała zorganizować to chaotyczne niszczenie szeregu komórek. – Rozbierajcie z jednego końca, po kolei, w całości – wołała. Nie poznają. To, co zostanie będzie w całości, jak będą sprawdzać. Zacierajcie ślady Nie róbcie tyle hałasu! Nie słuchali. – Niech się pani nie wtrąca, to już nie jest panine. – Reszta nie nadaje się do powtórzenia.

Ojciec prosił o pomoc znajomych Niemców. Dowiedział się, że sprawa ciotki nie wygląda wcale źle. Odebrała tą bramę, chciała ją na powrót powiesić. Niech się trzyma tej wersji. Na wiosnę odbył się proces ciotki i pozostałych. Ojciec mógł być na sprawie, bez prawa rozmawiania z oskarżoną. Wyglądała dość dobrze, trochę blada. Uśmiechnęła się do ojca, dając znak, żeby się nie martwił. Odpowiadała spokojnie na pytania sądu. Współoskarżeni, bronili się, twierdząc, że pani gospodyni pokazywała jak rozbierać. Ciotka temu nie zaprzeczała. Litowała się nad tymi ludźmi. Było wśród nich, dwóch chłopaków w moim wieku. Zapadł wyrok: Jadwiga Kramarska, winna uczestnictwa i organizacji kradzieży mienia niemieckiego, 6 lat więzienia o zaostrzonym rygorze. Pozostali, ze względu na ograniczoną świadomość czynu, – obóz pracy, bez określenia okresu pobytu. Nie wiem czy ktoś z nich wrócił. Ciotka przyjęła wyrok spokojnie. Poruszała ustami, zwrócona w stronę ojca, gdy ją wyprowadzali, bezgłośnie mówiła: „Nie martw się”

Wyrok odsiadywała w więzieniu kobiecym w Fordonie. Rygor zaostrzony polegał, między innymi, na tym, że nie wolno jej było odwiedzać, ani przesyłać paczek. Chyba po dwóch latach, w roku 1942, dostaliśmy pierwszą wiadomość. Była to karta pocztowa z nadrukiem więzienia, zaadresowana do ojca, z dwoma zdaniami pisanymi ręką ciotki po niemiecku: Kochany bracie, jestem zdrowa i nic mi nie potrzeba. Pozdrawiam was – Jadwiga. Dziwiliśmy się skąd miała nasz adres. Wyrzuceni z Miłej, mieszkaliśmy na ulicy Skłodowskiej, która nazywała się teraz: „Amselweg”. W więzieniu w Fordonie wiedzieli o tym. To dowód jak byliśmy wszyscy pilnowani. Odpowiedź mogła być również na karcie pocztowej, po niemiecku, dużymi literami. Mieliśmy jeszcze dwa razy okazję takiej wymiany korespondencji. Jesienią 1944 roku otrzymaliśmy zawiadomienie, że ciotka, za dobre sprawowanie, zostaje zwolniona.  Podawali termin przyjazdu na stację „Leslau” (tak nazwali w czasie okupacji „niemieckie” miasto, dawniej Włocławek). Poszedłem odebrać ciotkę.

        OBRAZ TRZECI: Pociąg zatrzymał się. Kilkanaście osób przybyłych, szybko opuściło peron, bo dzień był chłodny i pochmurny. Pozostała jedna postać kobieca. Czyżby to była ciocia? Podbiegłem bliżej. Otyła, w drelichowej przykrótkiej sukience, jak gdyby „na siłę” naciągniętej i pękającej na szwach.. Bose nogi, jak dwa czerwone słupy, obute w łapcie przywiązane sznurkami. Szara chustka na głowie, czerwona, opuchnięta, twarz i bezzębne usta. – Ciociu, to ja Waldek, co oni z ciocia zrobili? – Spojrzała, odsunęła się przerażona. – Było mi bardzo dobrze, „es war sehr gut” – powtarzała po polsku i niemiecku. W ręku ściskała jakąś kopertę. To był jej cały bagaż. Zaświadczenie o zwolnieniu. Pocałowałem w opuchnięty policzek i wziąłem ją delikatnie za rękę. – Już dobrze chodźmy do domu – powiedziałem. Szła posłusznie. Wziąłem dorożkę Trudno było z niej coś wydobyć. Rozglądała się przerażona dookoła i powtarzała. – Było mi bardzo dobrze. Niemcy to dobrzy ludzie.  – Dobrzy dranie, niech ich wszystkich jasna cholera wydusi – odezwał się z kozła, dorożkarz. Zamilkł, widząc przerażenie ciotki. Nie chciał wziąć ani feniga za kurs.

Pomału ciocia, pielęgnowana przez siostry, wróciła, do jakiej takiej równowagi, Nie była to już ta sama, niegdyś pełna energii osoba. Stała się obojętną na wszystko. Nie dbała oswój wygląd. Nie interesował ją jej dom ani działka, oraz wszystko, co się wokół działo. Trudno sobie wyobrazić, że to ta elegancka, choć staroświecku brana kobieta, która wróciła, kilkanaście lat temu, ze Stanów, aby za zarobione tam pieniądze, spędzić spokojnie resztę życia w Ojczyźnie. Pogodziła się z losem. Dożyje późnego wieku, pod opieką młodszych sióstr Władzi, Stefy i Hanki.

        Spośród tych, którzy rozbierali te nieszczęsne komórki, wydaje mi się nikt nie wrócił. Żal mi dwóch chłopaków w moim wieku. Dziwne są „igraszki losu”. Biedni ludzie, za kawałek drewna, cierpienia i śmierć. Pociągnęli za sobą Bogu ducha winną ciotkę. Mnie uratowało chore gardło. Opatrzność? Czy ona zajmuje się takimi „nano- drobiazgami”, w porównaniu ze sprawami Wszechświata? Przekonało mnie zasłyszane wyjaśnienie filozofa i fizyka- astronoma, księdza Hellera:, Jeśli trzymamy pionowo w dwóch palcach, ołówek nad kartką papieru i puścimy go, to spadnie i zostawi znak na kartce. To, że spada pionowo, to jest prawo ciążenia, „prawo boskie”, ale, w którą stronę się przewróci, to już splot warunków fizycznych, którymi Bóg się nie zajmuje. Może i tak. Bóg daje ostrzeżenie: „Nie kradnij!” „Nie zabijaj!” – Reszta, to WOLNOŚĆ człowieka i splot okoliczności.

Rozdział XIV. PRZEDŁUŻYĆ OKRES POKOJU

            Muszę wrócić do poprzedniego rozdziału. Pytano mnie, co to znaczy, że Wolność jest „dana i zadana”? Nie mnie wyjaśniać słowa błogosławionego Jana Pawła II. Trzeba czytać wspaniałą homilię i przemyśleć.

 Są tacy, którzy uważają, że wszechświat i życie powstały z wirowania kosmicznego wiatru w kosmicznej wirówce, tylko jeszcze nie doszliśmy do tego, kto nią kręcił. Są przekonani, że „Wolności nikt nie dawał ani nie zadawał. Homo sapiens sam ją sobie wziął, w efekcie ewolucji. Człowiek „się kończy” wraz ze śmiercią a Ziemia zginie w ogniu umierającego Słońca.  Szanuję ten pogląd, jak i inne, jeśli są szczere i służą tworzeniu dobra a nie niszczeniu, podporządkowywaniu sobie innych i deptaniu ich uczuć. Sama teoria jest nawet bardzo wygodną. Na zabawach „budowlańców” ryczeliśmy:, „Co użyjem to dla nas, bo za sto lat nie będzie nas!”. Wiara w Boga to łaska. Dał tylko człowiekowi wolną wolę i niczym nieograniczoną wolność. Inne stworzenia mają ją jedynie, w zakresie obowiązku zapewnienia bytu, prokreacji i zachowania gatunku. I u człowieka jest to pewien „łańcuch ”, krępujący wolność ducha.

Mój znajomy mnich buddyjski, uważał, że to jest „zniewolenie przez ciało”. Proponował: „Zostań, pozbędziesz się tej niewoli. Będziesz wolny”.
Staram się zrozumieć słowa Papieża. „Egzamin z wolności, to jest obrona niepodległości kraju oraz wartości duchowych Kultury Narodu, wyrosłych na pniu chrześcijańskiej kultury europejskiej i doskonalenie ich w MIŁOŚCI I SZACUNKU dla drugiego człowieka. Większość naszego Narodu, zdała go w okresie międzywojennym. Dla wielu były ważniejszymi niż życie.
                                                                ***                    
            Uff… mamy znowu, kończący się rok 1935. Życie toczy się swoim rytmem. Rodzina się powiększa: Ciotka Janka Stachurska urodziła córeczkę Elunię. Wujek Antek czeka na syna, który przejąłby kiedyś restaurację. U nas, na Miłej, piekarnia i ciastkarnia prosperują coraz lepiej. Popyt na tanie, ale smaczne ciastka stale rośnie. Drożdżówki „jagodzianki” w sezonie, lub z marmoladą czy serem, idą jak woda. Bardzo smaczne były makowce i ciastka z makiem. Było specjalne urządzenie z walcami gniotącymi ziarenka. Szkoda, że mak stał się niebezpieczną rośliną, dla zdrowia słabego moralnie społeczeństwa, że zniknął prawie całkiem. Nasz cukiernik pan Jaskólski był zdecydowanym lewicowcem. Miał żal do Piłsudskiego, za to, że wysiadł z „czerwonego tramwaju” na przystanku: Wolność. Zaglądałem chętnie do pracowni cukierniczej, nie, dlatego, żeby coś słodkiego mnie tam przyciągało. Zaraz na początku zastosowali wobec mnie, stary system „odwyku”, stosowany wobec uczniów cukierniczego fachu. Częstowano mnie resztką pysznego kremu, pozostałego w misce. Trzeciego, czy czwartego poczęstunku, musiałem odmówić i od tej pory rzadko i delikatnie, degustowałem wybrane ciastko. Pomagałem Wackowi i chętnie przysłuchiwałem się dyskusjom. Cukiernik, pan Jaskólski był sympatykiem PPS. Przynosił czasem gazetę „Robotnik” Piekarz, pan Garnuszewski, był uczestnikiem wojny rosyjsko – japońskiej 1905 roku. Kilka lat spędził w niewoli japońskiej, jego kolega Grzelak, pierwszą wojnę kończył, jako żołnierz rosyjski, w niemieckiej niewoli. Wszyscy trzej byli pacyfistami. Dyskusje, ilustrowane wspomnieniami wojennymi, były nieraz ożywione a dla mnie, bardzo ciekawymi.

            Z Targów Poznańskich, ojciec przywiózł prospekt niemieckiego, trzykołowca rowerowego, ze skrzynią do przewozu towarów. Omówił z panem Kulką z ulicy Brzeskiej, właścicielem montowni rowerów, wykonanie dwóch takich egzemplarzy. Wkrótce przyjechały na Miłą, lśniące świeżym lakierem. Skrzynie były przystosowane do umieszczenia w nich blach z ciastkami. Stasiu Galczak i Wacek Świątek zapewniali, przy pomocy tych pojazdów, bieżąca dostawę do klientów, świeżych jeszcze ciepłych wypieków. W Indiach przekonałem się, że praktyczniejszy jest pojazd – riksza.  Pedałujący „kierowca na przedzie i napęd na tylnie koła z częścią pasażerską, lub bagażową. 

            Staram się przypominać sobie, jak były odbierane i komentowane wydarzenia polityczne w Polsce i za granicą. Przysłuchiwałem się tym dyskusją z zainteresowaniem. Chłonąłem jak gąbka oceny. Po latach przekonałem się, że były trafne. Tak jak polityka polskiego Rządu, dla której najważniejszym było nie zatracenie „Ducha Narodu”, jego suwerenności, który nawet, jeśli stracą wszystko i zginą, odżyje w następnych pokoleniach i nigdy nie będzie wywieszał „białej flagi”. 
Konstytucja kwietniowa, uchwalona w 1935 roku, dała pełnię władzy Prezydentowi RP. Łatwo sobie wyobrazić, jak potoczyłaby się historia, gdyby podzielony politycznie Sejm blokował ważne, postulaty służące wzmocnieniu gospodarczemu i obronności państwa. Jak skrępowaną byłaby dyplomacja polska w konfrontacji z przebiegłością wrogów i wyrafinowaniem sojuszników. Rząd emigracyjny też nie miałby podstawy działania. Powiecie: I tak to guzik dało! – Tu się nie zgadzam i twierdzę, że dziś, bylibyście sporą, republiką radziecką, co do ważności, to między Białorusią a Ukrainą.

            Ojciec, wzoruje się na swym „idolu”, ministrze Eugeniuszu Kwiatkowskim: „Nie zważając na sytuację, trzeba do końca robić swoje!”. Minister zostawia innym potyczki polityczne. Jego zadanie, to budowa przemysłu obronnego, przy napiętych terminach realizacji. Nie zapomina o innych, ważnych dla społeczeństwa, inwestycjach. Gdy, w 1934 roku zaskoczyła wszystkich powódź letnia. Wylał Dunajec, Raba i inne rzeki Podkarpacia, Rząd reagował natychmiastową pomocą, oraz radykalnym rozwiązaniem zagrożenia. Przystąpiono do budowy zapory i zbiornika retencyjnego w Rożnowie.
Martwiliśmy się, bo na koloniach letnich w Rabce, była moja młodsza siostra Dziunia. Wraca wesoła, pełna wrażeń, sześcioletnia bohaterka. Opowiada z przejęciem: – Woda była dookoła ogromna. Nic się nie bałyśmy. Aż po nas przypłynęła taka wielka łódź z żołnierzami. Oni nas przenosili do tej łodzi. A mnie to przenosił sam pułkownik. – Skąd wiesz, że to był pułkownik? – Pytam. – Bo czterech żołnierzy go słuchało a na naramiennikach miał takie dwa srebrne paski, co mówiłeś, że oznaczają pułkownika.  – A gwiazdki? – Na pewno też były, tylko nie zauważyłam, bo już robiło się ciemno.

 Buduje się nowe mosty, między innymi we Włocławku. Po Gdyni, Minister Kwiatkowski zajmuje się, równie energicznie, nowym wielkim projektem. W widłach Wisły i Sanu, powstaje Centralny Okręg Przemysłowy. Tu ma być centrum realizacji polskiej myśli technicznej, najnowocześniejszy w świecie, przemysł metalurgiczny i zbrojeniowy, zatrudnienie dla setek tysięcy ludzi. Równolegle z budową, są wdrażane do produkcji, polskie, wynalazki i rozwiązania. Wywiad niemiecki „łamie zęby”, chcąc je zdobyć. Polska szkoła matematyczna, kryptologia, nowoczesna chemia przemysłowa, nie mają równych na świecie.

            Ostatnio dowiaduję się, że według posiadanej i przekazywanej wiedzy, wśród instytucji naukowych i wyższych uczelni świata, Polska Akademia Nauk jest w środku trzeciej setki a najwyżej notowany, Uniwersytet Jagielloński, zajmuje miejsce w szóstej setce. W pierwszych latach powojennej odbudowy, miałem możność poznać, solidność i rozmach dawnych inwestycji. Jako niedouczony technik, pracowałem i uczyłem się, niestety tylko przez dwa lata, pod kierunkiem inżynierów, organizatorów i kierowników tamtych inwestycji. Niektórzy wrócili z Zachodu, z dużym doświadczeniem, doskonałymi pomysłami i chęcią służenia Ojczyźnie. Przyszła „wschodnia organizacja i technika”. Tego zmarnowanego potencjału i czasu, straconego na miernotę, nikt już nie zwróci.

            W naszym domowym kółku dyskusyjnym, spodziewano się, że sprawy wojskowe, po śmierci marszałka, zostaną powierzone generałowi Kazimierzowi Sosnkowskiemu, rzeczywistemu doradcy Piłsudskiego, albo może wróci z Francji, generał Władysław Sikorski. Zaskoczeniem było, gdy się okazało, ze powierzono je generałowi Edwardowi Rydzowi Śmigłemu. Ojciec podsumował dyskusje: „Znam go z wyprawy i odwrotu z pod Kijowa. Odważny, był w pierwszej a po tym na ostatniej linii. Dobry wykonawca rozkazów marszałka. Teraz do rady potrzeba kilku mądrych głów. Tamci może byliby zbyt samodzielni.”

 Politykę zagraniczną Polski prowadzi, według wytycznych Piłsudskiego, minister Józef Beck.  Polsce udało się zatrzymać w roku 1920 marsz na Europę „czerwonej zarazy”, wyłącznie własnymi siłami. Byliśmy wspierani resztkami uzbrojenia z demobilu i „dobrymi radami”.  Na Zachodzie rośnie nowa groźna siła, tworzona przez rewizjonistów niemieckich, pod wodzą demagoga – psychopaty. Minister posiada dobre rozpoznanie sytuacji.  Zdaje sobie sprawę, że w razie ataku na Polskę, sojusznicy postąpią podobnie, jak przed laty. Wywiad polski przekazał już dawno informacje o łamaniu w republice weimarskiej, układu pokojowego, ustalającego wielkość i rodzaj sił zbrojnych Niemiec, napływają dalsze dowody.

            Mój znajomy, ze Związku Inżynierów, inż. Janusz Berbecki, bratanek generała Leona  Berbeckiego, wspominał mi, że stryj opracowywał, na rozkaz Marszałka, plan ataku prewencyjnego na Niemcy, przy udziale dawnej antyniemieckiej koalicji. Niestety, dawni koalicjanci nie dorośli jeszcze do zrozumienia, konieczności likwidowania takich awanturników jak Hitler, zanim urosną w potęgę.

            Niemiecki przemysł lotniczy, w tajemnicy, pod „przykrywką” rozwoju komunikacji lotniczej, opracowuje projekty i organizację produkcji samolotów bojowych. Od roku 1933, gdy Goering stał się odpowiedzialnym za rozwój lotnictwa i wywłaszczono Hugona Junker’a, przeciwnika nacjonalizmu, jego zakłady i Meserschmidta, pracują prawie oficjalnie samoloty dla „Luftwaffe”.  Stocznie marynarki wojennej budują, tak zwane, „kieszonkowe pancerniki”, o dopuszczonej wyporności, ale potężnej sile ognia i wzmocnionym opancerzeniu. Powstają projekty łodzi podwodnych. Realizuje się projekty i programy wielkiej produkcji. Powstaje sieć autostrad, co jest, w zasadzie, inwestycją pokojową, ale potężne betoniarnie przygotowane są do budowy bunkrów, sieci schronów i całych fabryk podziemnych. Zespól generałów pierwszej wojny, pracuje nad systemem szkolenia, przyznanej 100 tys. armii, dla umożliwienia wielokrotnego jej powiększenia. Powstają organizacje paramilitarne, szkolące pilotów i kierowców ciężkich pojazdów, czytaj: czołgów. Zachwycone tłumy wiwatują na cześć uwielbianego Fuehrera. Dał już pracę i rozrywkę a ile obiecuje! Przygotowuje się Olimpiadę 1936 roku w Berlinie.

            Nasi włocławscy Niemcy, znajomi ojca, opowiadają o tym. Jedni z zachwytem, inni w zaufaniu, z pewną obawą, co z tego wyniknie. Kolega szkolny ojca i przyjaciel, mój nauczyciel niemieckiego, pan Schendel w wielkiej tajemnicy opowiada o „nocy długich noży”, gdzie wymordowano kierownictwo SA (oddziałów szturmowych). Ich dowódcę Rhoema, swego, doradcę i współtwórcę partii, podobno zastrzelił sam Hitler.- Może się dranie sami wystrzelają – mówi szeptem pan Fritz.

            Minister Beck widzi niekorzystny dla Polski stosunek sił i nieporadność Ligi Narodów, która miała zapewniać pokojowe rozwiązywanie zatargów międzypaństwowych. Jedynym wyjściem dla Polski jest utrzymanie jak najdłużej pokoju w Europie i przeciwdziałanie polityce Niemiec. A jednocześnie, utrzymywać jak najdłużej Hitlera w niepewności, co do ostatecznego stanowiska Polski. Może rząd polski się przestraszy i ustąpi dobrowolnie a jeszcze lepiej, może zostanie trzecim sojusznikiem. Czyżby nie zdawali sobie sprawy, że przegrają, stracą nie tylko „stołki”, ale może i życie?
Realną jest groźba „Anszlusu” (przyłączenia) Austrii, co zmienia radykalnie układ sił, wzmacniając Niemcy. Podjęto wprawdzie próby zawarcia sojuszu obronnego państw naddunajskich i Austrii, do którego przyłączyłaby się Polska i Włochy. Nad tym pracuje polska dyplomacja. Po zamordowaniu kanclerza austriackiego Dolfusa a następnie, króla Jugosławii Aleksandra, oraz ministra francuskiego Barthou, niemożliwym stało się pogodzenie interesów skłóconych narodów bałkańskich. Na Wschodzie rośnie druga zbrodnicza potęga, przygotowująca się do kolejnej próby, podboju świata, po trupie „pańskiej” Polski. Niesie chwytliwe hasła obrony uciskanego proletariatu. Zdobywa zwolenników. Komunista Leon  Blum, premierem Francji.

Rząd niemiecki ogłasza remilitaryzację Nadrenii. To był pierwszy krok, badanie reakcji sygnatariuszy układu wersalskiego. Hitler ukrywa jeszcze zbrojenia, jednocześnie grozi siłowym naprawieniem „krzywd” wyrządzonych Niemcom: Na pierwszym miejscu Wolne Miasto, zamiast niemieckiego wyłącznie, Gdańska i oddzielenie Prus Wschodnich „polskim korytarzem”. Dalsze krzywdy, to czeskie Sudety, z niemiecką większością, zdemilitaryzowana Nadrenia i zakaz zwiększania armii.  To musi zostać skorygowane.  Ukrywane są plany, chorego umysłu. Jak się okazało – panowanie rasy germańskiej w środkowej i wschodniej Europie, z zamianą Słowian w, posłusznych jej, niewolników/
Wykrętna polityka Wielkiej Brytanii, oraz fakt, że odpowiedzią, na remilitaryzację Nadrenii, był tylko, nic nieznaczący, protest „pro forma” Francji, przekonały Hitlera, że może iść dalej a Musolliniego, że tylko z silnym partnerem zrealizuje swoje mocarstwowe plany, spadkobiercy „Imperium rzymskiego”. Duce wykorzystał drobny zatarg graniczny, rzekome znieważenie flagi włoskiej na granicy włoskiej Erytrei. Grozi wojną Abisynii. Sprawę sojuszu obronnego, przed ekspansją Niemiec, zaduszono w zarodku. Hitler miał ręce rozwiązane. Austriacy, byli gotowi wpaść w nie, z entuzjazmem i nadzieją odbudowy dawnej potęgi Habsburgów.

Hitler zdobył włoskiego partnera. Nie rezygnuje jeszcze z wciągnięcia Polski do bandyckiego sojuszu. W marcu 1935 roku Niemcy ogłaszają następny krok: utworzenie armii „pokojowej” 550 tys. żołnierzy.
W czasie okupacji dowiedziałem się, że szeregowi tej armii byli w większości, bardzo dobrze wyszkolonymi podoficerami – instruktorami a kurs podoficerski, to faktycznie szkoła oficerska i tak dalej. Nic dziwnego, że w krótkim czasie po wybuchu wojny, łatwo powiększyli tą armię do 17 milionów. Czy wywiady europejskich, rzekomych mocarstw, tego nie widziały? Międzynarodowa finansjera węszy dobry interes na dostawie surowców. Warto dla niego poświęcić tysiące niemieckich Żydów, czy niepodległość drobnych krajów. Groźniejszym od „kulturalnego Niemca”, „wschodni barbarzyńca”.

            Jesień 1935 roku to jeszcze jedno, absorbujące nas w szkole, wydarzenie. Na początku października, Włosi rozpoczynają wojnę w Abisynii. Polska przyłącza się do sankcji ekonomicznych i embarga na dostawę broni, mających zmusić Mussoliniego do przerwania agresji. Mussolini przestaje być przyjacielem Polski. Wycofuje delegację kombatantów, która miała brać udział w sypaniu kopca marszałkowi Piłsudskiemu. W gabinecie geograficznym, studiujemy szczegółową mapę Afryki wschodniej.

            Święta Bożego Narodzenia. Przyjechała ciotka Ada z prezentami. Dostałem książkę „Ostatni Mohikanin”, już nie pamiętam autora i oryginalną „finkę”. Trochę krótkie ostrze, bo to nóż dla młodzieży, ale ostry jak brzytwa. Tu wspomnę śmieszne wydarzenie. Na drzwiach do kuchni wisiała „stora” z grubego materiału. Wstaję rano a mama: Tą finkę ci zabieram. Zobacz, co zrobił – zwraca się do ojca.  W storze pionowe rozcięcie, na kilkanaście centymetrów. Już otwieram usta żeby się oburzyć, bo nic o tym nie wiem. Patrzę na ojca i zrozumiałem. Zbiegła się cała dzieciarnia. Biorę winę na siebie.  Autorytet ojca rodziny uratowany.

            Co nam przyniesie Nowy Rok 1936?  Ciotka Ada pracuje, jako instruktorka w szkole ogrodniczej w Zaleszczykach, na granicy polsko rumuńskiej. Ma duże mieszkanie służbowe na terenie szkoły, wśród pięknych winnic, sadów morelowych i brzoskwiniowych, pól arbuzów i melonów. Ciotka zaprasza nas wszystkich na najbliższe wakacje. Miejsca starczy dla całej naszej rodziny.
W klasie kibicujemy biednym Abisyńczykom. Walczą archaiczną bronią z uzbrojonymi po zęby oddziałami włoskimi i odnoszą sukcesy. Włoskie gazety wprawdzie podają, że mają dowody na dostarczanie nowoczesnej broni Etiopczykom, przez Francję i Wielką Brytanię. Podobno nawet znajdują polską amunicję. W maju Duce ogłasza koniec wojny. Króla Wiktora Emanuela, mianuje cesarzem Etiopii. Minister Spraw Zagranicznych, hrabia Ciano, nie przestaje okazywać sympatii Polakom.

            Sytuacja polityczna komplikuje się coraz bardziej. Polska w centrum zainteresowania na skalę, chyba, jakim się cieszyła tylko w XVII wieku. Od stanowiska Polski zależy przedłużenie zagrożonego pokoju.   Czy przyjmie propozycje sojuszu z jednym z potencjalnych agresorów, z prawa lub z lewa? Czy przestraszy się ich rosnącej siły? Informacja o każdym wystąpieniu polskiego ministra lub polskich dyplomatów, jest podawana na pierwszych stronach najważniejszych dzienników prasy światowej a treść szeroko komentowana. Minister Beck lawiruje między bandytami, przygotowującymi się do napadu a krętaczami we frakach i smokingach, drżącymi o swój stan posiadania, gotowymi go bronić, do ostatniego – obcego żołnierza. Chce zdobyć dla kraju czas. Mamy układy o nie stosowaniu przemocy ze Związkiem Radzieckim i z Niemcami, umowę sojuszniczą z Francją. Dziwnie długo przeciągają się uzgadniania układu o wzajemnej pomocy na wypadek agresji z Wielką Brytanią. Takiego układu jeszcze nigdy nie było w historii. Czy minister wierzył w sojusze i układy?
W Londynie, po wielu latach, poznałem męża pasierbicy ministra Becka i opiekuna jego żony. Był doskonałym brydżystą. Pytałem go o politykę ministra. Zamyślił się. – Jeśli się ma partnerów, którzy oszukiwali w licytacji, trudno wygrać nawet z kiepskim przeciwnikiem. – Nie wiem czy mówił o sobie czy o ministrze.

            Ciocia Hanka zapraszała nas od dawna. Jedziemy zobaczyć nasze morze i nowy port Gdynię. Alinka, Dziunia i ja, wyruszamy pod opieką taty. Biedna mama, jest pokrzywdzona, musi się opiekować młodszymi dziećmi.
Pociąg pośpieszny, jedzie przez teren Wolnego Miasta Gdańska.  Tczew jest stacją graniczną. Tu pociąg zatrzymuje się trochę dłużej. Wagony są zamykane i plombowane. Na peronie ojciec zobaczył swego znajomego, stoi w grupce kolejarzy: -Józek! – Woła. – Nieznajomy odwraca się; - Kazik! – Kopa lat!. Zaraz do ciebie przyjdę. Podpisuje jakieś papiery, żegna się z kolejarzami i wsiada do naszego wagonu. Po chwili wpadają sobie z ojcem w ramiona. - To moje pociechy – przedstawia nas ojciec. Kolega z wojska, nazywa się Maślanko. Jest inspektorem celnym na tym odcinku granicy. Opowiada o swej, niezbyt przyjemnej i nie bardzo bezpiecznej pracy. Przemytnicy działają w obie strony. Ze strony Niemieckiej, to nie tylko zapalniczki, czy igły do szycia ręcznego i do maszyn. Bardziej groźne – wyjaśnia mi ojciec.
            Wujostwo mają mieszkanie w nowej willi, na obrzeżach miasta, przy zalesionych wzgórzach. Mieszkanie nowoczesne, ze wszystkimi wygodami.. Dziewczynkami zajmuje się ciocia Władzia, która pomaga w prowadzeniu gospodarstwa cioci Hance.
 Tata zabiera mnie na spotkanie z panem Maślanko. Podziwiamy miasto i port. Kilka dni temu, nad Zatoką Gdańską wydarzyła się katastrofa lotnicza. Zginął pilot, główny inspektor Lotnictwa Wojskowego, generał Orlicz Dreszer. Obaj znali generała z czasów wojny, jako odważnego i zdolnego oficera. Pan Maślanko ma wstęp na bazę Marynarki Wojennej na Oksywiu i znajomych oficerów. Zabiera nas. Oglądamy naszą dumę, kontrtorpedowce Wicher i Burza. Wszyscy żałują generała. – Nie wyszedł z wirażu nad zatoką – opowiada świadek katastrofy.

Płyniemy, tym razem ze wszystkimi dziewczynkami i ciocią Władzią, statkiem wycieczkowym na Hel. Tu znowu tragiczne wydarzenie, Słychać strzał na dolnym pokładzie i krzyk: Człowiek za burtą!  Maszyny stop. Marynarze nie pozwalają gromadzić się na burcie, po stronie wypadku. Nazajutrz jest notatka w gazecie. Denat przegrał dużą kwotę w kasynie w Sopocie. Przechylił się za burtę i jeszcze, dla pewności, strzelił sobie w głowę. Na Helu wspaniałe świeżo wędzone, jeszcze cieple flądry z bulką, wszędzie zapach wędzonych ryb. Oglądamy typowe, kaszubskie chaty rybackie, suszące się sieci zacumowane od strony zatoki liczne kutry i lodzie rybackie. Cypel półwyspu, to strefa wojskowa. Ojciec pokazuje mi z daleka widoczny, bunkier. Tam są działa obrony wybrzeża. Kupujemy korale z bursztynu, na prezent dla mamy, dziewczynki wybierają sobie broszki z mewami. Wracamy.
W Gdyni, na nabrzeżu jachtowym, stal zacumowany, nasz piękny żaglowiec „Dar Pomorza”. Wybraliśmy się z tatą, aby mu się przyjrzeć. Dochodzimy. Mija nas samochód i podjeżdża do trapu. Wysiada i wchodzi sprężystym krokiem, starszy pan, w mundurze kapitana statku. Typowy wilk morski. Rozlega się gwizdek. Pręży się dyżurny marynarz. – To jest generał Mariusz Zaruski – wyjaśnia ojciec. Wiem, kim jest generał. Oficer carskiej marynarki, żeglarz, taternik, organizator „Sokoła”, legionista, generał brygady, organizator polskiego skautingu i Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego, organizator polskiej marynarki wojennej i na starość tylko kapitan szkolnego żaglowca.  Dla ilu ludzi starczyłoby jego zasług dla ojczyzny? Jacy karłowaci są dzisiejsi działacze.
Wracamy pełni wrażeń do Włocławka. W uszach brzmi piosenka: - Morze, nasze morze, pilnie ciebie będziem strzec…”.

            Na wakacje przyjechał z Poznania Marian. Skończył tam szkolę budowlaną. Na praktykę wybiera się do Warszawy, do firmy wuja Gawryszyńskiego, jednej z wykonawców pierwszego „wieżowca „ warszawskiego (14 pięter). Niema się, co śmiać! Jeszcze takich niewiele budowano w Europie. Konstrukcja wytrzymała wielodniowe bombardowanie artyleryjskie a lokatorzy przeżyli w dobrze zaprojektowanym i wykonanym schronie. Natomiast, cała dzielnica, wybudowana, w przodującej technice wielkopłytowej, na Kamczatce, złożyła się jak domki z kart, przy niewielkim trzęsieniu ziemi, przygniatając mieszkańców. Ot technika! 
Na razie towarzyszę memu bratu ciotecznemu, jak dawniej. Odwiedzamy jego kolegów, pasjonujemy się Olimpiadą w Berlinie i wynikami naszych sportowców.  Niestety nie ma telewizji. Nie możemy widzieć zwycięstw fantastycznego, czarnoskórego biegacza USA Owensa. Trzy złote medale.

            Ostatni rok szkoły powszechnej, szósta klasa. Nadeszła zima i wczesny śnieg, wybiegaliśmy na przerwach na boisko, urządzaliśmy bitwy na śniegowe kule. W szkole przeżywamy tragedię. Zmarł kolega z naszej klasy, Stasio Elewtedianes. Był na internacie. Jego organizm przywykły do klimatu cieplej Grecji, nie wytrzymał. Nabawił się zapalenia płuc. Ówczesna medycyna była bezradna. W pogrzebie uczestniczyła nasza szkoła i S.S. Urszulanek. Noemi, siostra Stasia, była koleżanką mej siostry  Alinki. Rodzice przywieźli ich do ojczyzny matki, żeby ją lepiej poznali i jedynego syna zostawili w tej ziemi na zawsze.
             Zostają zaostrzone represje za działalność szkodzącą gospodarce i polityce państwa. Pojawiają się nazwy: Twierdza Brzeska”, „Bereza Kartuska” i nazwisko wojewody, czy starosty: „Kostek Biernacki”, który jest odpowiedzialnym za te miejsca odosobnienia. Zdania są podzielone. Nikt nie ma nic przeciwko temu, żeby osadzać tam oszustów, czy sabotażystów, w tak trudnym dla kraju okresie, ale przeciwników politycznych, to przesada. – Nie powinni brać przykładu z sąsiadów – stwierdził nasz, sąsiedzki  Aeropag. Oj kochani, przekonacie się, co to są obozy!

            Wojsko, budowa przemysłu i szkolnictwo to główne priorytety Rządu. Zacieśnia się współpraca z Francją.  Wizyty generała Rydza Śmigłego we Francji i generała Gamelin w Warszawie, skutkują przyznaniu Polsce pożyczki na zbrojenia. 2 Miliardy franków, wypłacane przez cztery lata po 500 milionów rocznie. Z tego 800 milionów ma być wydane na zakup najnowszych dział, produkcji francuskiej. Śpiewamy: „…nikt nam nie weźmie nic, nikt nam nie zrobi nic, bo z nami Śmigły, Śmigły, Śmigły Rydz!”  Jak to nigdy nie można przesadzać!
Wybucha wojna domowa w Hiszpanii. Generał Franko, z oddziałami z wysp kanaryjskich i Maroka, włącza się do walk, po stronie przeciwników komunistycznego rządu. Pomocy udzielają mu Włosi i Niemcy. Rządowi ludowemu przychodzi z pomocą Związek Radziecki. Gazety opisują bestialstwa oddziałów komunistycznej milicji. Utkwił mi w pamięci opis, jak ludzi wypędzonych z kościoła, otoczyli długą liną żeglarską, żeby się nie rozbiegli i wymordowali krzyżowym ogniem karabinów maszynowych.  Mordy, rabunki, gwałty. Jesteśmy wszyscy za zwycięstwem generała Franco.

            Rok 1937. Wiosna, to działania Włoch, na wszystkich frontach, w celu stworzenia wrażenia w kraju i za granicą, ich imperialnej potęgi. Z dużymi trudnościami podbili Etiopię. Świat przyjmuje ten fakt do wiadomości, gorzej z uznaniem panowania włoskiego „de jure”. Cesarz Heile Selasie, reprezentuje prawowitą władzę. Musolini mianuje króla Włoch cesarzem Etiopii, przy jego nieobecności w parlamencie. Niemcy uznają ten tytuł i włoskie panowanie. Widoczne umacnianie współpracy i kontaktów włosko niemieckich. Marszałek Goering spędza urlop we Włoszech. Minister hr. Ciano, z honorami przyjmowany w Berlinie i górskiej siedzibie Hitlera w Berchtesgaden.
- To niedobrze, że już się zwąchali do rabunku słabszych, – stwierdza jeden z „polityków” w restauracji wujka Antka. Wujek odkłada gazetę: -Piszą, że Beck po konferencjach z Francuzami, jest z wizytą w Londynie. Wydali komunikat o zgodności poglądów ministra Becka z ministrem Edenem.To znowu dobrze. Mamy układ obronny z Francją, jeszcze zawrzemy podobny z Angolami. -  Niemcy mogą nas … - podsumowuje dyskusje inny jej uczestnik.

            Polityka ministra Becka, to bliska współpraca dyplomatyczna i z Francją, pod warunkiem samodzielnego decydowania Polski w sprawach jej stosunków z Niemcami tak samo z W. Brytanią, ale sojusz wojskowy, na wypadek agresji zbrojnej, skierowanej przeciw jednej ze stron. Hitler niby pragnie jak najlepszych stosunków z Polską, ale jego „Gauleiter” w Prusach, szykanuje Polaków.  W Gdańsku, oficjalnie głoszą rychłe przyłączenie do Rzeszy. Polski ambasador w Berlinie przekazuje żądanie oficjalnego zdementowania tych oświadczeń i normalizacji warunków życia Polaków w Gdańsku. Hitler udaje przychylność. Nawet przyjmuje polską propozycję tekstu oświadczenia. W ogłoszonym oświadczeniu rządu Rzeszy, jest tylko mowa o poprawnych stosunkach w strefach przygranicznych. Może Hitler liczy na rozwój w Polsce nacjonalizmu. Powstała patia ONR – Obóz Narodowo Radykalny, następnie OZN  – Obóz Zjednoczenia Narodowego. Tylko przywódcy, to byli patrioci, nie zdrajcy.
Generał Edward Rydz Śmigły, jest Marszalkiem i pierwszą osobą w państwie po prezydencie RP. W lutym słuchaliśmy, nadawanej przez radio deklaracji założyciela i prezesa OZN, pułkownika  Koca. Ma zjednoczyć wszystkich Polaków, pragnących silnej i sprawiedliwej Polski.
- Właściwie, to powtarza to, czego chce Walery Sławek i BBWR – oceniają nasi piekarniani komentatorzy. Tak, ale tamta, to była ekipa starego marszałka a teraz mamy nowego. Jak ten Się zmęczy, to wróci tamten – wyjaśnia ojciec. – Ja tam się jednoczę pod „Kocem” – oświadcza pan Jaskólski i wszyscy wybuchają śmiechem.
Ten typ wymiany ekip rządzących, spokojny i sprawny, jak przekazywanie pałeczki w sztafecie, czy zmiana prowadzących kolarzy w wyścigu zespołowym, to wśród rządzących, cecha prawdziwych „mężów stanu” i patriotów, których celem jest tylko dobro Ojczyzny. Te cechy tworzy wychowanie, tradycja i kultura. Tego trudno się dzisiaj dopatrzyć. Nie wspiera się lidera, aby mógł wypocząć, tylko kij w szprychy. Może fiknie a ja zostanę na czele stawki. -  Metoda wygryzających się szczurów.

            We Włocławku wielka uroczystość. Uchwalono, że nowy most będzie się nazywał „imieniem Marszałka Edwarda Rydza Śmigłego”. Marszałek ma dokonać uroczystego otwarcia. Nasza szkoła ustawia się, w pierwszym rzędzie widzów, wzdłuż chodnika, na ulicy 3-go Maja. W klasie mieliśmy kolegę, spokojny i grzeczny chłopaczyna, nie pamiętam jego imienia i nazwiska. Był synem kolejarza z którejś stacyjki, pod Włocławkiem. Dojeżdżał pociągiem i odrabiał lekcje na stacji. Okazało się, że ze względu na niewysokie zarobki ojca, był zwolniony z czesnego. Uczył się średnio, ale był mistrzem w gwizdaniu na palcach. Dostał przezwisko: „kanarek”. Próbował i mnie nauczyć swej sztuki. Bezskutecznie. Gdy tak stoimy oczekując na przyjazd dostojnego gościa, nasz nauczyciel pan Piotrowski uprzedza: - Chłopcy, jak będzie przejeżdżał Marszalek macie krzyczeć, tak żeby was za Wisłą było słychać: Wiwat! Niech żyje! Możecie klaskać w ręce, no wiecie żeby było dużo szumu! – Czekamy. Wreszcie od Placu Wolności słychać wiwaty. Marszałek jedzie otwartym landem zaprzężonym w dwa białe konie, w asyście naszych notabli i szwadronu kawalerii. Krzyczymy wymachujemy czapkami. To samo podskakujący obok mnie „kanarek” i nie wiem, co mu odbiło, włożył palec do ust i jak nie gwizdnie. Jestem pewien, że to było z radości. Za nami, jakiś dryblas przepycha się przez tłum. Widzę dwie ręce na ramionach „kanarka” i jak „wyfruwa” do tyłu i tyle go widzieliśmy. Już w szkole się nie pokazał. Chodziłem do kierownika szkoły powszechnej, pana Duczmala, on też był przekonany, że to było głupie okazanie radości. Nic nie mógł zrobić. Wredny Olek Liedke, przyszły kadet Wehrmachtu, którego ojciec jest starszym inspektorem PKP, wciąż udaje polskiego patriotę i on najbardziej potępia „kanarka”.

            W szkole i w domu śledzimy wydarzenia w Hiszpanii. Nie widać końca krwawej wojny domowej. Czytamy o bestialstwach milicji komunistycznego rządu, o mordowaniu księży i zakonników, gwałceniu kobiet. Podziwialiśmy męstwo polskiego konsula, który, gdy komunardzi szykowali się do staranowania bramy na teren konsulatu, wypełnionego tłumem uciekinierów, stanął przed nią i zawołał: „Najpierw zabijcie mnie To jest teren Rzeczpospolitej Polskiej i ja ją tu reprezentuję!” Po krótkiej naradzie, zrezygnowali z ataku. Uratował biednych ludzi. Nic dziwnego, że w tej sytuacji sprzyjaliśmy generałowi Franco.

            Promocja do pierwszej klasy gimnazjum. Żegnam się z mundurkiem zapinanym pod szyję. Wyrosłem z niego i jest dosyć sfatygowany przez te cztery lata. Przyniosłem prospekt z nowym modelem. Kurtka dwurzędowa, jak oficera marynarki, na rękawach jeden wąski, złoty pasek na błękitnej podkładce. Jeszcze siedem lat, jak chce ojciec, a może uda się, że tylko cztery i szkoła policyjna. Pracownia krawiecka pana Jaźwieckiego dostaje pilne zlecenie. Na ważniejsze okazje w czasie wakacji, muszę mieć, aktualnie przysługujący mi mundur.

            W lipcu jedziemy do Zaleszczyk. Ciotka Ada zaprasza i przekonuje, żeby wykorzystać okazję, póki ma tak doskonale warunki mieszkaniowe i nieprzebraną ilość naturalnych witamin dla dzieci. Wybór pada na Alinę, Bożenkę i mnie. Mamy zniżki szkolne na kolej. Polskie Koleje Państwowe dają możliwość taniego przejazdu na wakacje. Za dzieci i ich opiekuna płaci się tylko w jedną stronę, powrót jest bezpłatny. Po ożywionej dyskusji, mama z Dziunią i Jurkiem zostaje w domu. Alinka, Bożenka, Miruś i ja, wyruszamy pod opieką taty, w daleką podroż, do najdalej na południe wysuniętego skrawka Polski.
Urlop nad Dniestrem w Zaleszczykach, jest w tamtych czasach, tak popularnym, jak w socjalizmie, nad morzem w Bułgarii. Mamy wagon bezpośredni, relacji o ile mnie pamięć nie myli, Gdynia – Zaleszczyki. Najdłuższa trasa kolejowa w Polsce. Jedziemy przez Warszawę, Przemyśl, Lwów. Tu dosiada się wielu Lwowiaków, udających się na weekend po słońce. Wsłuchuję się w ten ciekawy język polski, z południowo – wschodnich rubieży. Do Zaleszczyk wjeżdżało się mostem nad Dniestrem od strony Rumunii. Dalej pociąg nie jechał, tylko wracał ta samą drogą, przez Rumunię. Zaleszczyki leżą na, jak gdyby półwyspie otoczonym z trzech stron rzeka. Taka nasłoneczniona, zwrócona na południe, patelnia żyznej, lessowej gleby. Ta ziemia należała do Poniatowskich, rodziny ostatniego króla polskiego, Stanisława Augusta Poniatowskiego a miasto założył w początku XVIII wieku, ojciec króla, Stanisław.

            Wita nas ciotka Ada, opalona na czekoladkę. Żąda na wstępie wesoło, żeby się do niej zwracać „per ty”. Nie chce być „ciotką”, bo to postarza. Miejscowa dorożka rożni się od naszych jednokonek. Jest to dwukonna bryka, jasnego koloru, wyposażona w hamulce na koła. Jest brezentowa, składana buda na wypadek deszczu. Miasto pełne urlopowiczów. Jest wesoło i gwarno. Jedziemy wśród willi, pensjonatów otoczonych ogrodami.  Szkoła ogrodnicza leży za miastem. Oczekuje nas współlokatorka i przyjaciółka ciotki, Ukrainka Zocha, albo Zoja. Przygotowała obiad. Deser to taca z pokrojonym soczystym arbuzem, wonnym, żółtym melonem i dojrzałymi brzoskwiniami. Zoja, ładna wesoła dziewczyna, ukończyła tą szkolę i została jeszcze na praktyce, jako instruktorka. Zaprzyjaźniły się z ciotką. Kursanci to Polacy i Ukraińcy. Szkoła służy całemu rejonowi plantatorów. Specjalizacją jest uprawa winorośli, roślin dyniowatych, brzoskwiń i moreli. Na razie, winogrona muszą jeszcze dojrzewać. Pozostałych plonów szkolnych plantacji mamy pod dostatkiem. Zoja straszy mnie, że jak jeden najadł się ponad miarę arbuzów, to dostał „białej gorączki”. Objawy są takie, że człowiek widzi tylko biegająca wokół białe myszki. Nie wierzę. Gotów jestem stanąć do zawodów w zjadaniu tego specjału. Dni pobytu w tym, arbuzowo- melonowo- brzoskwiniowym raju, mijają szybko. Spędzamy je na plaży nad Dniestrem. Rzeka skosiła część łubkowego wzgórza. Od strony miasta jest wysoki, południowy brzeg uformowany w szerokie tarasy. Na nich plażowe kosze, leżaki, stoiska z orzeźwiającymi napojami i lodami. Barwny wesoły tłum zażywający kąpieli słonecznych.  Kawiarnie, gdzie można posiedzieć w cieniu i posłuchać koncertów i występów artystycznych. Granica z Rumunią przebiega w połowie nurtu rzeki. Brzeg rumuński niski, płaski i pusty po horyzont. Tylko na przyczółku mostu zabudowania kolejowe. Wzdłuż brzegu przechadzają się patrole rumuńskiej straży granicznej. Interweniują natychmiast, jeśli jakiś pływak przekroczy, wirtualną linię graniczną. Można przejść na drugą stronę tylko po moście. W niedzielę poszliśmy wystrojeni do kościoła. Pod murem cmentarza kilku żebraków. Jeden zwrócił moją uwagę, Wysoki z długimi białymi włosami, wąsami i brodą. Tak sobie wyobrażałem biblijnego patriarchę. Ciotka wyjaśniła, że to bogaty niegdyś człowiek. Od lat nie odzywa się słowem. Nazywają go Janko pokutnik.
Miasto bardzo czyste, przyzwoita zabudowa municypalna z okresu rządów austriackich. Niedostępny dla zwiedzających pałac otoczony niewielkim parkiem. Obecna jego właścicielka hrabina Turnau, ofiarowała swe grunty uprawne dla szkoły ogrodniczej i przeniosła się do swych włości po drugiej stronie granicy, w Rumunii. Jedyny syn i spadkobierca, żołnierz Drugiej Brygady Legionów, zginął niedaleko Zaleszczyk.

Z żalem szykujemy się do powrotu. Ojciec z przerażeniem stwierdza: – Psia krew! Gdyśmy przyjechali, kolejarz odbierał bilety i oddałem, zamiast tylko pokazać. To były przecież bilety powrotne. Nie mamy, za co wrócić! Pan jedzie, dzieci zostają, podoba wam się u nas, prawda? – Pyta nas i śmieje się Zoja. – Ada wybawia nas z tego kłopotu. Poszliśmy we dwoje na stację. Dostaliśmy skrzynię odebranych biletów i szukajcie sobie swoich! Po godzinie są. Jesteśmy uratowani.
W drodze powrotnej, zatrzymaliśmy się w Warszawie u wujostwa Gawryszyńskich. Następnego dnia mamy mało czasu. Bagaże zostawiamy w przechowalni. Trzeba wybrać tylko jeden obiekt do zwiedzania. Po dyskusji, decydujemy się na „Lunapark” po stronie praskiej przy moście Poniatowskiego. Ja wybrałem kolejkę górską. Ojciec, z wiatrówki, wystrzelał pudełko wedlowskich czekoladek. Jeszcze beczka, gdzie motocyklista jeździ w jej wnętrzu, po pionowej ścianie, sam i z pasażerką. Koniec rozrywki, na dworzec taksówką i pociąg do Włocławka.  
W sierpniu przyjeżdżają na rowerach z Gdyni, wujostwo Michalscy. Ofiarowali się, odbyć pielgrzymkę rowerową z Gdyni do Częstochowy. Obydwoje w dobrej formie. Zrobili sobie u nas dzień odpoczynku. Ciocia Hanka pozwoliła mi pojeździć na swoim nowiutkim damskim rowerze. Mamy wprawdzie starą, pokiereszowana damkę. Na niej już dawno nauczyłem się jeździć, na stojąco, bo siodełko było za wysoko. Stale mam mało kasy na kupno porządnego roweru. Mama tłumaczy, że dużo kosztuje szkoła. Trzeba było wydać na nowy komplet umundurowania. Muszę czekać, rozumiem.

             Zaczynamy nowy rok szkolny. Jesteśmy uczniami pierwszej klasy Gimnazjum im. ks. Jana Długosza. Jak czasy się zmieniły. Dzisiaj to nic nie znaczy. Wtedy to był najniższy stopień na drodze do „szlachectwa”. W naszym gimnazjum uczono, że nowoczesne „szlachectwo” zdobywa się wiedzą i służbą dla narodu. - Przed wami „schody”. Siedem stopni i pierwszy podest. To matura – Świadectwo Dojrzałości, to jak dawniej patent szlachecki. Zobowiązanie służenia Ojczyźnie. Dalej wasza sprawa, jaką drogę wybierzecie. Już nie jesteście dziećmi, staliście się młodzieżą!”. – Usłyszeliśmy na pierwszej lekcji wychowawczej, z ust naszej nowej pani wychowawczyni. Pani Stępieniowa była żoną artysty malarza, Dopatrywano się podobieństwa do niej, świętej Zyty z harfą, wymalowanej przez niego, na stropie nawy głównej, kościoła O.O. Franciszkanów.
Z tym wyrastaniem z dzieciństwa to było różnie. Mamy kilku nowych kolegów, uczyli się w innych „powszechniakach”, lub w domu, jak, wyższy ode mnie o głowę, Wojtek Orzechowski, syn ziemianina z Kujaw.  Przywiozła go mama. Zdał bardzo dobrze egzamin. Pierwsza lekcja. Za oszklonymi drzwiami naszej klasy stoi mama i uśmiecha się do synka. Wojtek też zerka, co chwila w jej stronę. Mama pomachała ręką w eleganckiej rękawiczce, przesłała całuska i odeszła. Spoglądam na Wojtka a jemu łzy, jak groch, płyną po opalonej buzi. Przeżywał biedak. Wyrósł z dzieciństwa i zdobył „szlachectwo”. Zginął wraz ze swym starszym bratem w Powstaniu Warszawskim, w ataku na siedzibę Gestapo w alei Szucha.
We wrześniu Mussolini z wielkimi honorami jest przyjmowany w Berlinie przez Hitlera. Słyszę opinię, ze dogadali się, co do Anschlussu Austrii. Pan Fritz Schendel przynosi nam wiadomość, że Japonia popiera politykę mocarstwową Włoch i Nieniec i podobnie jak Włosi z Etiopią, postąpi z Chinami. Rysuje się wiec spółka trzech.

            Święta Bożego Narodzenia. Przy wigilijnym stola dzielimy się opłatkiem, życząc sobie, aby widmo wojny przestało nam grozić. Nastroje przytłacza jednak aktualna sytuacja. Właściwie mijający rok nie przyniósł zadawalających informacji. Liczyliśmy na stanowcze kroki mocarstw europejskich, Francji i W. Brytanii, - Tylko głaskają tych awanturników, myślą, że te „bla-bla” zatrzyma ich zapędy – mówi wujek Antek.
Na gwiazdkę, moi braciszkowie Miruś i Jureczek dostali „czaka” ułańskie, jedno z żółtym, drugie z amarantowym otokiem i na piersi, jak półpancerz, fragment munduru ułańskiego, na tekturowej podkładce, wiązanego tasiemkami na plecach, do tego blaszane szabelki. Dobrze, że wy jesteście już uzbrojeni – śmieje się wujek. Musieli się dzielić jednym koniem na biegunach, który i mnie kiedyś służył.

            Rok 1938. Zegar historii zaczyna się spieszyć. W Chinach toczy się wojna. Japończycy realizują swój plan, jak zapowiadali. Za przykładem Włochów, marzą o imperium Wschodzącego Słońca. Studiujemy mapę Azji wschodniej. Nasz piekarz, pan Garnuszewski jest znawcą Mandżurii i Japończyków z okresu wojny rosyjsko japońskiej i czasów swej japońskiej niewoli. Nasi piekarze zastanawiają się, co się stało, że w Moskwie, Komintern, rozwiązuje Komunistyczną Partię Polski.
Hitler skupia w swym ręku pełną władzę państwową i wojskową. W lutym wzywa kanclerza Austrii Schuschnigga, jak swego urzędnika, do Oberstdorfu, po czym, wygłasza wielką, porywającą masy, mowę o uzgodnieniu wszystkich spraw austriacko – niemieckich. Atakuje rząd Czechosłowacji. Chwali Polskę, jako przykład próby, pokojowego, rokującego powodzenie, rozwiązywania spraw spornych i wielkiego marszałka Piłsudskiego, z którym znalazłby wspólny język. Obiecuje, że wkrótce zostaną naprawione krzywdy wyrządzone Niemcom w Wersalu i powrót do Rzeszy 6 milionów Niemców, których ten wredny traktat pozostawił w Czechach i Polsce(!). – Wrzeszczy tak, że trzeba przyciszać radio.
- Mamy program jak na tacy. Dwaj Austriacy się dogadali. Najpierw Austria, po tym Czechy i na końcu, my! Jak długo uda się Beckowi mydlić draniowi oczy? – Pyta ojciec pana Fritza. - Z tymi aliantami, to jakaś niezrozumiała gra – zastanawia się pan Schendel, wyłączając radio.
Ze słabymi, Niemcy prowadzą pertraktacje w swoim stylu. Litwa, albo przekaże im port Kłajpedę, czyli rzekomo „prastary niemiecki” Memel, albo załatwia to inaczej. Z Litwą, Polska jest formalnie, stale jeszcze w stanie wojny. Polska, wielokrotnie występowała a w zaistniałej sytuacji, żąda unormowania stosunków. 1 Marca przekazuje ultimatum: normalizacja, lub i my użyjemy siły. Nie możemy czekać aż zajmą ich Niemcy. W całej Polsce pochody z okrzykami: – Na Litwę! Na Litwę! – W szkole mamy kategoryczny zakaz brania udziału w tych manifestacjach. Ustępują. Dochodzi do wymiany posłów między Kownem i Warszawą.

            Imieniny obchodziłem razem z ojcem, na św. Kazimierza, 4 marca. Żaden Waldemar jeszcze się nie dosłużył kanonizacji. Spotyka mnie przyjemna niespodzianka. Wstaję rano a mama wita mnie całuje, życzy wszystkiego najlepszego a szczególnie, żebym zmądrzał. Dodaje: Ktoś na ciebie czeka na werandzie. - Wychodzę a to znajomy chłopak z warsztatu pana Kulki: – Masz tu pokwitować odbiór. – Przy werandzie stoi nowiutki rower, lśniący niebieskim lakierem i srebrzystym chromem. Podpisuję, pędzę na gorę po moją laurkę imieninową, nad którą dość długo pracowałem i do taty, z życzeniami i podziękowaniem za ten wymarzony prezent.
Przyjęcie imieninowe, niestety, „nadziewane” polityką. Męska część gości zastanawia się, co znaczy, nominacja Von Ribbentropa na ministra spraw zagranicznych Niemiec i mianowanie się Hitlera, głównodowodzącym armii? Co załatwił minister Beck w czasie wizyt w Londynie i w Berlinie Pan Maślanko, który przyjechał na imieniny, mówi, że Niemcy jak gdyby złagodnieli i czekają, że Hitler przystąpi do rozwiązania problemu Austrii i Sudetów. Niektórzy spodziewają się, że Polska przystąpi do włosko – niemieckiego układu.

            Polityka – polityką. Wyrywam się z domu i przyjęcia, żeby pokazać rower memu przyjacielowi i ekspertowi w sprawach kolarstwa, Jurkowi Balaunowi. On też ma od niedawna nowy rower. Mój spotyka się z jego fachową krytyką. Kierownice musisz wymienić na sportową, którą można obniżać. Hamulec, łańcuchem na oś tylnego koła, to dla starszych. Mam wymienić na „luztryb” z przerzutką i ręczne hamulce na osie. Koła mogą zostać, bo mają drewniane, klejone, lekkie obręcze, tylko nakrętki muszą być motylkowe a błotniki wymontuj i schowaj na zimę. Jurek ma to wszystko i do tego jeszcze specjalne opony wąskie a wysokie. Do wyścigów szosowych. Wracam, trochę przygnębiony. – No jak ci się jeździ? Wybrałem rower turystyczny, bo widzisz, nie wiadomo, w jakiej sytuacji będziesz z niego korzystał. Jak chcesz to możesz sobie wprowadzić jakieś usprawnienia. -  Wyjaśnił i uspokoił mnie ojciec.

            Radio podaje wiadomości z Austrii: w nocy 12 marca kolumny czołgów niemieckich przekroczyły granicę austriacką. Do Wiednia wchodzą oddziały zmotoryzowanej piechoty i paramilitarnych, formacji partyjnych. Premier Schuschnigg ustąpił. Powstał nowy rząd, na czele z zaufanym Hitlera,  Seyss-Inquartem i nacjonal-socjalistami. W radiu berlińskim odezwy i pełne entuzjazmu i radości wypowiedzi.  Anschluss, bez jednego wystrzału, wśród wiwatów tłumów, witających kwiatami pobratymców, stał się faktem.
Niemieckiego uczy nas ksiądz Szczodrowski. Polak z rodziny szlacheckiej na terenie Pomorza, której przysługiwał przyimek „von” przed nazwiskiem. W czasie wojny był kapitanem armii niemieckiej. W bitwie Pd Verdun, znalazł się w takich tarapatach, że przysiągł sobie zostać księdzem, jeśli Bóg pozwoli mu wyjść z tego cało. Znał jeszcze włoski i angielski. W czasie wizyty w naszej szkole nuncjusza papieskiego, wygłosił, po włosku, długą mowę powitalną. Bardzo go lubiliśmy, bo oprócz dużych trudności z nauczeniem nas zawiłości gramatyki niemieckiej, Wyświetlał nam ciekawe filmy o podróżach i przyrodzie egzotycznych krajów a do tego wesołe filmy nieme, C. Chaplia. Ciekawe, że wydarzenia polityczne zamiast nas skłaniać do intensywnej nauki niemieckiego, działały odwrotnie. - Znamy „Hende hoch!”, Więcej nie ma, co z nimi rozmawiać. – Powiedział któryś dumnie. Ja mówiłem już, jako tako, ale z ortografia i gramatyka było kiepsko. Stopniami nie mogłem się chwalić.
Wyszło inaczej, niż myśleliśmy. Księdza von Szczodrowskiego, gestapowcy zamordowali, po wejściu do Włocławka.  Podobnie, jak naszych nauczycieli, jak chrzestnego ojca, Bożenki, Niemca, księdza Hofmana, proboszcza z Siniarzewa.   
Na razie, słyszymy o potwierdzeniu, przez premiera W. Brytanii Churchila, w imieniu swego rządu i Francji, udzielenia Polsce pomocy, w przypadku, skierowanej przeciwko niej, agresji.

            Polityka, na ogół, mało interesuje moich kolegów. Mamy być gotowi ciałem i duchem na każdą ewentualność. Są jednak zapaleńcy.             Mój kolega Jurek Herba, pokazuje mi w tajemnicy mały, srebrny mieczyk, odznaka do przypięcia na klapie. - To jest miecz Chrobrego, odznaka organizacji młodzieżowej „Falanga”. – Jak skończymy czwartą klasę gimnazjum będziemy się mogli do niej zapisać. Tylko w tajemnicy, bo w naszej szkole nie wolno. Liczę na ciebie! – Namawia. Odmawiam. – Mało ci?  Należymy do harcerstwa. Coś mi ta Falanga przypomina włoskich faszystów a to kumple Hitlera – mówię. Jurek się obraził. Więcej mnie nie namawiał W 1939 roku, gdy weszli Niemcy, Gestapo aresztowało Jurka. Z obozu nie wrócił. Podejrzewaliśmy Niemców z naszej klasy.

            Święto 3 Maja obchodzimy bardzo uroczyście. Defilada przed pomnikiem marszałka na bulwarach,. Maszerujemy tam całą szkołą. Akademia, śpiewamy: – : Witaj majowa jutrzenko …” i inne patriotyczne pieśni. Brałem udział w kilku próbach chóru. Nauczyciel nie był zadowolony, coś mu przeszkadzało w brzmieniu pieśni. Chodził za nami, w czasie naszego śpiewu, aż zatrzymał się za mną. Poprosił, żebym zaśpiewał „solo”.  Pomyślałem sobie – lubię śpiewać, ale to chyba przesada. A profesor nie dał mi dokończyć pierwszej zwrotki. – Idź do dekoracji sali, lepiej się przydasz. – Trudno, nie zostałem śpiewakiem.

            W programie pierwszej klasy, mamy czterodniową wycieczkę do Krakowa i okolic. Jedzie z nami nasza wychowawczyni, pani Stępieniowa i nauczyciel geografii pan Opałko. Wycieczka historyczno – krajoznawcza, z historyczno – kulturowym aspektem. Pani wychowawczyni zastrzega od razu, że będzie jechała w przedziale, w którym będzie Jurek Balaun  i moja skromna osoba. – Boi się o nas. Mamy pecha – mówi Jurek, - to przez ciebie, nie trzeba było uczyć tych dzieciaków jak się zjeżdża na poręczy. Raczej przez ciebie, odpowiadam. Przez ten donos, że palisz i handlujesz papierosami. Trudno - mówi – nie zagramy w oczko. Wezmę „Czarnego Piotrusia”. Salonowiec tez odpada. – W przedziale mieliśmy doborowe towarzystwo. Pani Stępienowa okazała się bardzo sympatyczna towarzyszka podróży. Opowiadała wesołe historyjki ze swego studenckiego życia. Nawet przyznała, że nas dwóch, trochę lubi. 
Program wycieczki, obejmował zwiedzanie zabytków Krakowa:  Sukiennice i muzeum, kościół Mariacki z ołtarzem Wita Stwosza, pomnik grunwaldzki, Wawel, katedrę. Byliśmy na wieży z dzwonem Zygmunta. Oglądaliśmy chorągiew proroka i namiot wezyra z pod Wiednia. Wycieczka krakowskimi wozami do Ojcowa i druga do Wieliczki. Kilka godzin sypania kopca dla Marszałka, na Słowińcu. Na zakończenie sztuka w teatrze im. Słowackiego. Nie pamiętam, co wystawiano. Po drodze, niedaleko teatru, Jurek zobaczy cyklodrom, gdzie można było zrobić kilka kółek na motocyklu. Bilety mielimy w rożnych rzędach. Zamieniliśmy się na najgorsze w ostatnim. Wysunęliśmy się. Niby do toalety, wróciliśmy na koniec ostatniego aktu.

            Koniec roku szkolnego. Jest promocja do drugiej gimnazjalnej i drugi cienki, złoty pasek na rękawie.
Dostajemy list z warszawy od Mariana. Został powołany do obycia zasadniczej służby wojskowej. Zaprasza na uroczystość złożenia przysięgi.

            W domu narady. Co z wakacjami? Dostajemy list z Zaleszczyk. Ciotka Ada, pisze żeby nie zapominać o niej i jej stałym, zaproszeniu i że szczególnie teraz, ważnym dla niej nasz przyjazd. Przeżywa dramat. Jej przyjaciółka Zocha, młoda Ukrainka, którą bardzo serdecznie wspominamy z poprzedniego pobytu, usiłowała popełnić samobójstwo. Chciała się zastrzelić z ciotki sztucera. Na szczęście to mały kaliber. Odratowali. Mama boi się o siostrę, może jest zamieszana w jakąś aferę, o której nie pisze. Zaprasza dzieci, które jeszcze u niej nie były, więc chyba nie jest źle.
Ojciec wygłasza swoją teorię o drugim kroku Hitlera. – Teraz napadnie na Czechosłowację. Czesi będą się bronili. My się dołączymy. Wojna na południu pewna. Trzeba jechać, aby namówić Adę do powrotu. Decyzja: – Z tatą tym razem, oprócz Alinki i mnie, pojedzie Dziunia i Miruś. Przy pożegnaniu ojciec przypomina mamie: Gdyby ogłosili mobilizację i przyszło dla mnie powołanie, to natychmiast przysyłaj telegram.
Tym razem robimy sobie przerwę we Lwowie. Mija prawie dwadzieścia lat, gdy ojciec przybył, tu na odsiecz walczącym Orlętom. Musimy się pomodlić na ich cmentarzu. Jedziemy tramwajem, trochę pieszo. Ciekawi mnie miasto i ludzie. Zapamiętałem las anten radiowych na każdym dachu, oraz częste „tatusiu siusiu”. Cmentarz robi wrażenie jak i wiek chłopców i dziewcząt, czy grób lotników amerykańskich. Kupiliśmy i zapalamy kilka świeczek. Modlitwa za zmarłych i trzeba wracać na dworzec. Niestety koledzy ojca, którzy polegli we Lwowie i później, w obronie Kresów, są pochowani na innym cmentarzu.

W Zaleszczykach sezon w pełni, nic się nie zmieniło od poprzedniego roku. Nic się nie dowiedziałem o tragedii Zochy, poza tym, że jest w szpitalu we Lwowie i stan się poprawia. W społeczeństwie południowej Polski, nie było sentymentów za Austrią i Austriakami. Nie wiele się przejmowano zjecie ich przez Niemcy. Nie wierzyli, aby Czesi bronili siłą swych Sudetów. Pamiętano, ich fałszywe zachowanie się, w czasie inwazji bolszewickiej i zajęcie polskiego Zaolzia.
Gdy, w czasie rewolucji węgierskiej, nocowałem w wiosce słowackiej, spotykałem się z wielką serdecznością a co mówili, w długich, nocnych rozmowach, o Czechach, nie nadaje się do powtórzenia.
Jednym słowem, ciotka Ada ani słuchać nie chciała o wyjeździe, nie wierzyła w rychły wybuch, grożącej Polsce wojny a gdyby miał nastąpić, to ten, daleki od spornych trenów kącik kraju, będzie najbezpieczniejszym. Ojciec nie był przekonany, tymi wywodami. Pobyt skróciliśmy.

            We Włocławku mama wita nas wiadomością: – Jest powołanie do wojska! – Pokaż, dawno przysłali? – Ojciec podekscytowany. – Mówiłem, nikt nie chciał wierzyć. Coś się zaczyna. Mama się śmieje.  – Zaczekaj, nie śpiesz się tak. Powołanie nie dla ciebie, tylko dla naszego kasztana. Pytałam gdzie będzie służył. Powiedzieli, że jeszcze nie wiadomo. Ma się zameldować 1 sierpnia, ma jeszcze trochę czasu.  
Ogólnie, nastąpiło pewne uspokojenie.  Może rzeczywiście, po przyłączeniu Austrii nastąpi odpoczynek. Korzystam ze swego roweru. Usportowiłem go według rady Jurka „Balona”. Pan Kulka chętnie wymienił mi tylne koło na tańsze z „luztrybem” i założył ręczne hamulce. Po zdjęciu błotników jest lekki i szybki. Miałem pierwszy wypadek. Rozpędziłem się trochę za mocno na ulicy Brzeskiej, w kierunku mostu a tu, brzegiem chodnika szedł Żyd. Niósł na ramieniu Ciężki młot kowalski. Wtargnął, jak to się dzisiaj mówi, na jezdnię, nie patrząc do tyłu. Zdążyłem tylko nieco skręcić w lewo. Stuknąłem go prawą końcówką kierownicy i leżymy z pewnym poślizgiem.  Żyd, dalej młot, najdalej ja z rowerem. Poderwaliśmy się równocześnie. Nie czekałem aż dobiegnie do młota. Wskoczyłem na rower i opuściłem, wbrew przepisom, miejsce wypadku.

            Spotyka nas nieszczęście. Śmierć naszego małego Jureczka. Grom z jasnego nieba. Trudno zrozumieć, dlaczego umiera dziecko? Wraca ten obraz. Jego blada twarzyczka. Zastygła w rozpaczy mama. Wianuszek płaczącego rodzeństwa, otaczający białe łóżeczko. Zapalona gromnica w trzęsącej się ręce szlochającej Alinki. Modlę się o pomoc Matki Bożej, w zrozumieniu tej śmierci.
Trudno się pozbierać. Współczuje nam cała rodzina.  Bardzo serdeczny list dostajemy od ciotki Ady. Rozumie rozpacz mamy i współczuje. Prosi mamę, żeby koniecznie przyjechała do niej na jakiś czas.

            Rozpoczęcie nowego roku szkolnego zbiega się z ważnymi wydarzeniami. Propaganda niemiecka otwarcie wzywa do realizacji programu Fuehrera, dotyczącego zwrotu przez Czechosłowację spornego terytorium i rozwiązania problemu Gdańska, oraz polskiego „korytarza”. Premier W. Brytanii konferuje z Hitlerem i jest zadowolony z postępu negocjacji. Wraca z rozmów omal nie z sympatią dla Hitlera, opowiada o jego uprzejmości.
Ojciec nie wierzy, żeby stary Chamberlain przekonał Hitlera do odstąpienia od jego planów. Uważa, że Benesz, prezydent Czechosłowacji, nie odda dobrowolnie Sudetów, znacznej części kraju. Mają od lat umowę o wzajemnej pomocy z Francją. Wspólny blok obronny z Rumunią i Jugosławią. - Podziękowali grzecznie, za pomoc wojsk radzieckich. Mają rację, raz ich wpuścić, to koniec, nigdy nie wyjdą. Będą się sami bronić, mają sojuszników - mówi ojciec.

            Są efekty pertraktacji brytyjskiego gentelman ‘a.  30. IX.1938 W Monachium, Niemcy, Włochy, W. Brytania i Francja, bez uczestnictwa i zgody rządu Czechosłowacji, upoważniają Niemcy do aneksji Sudetów. Układ podpisali uroczyście: Hitler, Mussolini, Chamberlain i Daladier. Uratowaliśmy pokój! – Ogłasza witającym go reporterom, Chamberlain. Benesz przyjmuje warunki, Niemcy zajmują Sudety.
Polska żąda zwrotu, zajętego w czasie inwazji bolszewickiej, polskiego Zaolzia. W początkach października, odziały polskie zajmują je bez sprzeciwu Czechosłowacji. W listopadzie, komisja arbitrażowa w Wiedniu, w składzie jak uprzednio, przyznaje Węgrom południową część Słowacji i Ruś Zakarpacką. Prezydent Benesz ustępuje, jego miejsce zajmuje E. Hacha, zwolennik Hitlera.
Słuchamy transmisji w radio, uroczystego spotkania polsko-węgierskiego na nowej wspólnej granicy. Podobno w Pradze pojawiają się napisy: Nie plujcie na Hache, plujcie do spluwaczki. Z wojska wraca nasz kasztan, nasz przedstawiciel w wycieczce na Zaolzie. Wyraźnie zadowolony.  Nie zapomniał, na prośbę: -Uśmiechnij się! – Wyciąga szyję i pokazuje zęby. Nie podoba mu się obecność w stajni, mniejszego i słabszego „gniadego”.
W październiku, von Ribbentrop, minister spraw zagranicznych Niemiec, występuje wobec naszego ambasadora w Berlinie, Lipskiego, z niezmienionymi, niemieckimi żądaniami. Polska potwierdza swoje dotychczasowe, stanowisko.
- Po latach w Brnie, poznałem generała w stanie spoczynku, czeskiej armii. Gdy znaleźliśmy się sami, przy kieliszku „becherowki”, opowiadał, że po aneksji Sudetów znaleźli się w Krakowie, mieli zamiar formować czeski pułk przy polskiej armii. Władze polskie trzymały ich w ukryciu, aby nie drażnić Hitlera. Dopiero później znaleźli się z generałem Svobodą w kraju Rad.

            W listopadzie wybory do Sejmu. Ojciec jest za poparciem Partii Pracy, jednak, mimo namowy, nie angażuje się w działalność polityczną. Natomiast wiele czasu poświęca pracy w Cechu Piekarzy i w Stowarzyszeniu Kupców Polskich, w wyborach na prezesa Oddziału Włocławskiego, przegrywa niewielką ilością głosów z panem Oziminkowskim,  właścicielem sklepu ze sprzętem elektrotechnicznym na Placu Wolności. Po wejściu Niemców został rozstrzelany, wraz z innymi zakładnikami z Włocławka.
Święta Bożego Narodzenia, są najsmutniejszymi z dotychczasowych. Przy stole wigilijnym, łzy we wszystkich oczach, rozumiemy się bez słów. - On tam aniołkiem, będzie nas chronił w ciężkich terminach – mówi łamiącym się głosem, dziadek – stryjek Wojciech. Ja też mam trudności z czytaniem fragmentu Ewangelii. Pasterka. Katedra wypełniona modlącym się tłumem.  Śpiewamy: „Bóg się rodzi, moc truchleje…” a na zakończenie – „…Ojczyznę wolną, zachowaj nam Panie!”  Kto nie uczestniczył, w takim, zjednoczonym, jedną modlitwą tłumie, wiele stracił Nie zrozumie, jaką siłę daje taka wspólnota, jaką ufność w Opiekę Boską.            Rozmowy toczą się wokół jednego tematu: Wojna będzie, tylko, kiedy?

            Nowy rok 1939.  5 stycznia minister Beck jest z wizytą u Hitlera w Berchtesgaden. Z komunikatu nie wynika ani tak, ani siak. W lutym przyjeżdża na polowanie do Białowieży Goering. W prasie są jego zdjęcia w saniach z prezydentem Mościckim.
Przywykliśmy już do myśli o wojnie, która nas nie minie. W szkole należymy, poza Harcerstwem, gdzie zdobywamy poszczególne sprawności, do różnych kółek. Zapisałem się do kółka obrony przeciwlotniczej.  Pytam ojca: - Co tatuś myśli, co będzie z nami? – Trzeba być przygotowanym na wszystko, robić swoje rozsądnie i spokojnie a innymi sprawami sobie głowy nie zawracać. Od polityki, od decyzji są inni. Pamiętaj: TCHÓRZ UMIERA DZIESIĄTKI RAZY, ODWAŻNY TYLKO RAZ! Co Bóg da, to będzie!

Propaganda niemiecka zyskuje zwolenników u naszych południowych sąsiadów. 4 marca, Sejm Słowacki w Bratysławie, ogłasza powstanie niepodległego państwa słowackiego, sprzymierzonego z Niemcami.
15 marca Hitler zrywa Umowę Monachijską. Wojska niemieckie zajmują Pragę. Powstaje Protektorat Czech i Moraw. Niemcy zdobyli, bez jednego wystrzału, dobre uzbrojenie armii czechosłowackiej i jej przemysł ciężki.  Zaciska się pętla wokół Polski. 
20 marca Hitler w kategorycznej formie, ponawia żądania wobec Polski
 31 marca, premier Chamberlain ogłasza w Izbie Gmin, że Wielka Brytania i Francja są gotowe udzielić Polsce pomocy, gdyby została zaatakowana. Hitler, jakby tylko na to czekał:
3 kwietnia podpisuje rozkaz o opracowaniu planu ataku na Polskę „Fall Weiss”.
28 kwietnia ogłasza w Reichstagu, że deklaracja polsko niemiecka z 1934 roku, o nie stosowaniu siły w rozwiązywaniu spornych problemów, przestała obowiązywać. Żąda oficjalnie i publicznie, w typowej, pełnej wrzasku i inwektyw pod adresem Polski formie, zwrotu Gdańska i eksterytorialnego korytarza, przez tereny polskie do Prus Wschodnich.
 Minister Beck wyjeżdża do Londynu dla sprecyzowania warunków układu.

 Dnia 5 maja, minister Józef Beck, w mundurze pułkownika, w Sejmie, przedstawia sytuację i stanowisko polskiego rządu. Warto zapamiętać jego słowa: 
- POKÓJ JEST RZECZĄ CENNĄ I POŻĄDANĄ, (…) LECZ POKÓJ, JAK PRAWIE WSZYSTKIE SPRAWY TEGO ŚWIATA, MA SWOJĄ CENĘ – WYSOKĄ, ALE WYMIERNĄ. MY W POLSCE NIE ZNAMY POJĘCIA POKOJU ZA WSZELKĄ CENĘ. JEST TYLKO JEDNA RZECZ, (…) KTÓRA JEST BEZCENNĄ. TĄ RZECZĄ JEST HONOR!
Warto zapamiętać te słowa. Obie izby polskiego parlamentu akceptują stanowisko rządu. Wojna
Rozdział XV OBŁUDA I MĘSTWO

        Doszliśmy do ważnego momentu w historii ostatniego pięciolecia międzywojennego. Odpowiedź ministra Jozefa Becka,
w imieniu Rządu RP, udzielona z trybuny sejmowej, jest równie kategoryczną, jak żądania Hitlera. Wagę jej podkreśla mundur, pułkownika Wojska Polskiego. Sejm akceptuje stanowisko Rządu z powagą i zrozumieniem.

- „Bóg mi powierzył Honor Polaków” – odpowiadał carowi, 126 lat wcześniej Książe Józef Poniatowski,
w podobnie beznadziejnej sytuacji. 

Minister był jednym z wykonawców planu marszałka Piłsudskiego. Polegał on na budowie silnego, nowoczesnego państwa,
oraz wychowaniu zdrowego fizycznie i moralnie społeczeństwa. Znajdowaliśmy się, jak w kleszczach, między dwoma, czyhającymi na okazję napadu, zbrodniczymi siłami. Marszałek i jego ekipa zdawali sobie sprawę, że Polska,
pozostawiona sama sobie, jak w roku 1920, nie jest w stanie się obronić. Gwaranci traktatu wersalskiego,
zlekceważyli rodzące się zło a raczej widzieli interes w „sterowanej”, jak im się wydawało, potędze Niemiec,
do wykorzystania przeciwko bolszewickiemu komunizmowi. W kraju podjęto gigantyczny wysiłek. Udała się,
wzorcowa, w naukach ekonomii, reforma finansów, ministra Grabskiego.
Minister Kwiatkowski realizował pomyślnie program uprzemysłowienia i rozwoju gospodarczego kraju.

Minister Beck dostał równie ważne zadanie, mimo, że sytuacja międzynarodowa z góry skazywała je na niepowodzenie: Zorganizować blok państw, dla wspólnej obrony. Cel pomocniczy – utrzymanie maksymalnie długo pokoju w Europie.
Społeczeństwo polskie zdało egzamin z krótkiego okresu wolności. Zawiedli potencjalni sojusznicy.
Ich gwarancje niepodległości Polski, to była, od początku do końca, OBŁUDA, zakrywająca zimną kalkulację
międzynarodowej finansjery.         

        „Zwycięstwo ma wielu ojców, Klęska jest sierotą!”. Udaje się często, znaleźć „kozła ofiarnego”
i przypisać mu ojcostwo. Specjalizują się w tym winni, lub obłudnie ciągnący zyski z tej klęski. Fałszerze historii,
wmawiali nam przez lata: -„Beck i jego obóz, są winni września! – Nie przyjęli, szczodrze ofiarowanej, radzieckiej pomocy!”

Grzegorz Jaszuński, ogłaszany i uważający się politologiem, wybitnym znawcą okresu międzywojennego, tak komentuje fragment wspomnień ministra Becka, dotyczący jego wizyty w Berchtesgaden, w dniu 5 stycznia 1939 roku i rozmowy,
w których Hitler starał się robić wrażenie łagodzącego a Ribbentrop usztywniał żądania wobec Polski: –

„… Przytoczony powyżej wywód … świadczyć może tylko o naiwności lub głupocie Becka.
A może o jednym i drugim? … Myśl o możliwości porozumienia się ze Związkiem Radzieckim w ogóle nie przychodziła
mu do głowy”.

Pan „politolog” popisał się jednym i drugim, przypisywanym ministrowi przymiotem a może, co gorsze,
służalstwem wobec obowiązującej, dobrze płatnej „prawdy historycznej”. Nie tylko on. Tak dowodziło, przez lata, wielu podobnych mu, „pseudo naukowców”. Niedawno, znowu usłyszałem, tą bzdurę, wypowiadaną przez historyka,
czy politologa, profesora Uniwersytetu Warszawskiego (nie zapamiętałem nazwiska, ale to mała strata): „… przemówienie Becka było głupie, co by na to powiedziało 6,2 miliona obywateli, którzy zginęli!” – Bezczelność nie ma granic! Niedługo przypiszą Beckowi odpowiedzialność za zagładę Żydów.

Są ludzie, którzy twierdzą, że należało wojska radzieckie wpuścić w 1939 roku!  Najgorszym jest to, że wielu młodych ludzi, wyrosłych w atmosferze zakłamania, zaczyna się zastanawiać, czy może nie było korzystniejszym, z punktu widzenia „dobra Narodu”, ustąpić drugiemu bandycie.  Hańbę i tchórzostwo, można przecież zakrywać, ubierać pięknymi frazesami.
Ile mieliśmy tego przykładów. 

        Cieszyliśmy się, gdy Rząd JKM, ustami premiera Chamberlaina, podał, 31 marca w Izbie Gmin, do publicznej wiadomości,
że jest zgoda na zawarcie sojuszu obronnego polsko – brytyjskiego, jakiego Wielka Brytania dotąd z nikim nie zawierała.
Nie zdawaliśmy sobie sprawy, że ta wiadomość, podana bez uzgodnienia terminu i formy ogłoszenia z rządem polskim, świadomie, wystawia Hitlerowi Polskę na „odstrzał”. Nie wiedzieliśmy, że minister Beck, gdy mu, po jego wystąpieniu, przyniesiono stertę depesz z całego kraju z wyrazami poparcia, rzucił je ze złością na ziemię. Przyszli sprzymierzeńcy,
ukradli nam, co najmniej, pięć lat pokoju. Skończyło się dyplomatyczne lawirowanie. Teraz Rząd Polski miał do wyboru:
„biała flaga”, albo HONOR NARODU i MĘSTWO w jego obronie.

Rozumowanie Hitlera było łatwe do rozszyfrowania: – „Dogadali się z Angolami, na Polaków niema, co liczyć.
Trzeba ich zniszczyć, zanim dżentelmeni z Londynu zmobilizują swe siły. Mściwego Gruzina złapiemy na przynętę z kawała zdobyczy, którą i tak odbierzemy.” – O tym wiedzieli obłudni zachodni stratedzy. Poświęcono najpierw Żydów,
następnie Polaków. Nie bez przyczyny akta krętactwa, tamtego okresu, nie mogą ujrzeć światła dziennego.

        Mąż stanu myśli o przyszłości narodu, którego sprawy mu powierzono, po nieuniknionej klęsce. Krętacz, na decyzyjnym stołku, o zabezpieczeniu siebie i mocodawców. W niewoli, też można przeżyć a Naród?  Cały nie zginie. Siła robocza, może awans lojalnych, do średniego szczebla zarządzania. Dozorcy niewolników, zawsze będą potrzebni.
                                           ***
         Jak przyjęto te wydarzenia, na szczytach władzy i w wielkim świecie, w naszym mikroświatku, spokojnego dotąd, włocławskiego przedmieścia Kokoszki?
Wróciłem wcześniej ze szkoły. Zostaliśmy zwolnieni z ostatniej lekcji, bo nauczyciele mieli niespodziewane zebranie. Naszej wychowawczyni nie udawało się ukryć zatroskania, gdy nas o tym zawiadamiała. Szedłem jak zwykle z Balonem (Jurkiem Balaunem). Co się mogło stać, zastanawiam się głośno. – Ty nie wiesz? – mówi. Słyszałem, że było ważne przemówienie w Sejmie. Połączyliśmy się z Węgrami. Hitler się zastrzelił. Król angielski przyjeżdża – fantazjuje mój przyjaciel. W domu już zasiadają do obiadu. Myję w pośpiechu ręce, żeby nic nie uronić z rozmowy przy stole. Jest wujek Wacek Conde. W piątki jada u nas często obiady, gdyż w te dni, miewa po pracy, dyżury w Starostwie a ponieważ dojeżdża z Michelina i nie zdążyłby wrócić. Jedzą w milczeniu, zamyśleni, rozmowa się nie klei. Gdy pomagam sprzątać ze stołu. Nasza Marysia uświadamia mnie: Będzie wojna,
tylko nie wiadomo, kiedy.

Po obiedzie, odbyło się nadzwyczajne spotkanie naszego kółka przyjaciół. Można je nazwać naradą wojenną.
Przybyli jak zwykle państwo Bahrowie i Kaliscy, był jeszcze wujek Wacek, dziadek – stryjek Wojciech, no i nasi rodzice.
Wszyscy znali treść wystąpienia ministra. Miny były poważne. Nawet pan Stefan Kaliski, tryskający zawsze humorem,
tym razem był zasępiony. – Minister w mundurze, wiem, co to znaczy – zaczął ojciec – jak myślicie, kiedy Hitler na nas uderzy? – Musi jeszcze wypowiedzieć wojnę – uspokaja wujek Wacek - samo zerwanie układu z1934 roku, to za mało.
Musi mieć „casus belli”, powód wypowiedzenia wojny. My mu go nie dostarczymy.  Anglicy i Francuzi, mają dosyć powodów łamania warunków paktu wersalskiego, wielokrotnie przekroczonymi normami uzbrojenia, wystarczy zwykła kontrola – Pan w duchy wierzy, panie radco
– mówi pan Stefan. Żabojady siedzą za swoją linią Maginotte’a. Po drugiej stronie granicy mają linię Zygfryda, mogą sobie postrzelać od czasu do czasu, żeby lufy nie rdzewiały.  Angole piją whisky za kanałem, żaden nie ruszy. -  Ja też tak myślę – potwierdza ojciec stanowisko pana Stefana. – Zostaniemy sami, daj Boże, niezbyt długo. Hitler znajdzie byle,
jaki powód. Przewiduję, że to nastąpi nie prędzej jak na wiosnę. 

Wujek Wacek powoływał się na mowę Gebelsa, po zajęciu Pragi, w której ten kuternoga twierdził cynicznie, że należy za wszelką cenę utrzymać pokoju, bo gdyby wybuchła wojna to nie będzie zwycięzców, wszyscy poniosą straty. Wujek pożegnał się,
musiał wracać na dyżur do Starostwa. Pozostali radzili jeszcze długo. - Pierwszego uderzenia nie wytrzymamy. Martwi mnie,
że tu wejdą. Ostatnią linią obrony mogą być widły Wisły i Sanu
– rozmyślał ojciec. – Tam będziemy czekać na dalszy rozwój wypadków. Hitler otworzy sobie drogę na Wschód, uderzy na Sowiety, pogryzą się jak dwa wściekłe psy. Może zostawią nas tam, na razie, w spokoju i doczekamy otrzeźwienia reszty Świata. Pan Stefan pocieszał, że mamy jeszcze trochę czasu i nie można zakładać najgorszego. Pani Bahrowej, która wzruszała się bardzo łatwo, popłynęły łzy. Pomyślała o swym synu Zygmuncie, młodym oficerze zawodowym. Służył niedaleko, w Kutnie. Zawiadomił, że na niedzielę nie przyjedzie. Mama i pani Kaliska też trzymały chusteczki przy oczach. – Nie ma się, co gryźć na przód. Mieliśmy Ruska, mieliśmy już raz Niemca –Trzeba mieć
ufność w Boga. Niezbadane są Jego wyroki. Najświętsza Panienka będzie nas miała w swojej opiece
– podsumował dyskusję dziadek Wojciech.- Pamięta pan, panie Zygmuncie – zwrócił się do pana Bahra – jak z nimi handlowaliśmy. Przyjdzie czas, będzie rada.

        Gdy goście się pożegnali i dziadek poszedł do siebie, ojciec wrócił do sprawy. – Stryjek sobie nie wyobraża jak naród niemiecki może się zmienić. Fritz opowiadał mi o powszechnym akceptowaniu zbrodni i bestialstwa wobec Żydów. Uwierzyli, że Hitler zrobi z nich panów rzeszy niewolników, do których zaliczają wszystkich Słowian. Policja „Gestapo”, to dobrani zboczeńcy.
Nie chciałem straszyć. Myślę, że powinnaś jechać do Zaleszczyk, przekonać się sama, czy nie byłoby dobrze, abyś tam się przeniosła z dzieciakami. Ja pójdę do wojska. – A stryjek?
– spytała mama. – Ja zostanę z dziadkiem i z ciocią Jadzią – wtrąciłem. -  Na razie pojedziesz z mamą a później zobaczymy – usłyszałem. Poszliśmy do sypialnego, na wspólną modlitwę wieczorną z resztą rodziny.

Mama zrządziła, że wszyscy musimy pokazać się pani dentystce, żeby mieć zęby w porządku. Tata postanowił,
że jak wyjedziemy do Zaleszczyk to przeprowadzi remont mieszkania. Planowanym było przeniesienie kuchni do dotychczasowej garderoby a łazienkę w miejsce kuchni. O tym miałem nie mówić mamie. To miała być niespodzianka na imieniny. Tylko Dziunia miała zostać do pomocy tacie.

Jest program. Nie martwimy się „na przódy”, jak powiedział dziadek. Gorsze na razie borowanie w zębach. Zapamiętałem oświadczenie dentystki, pani Rojszykowej, w czasie dyskusji z mamą: - Gdyby tu weszli bolszewicy – to ja zażyje truciznę.
Wole nie żyć, niż widzieć ich ponownie.
– Taka była powszechna opinia o rozważanym po latach sojuszu.

         W szkole, głównym tematem rozmów i dyskusji jest oczywiście, pewna już, zbliżająca się wojna. Wyobrażaliśmy ją sobie, jako wielką przygodę. Martwiliśmy się, że wybuchnie trochę za wcześnie, bo czternastolatków będą wszędzie przepędzać a nam marzyły się bohaterskie czyny. Nasz prefekt, ksiądz Tomaszewski, pocieszał nas, że i dla nas starczy pożytecznej i ważnej pracy w służbie sanitarnej i łączności. Czytaliśmy o bestialskim bombardowaniu miasta Guernica w Hiszpanii i cywilnej ludności.
Ginęły kobiety i dzieci. Niemieckie bombowce eskadry „Condor” dokonały tej zbrodni. Musimy być i na to przygotowani. – Proszę księdza – zapytał któryś z kolegów. – Jak się znajdę w takiej sytuacji: pełno rannych. Kogo mam najpierw ratować? – Musisz się zorientować, kto najpilniej potrzebuje pomocy. - A jeśli stan rannych jest jednakowo ciężki – dopytuje się chłopak. - To możesz wybierać osobę ci bliższa, rodzinę, przyjaciela, czy znajomego – utkwiły mi w pamięci słowa księdza.

Cały kraj składa ofiary na Fundusz Obrony Narodowej. Płyną  pieniądze i biżuterie. Ja zaniosłem swój zbiór monet różnych krajów. Pokwitowanie dziwnym trafem, zachowało się do dziś. 
Nasza szkoła, raczej rodzice niż uczniowie, uskładała na zakup ciężkiego karabinu maszynowego. Uczestniczyliśmy wszyscy w uroczystym przekazaniu, przez obsługę, naszych kolegów z przysposobienia wojskowego, po przemarszu przez miasto, żołnierzom, naszego 14 – tego pułku piechoty. Jakiś inżynier budowy statków, ogłosił, że zamierza konstruować „żywe torpedy”, prosił o zgłaszanie się ewentualnych kandydatów na samobójców dla Ojczyzny. Podobno o tym myślą Japończycy. My będziemy pierwsi. Zgłosiło się setki w kraju, kilkanaście osób z Włocławka. Między innymi pani sklepikarka z ulicy Karnkowskiego. Biegaliśmy tam zrobić drobny zakup i zobaczyć bohaterkę. Wydawała mi się zbyt korpulentną, jak na ciasne miejsce w torpedzie. Akcję władze zahamowały, jako pomysł nie humanitarny.   
        Jak zwykle, w naszym miejscowym społeczeństwie, wielkie wojenne zagrożenie, jest traktowana poważnie, lecz bez śladu paniki. „Co Bóg da, to będzie”. Nie mamy na to wpływu. To tak samo, jak na nadchodzącą wielką wodę na Wiśle. Będzie zalewała, trzeba będzie sypać wały, nie da się to uciekać. Zastanawiającym jest, że nikogo nie dziwił, podany przez ministra, powód nieuniknionego nieszczęścia: ”Obrona Honoru”. To było zrozumiałe. Ludzie byli „honorni”. Dziś się nie pamięta, że istniał kiedyś taki przymiotnik. „Honornym„ był nawet żebrak, który za podarowane dwa grosze, dawał swoją modlitwę za darczyńcę. Nie brał za darmo. „Honorne dziewczyny” nie pozwalały na niewybredne żarty, pod swoim adresem. Swój honor mieli złodzieje. Nie okradali biednych. Rząd ma obowiązek bronić Honoru Narodu a Naród to my!
Na razie, ważniejszymi są, miejscowe wydarzenia i tragedie: Staruszka prowadzała swoje dwie kozy na łączkę koło młyna Sterna. Aby je utrzymać, przywiązywała sobie postronki do ręki. Gdy wracała wzdłuż torów, na przejazd kolejowy. Omijała szlaban i zaraz za nim czekała na przejazd pociągu. Kozy się przestraszyły, przebiegły ciągnąc babcię. Kozom się udało. Babcię trudno było pozbierać.
Szeroko komentowaną, na naszym lokatorskim ganku przy Milej, była sprawa młodego Liedke. Rodzina Liedków, miała duże gospodarstwo rolne na Słodowie. Takie gospodarstwo, przylegające do niezbyt bogatego przedmieścia, to najgorsza z możliwych lokalizacji. Ojciec i dwóch dorosłych synów, pilnowali jak mogli swych upraw. Stało się nieszczęście. Jeden z synów, w nocy, postrzelił śmiertelnie złodzieja na swoim polu. Miał pozwolenie na broń. Właśnie zakończył się proces. Wyrok uniewinniający Niemca. Dyskusjom na ten temat i roztrząsaniu okoliczności wypadku, nie było końca.
        Czas płynął wolno. Ta wojna ma być dopiero na wiosnę. Nauka nie bardzo wchodziła do głowy. Miałem kłopoty z łaciną. Nie ja jeden. Na wywiadówce dwója jak byk. Tata dał mi dwa złote, na korepetytora. Poszedłem na jedną lekcję. Mówię po powrocie – to żadna pomoc i tak muszę się uczyć na pamięć tych słówek i różnych mądrych tekstów. Szkoda pieniędzy. – Ty myślałeś, że on się za ciebie będzie uczył? – śmieje się ojciec.
 W szkole miałem poważny problem, o którym się nie pochwaliłem rodzicom. Było to na początku roku. W naszej szkolnej szatni stały rzędy dwustronnych, masywnych drewnianych wieszaków. U góry półka na czapki, na dole schowek na buty. Między wieszakami, wąskie przejścia. Płaszcze wisiały gęsto po obydwu stronach wieszaka. Można się było między nimi przekradać, lub ukrywać, stając na desce schowka z butami. Szatnia otwarta na szeroki korytarz, prowadzący do naszych warsztatów, bocznej klatki schodowej i sali gimnastycznej. Idealne miejsce do zabawy w podchody. Wymyśloną przez nas grę wojenną. Jeden zawodnik przedzierał się bezszelestnie, miedzy płaszczami, od jednego końca szatni, drugi w przeciwnym. Który zobaczył odkrytego wroga, mógł, jak w pojedynku, zabić, krzycząc: strzelam! przeciwnik musiał go schwytać. Wcale nie było to takie łatwe. Często tylko zrywały się wieszaki przy płaszczach. Zabawa została, kategorycznie zabroniona a dyżurny nauczyciel miał obowiązek sprawdzenia czy ktoś nie łamie zakazu.  
Stoję cichutko, ukryty między płaszczami. Słyszę kroki na korytarzu. To nasz młody nauczyciel geografii pan Opałka. Obydwaj usłyszeliśmy szelest. To Jurek Balaun, mój przeciwnik, poślizgnął się, na schowku z butami. Pan Opałko zatrzymał się, nasłuchuje. Cisza. Zaczął zaglądać w przejścia miedzy wieszakami. Myślę sobie, jak się zagłębi w któreś przed moją kryjówką, to się wycofam do korytarza i bocznej klatki schodowej. Mieliśmy to przećwiczone. Przesuwam się, wyglądam ostrożnie. Na korytarzu pusto i cicho. Przyczaił się między rzędami wieszaków. Rozchylam bezszelestnie płaszcze przede mną i widzę prawie przed nosem nauczyciela, zgiętego w pół, z ramionami między wiszącymi płaszczami a głową w następnym przejściu. Niezła zasadzka na Jurka, który przedziera się w naszą stronę. Tak mnie to rozśmieszyło, że omal się nie zdradziłam. Przełożyłem nogę miedzy płaszczami i pchnąłem silnie zadek nauczyciela. Łomot, nauczyciel przykryty zrywnymi płaszczami. Nie czekałem. – Korytarz, klatka schodowa, sala gimnastyczna i ćwiczę sobie wytrwale przy drabince. Po dłuższej chwili dołączył do mnie Jurek. Miał dłuższą drogę ewakuacyjną
Następnego dnia czekamy. Nic się nie dzieje. Nadchodzi lekcja geografii. Pan Opałka przepytuje mnie, zaraz po mnie Jurka. „Śpiewamy” jak z nut. Lekcja się skończyła. Nauczyciel zatrzymuje nas obydwóch. Wszyscy opuścili gabinet geograficzny. Patrzy na nas groźnie. – Który mnie popchnął? Nie wykręcicie się. Przeprowadziłem dochodzenie, wypada, że to wy dwaj byliście w szatni – grzmi jego zwykle łagodny głos. Wiecie, co za to grozi? Zamach na nauczyciela – natychmiastowe wyrzucenie ze szkoły, z wilczym biletem. – Ciarki mi przeszły po plecach. Nie zdążyłem otworzyć gęby a Jurek wyrywa się – to ja panie psorze, bardzo pana przepraszam. Wkurzył mnie, udaje bohatera. – Nieprawda – mówię – to ja byłem – głupio wyszło, bardzo pana przepraszam.-  Niech mu pan nie wierzy, on udaje bohatera, bierze winę na siebie – nie daje za wygraną mój przyjaciel. Widzę, że trzeba powiedzieć prawdę. – Mówię – To naprawdę ja, on chce mnie ratować, wie, że jak wylecę, to mnie nie przyjmą do szkoły policyjnej. Trudno, pana pozycja tak mnie rozśmieszyła. Nie mogłem się powstrzymać. Jeszcze raz bardzo przepraszam. Nauczyciel patrzył trochę mniej groźnie. – Nie wykorzystam tego incydentu, tak jak bym powinien i żądam, żebyście i wy zachowali go w tajemnicy. O bardzo dobrym ze sprawowania, nie macie, co marzyć. Za karę, będziecie teraz wy odpowiadać, żeby w szatni te zabawy więcej się nie powtarzały. Złamiecie te warunki, wracam do sprawy. Odmaszerować!
W ten sposób dostaliśmy się na służbę naszego geografa. Była to przyjemna i fascynująca służba. Profesor Stanisław Opałka, był młodym naukowcem. Biolog i geograf, po studiach za granicą. Gabinet geograficzny, wyposażony w epidiaskop i projektor z wieloma, wprawdzie czarno białymi, filmami podróżniczymi. To był skarb naszej szkoły. Mogliśmy teraz pomagać profesorowi i przeglądać te zbiory.
        W czasie okupacji, pracując wśród Niemców, myślałem, jak łatwo mogłem sobie zwichnąć wymarzoną karierę policjanta, zanim się zaczęła i po takim głupim ekscesie, stać się może, bandziorem. „Od rzemyczka do koniczka, od koniczka do stryczka” - kreślił taką drogę dziadek Jan. Gdybym nie trafił na mądrego pedagoga i dobrego człowieka. Profesora Opałka zamordowali zbrodniarze wyrośli z „wielkiej kultury europejskiej, narodu niemieckiego”. Zginął, wraz z innymi naszymi nauczycielami, gdzieś niedaleko Królewca. Ile lat, ile pokoleń trzeba by wychowywać naszą młodzież, jak to robią Niemcy, żeby nasz naród zmienić w podobne stado baranów, lub bestii. Wydawało się to niemożliwym.
        W programie wycieczki szkolnej na zakończenie drugiej klasy, Gdynia, Gdańsk i polskie wybrzeże morskie. Jesteśmy „nadziani” wiadomościami krajoznawczymi, gospodarczymi i historią tych ziem. Jako lekturę, czytaliśmy „Na tropach Smętka” Melchiora Wańkowicza.
Gdynia – program tak wypełniony, że nie mam czasu, żeby się urwać i odwiedzić wujostwo Michalskich. Zwiedzamy motorówką port handlowy. Prowadzają nas po nabrzeżu pełnym przycumowanych statków. Przewodnik uprzedza, żeby uważać na liny cumownicze. Zdążył to powiedzieć, mamy żywy przykład. Nieopodal jakiś ciekawski, przekroczył linę i podszedł do burty statku. Przepływał holownik, fala odbiła nieco statek, lina się naprężyła i facet prysnął jak z procy w lukę przy nabrzeżu. Reakcja marynarzy na burcie była natychmiastowa. Podali mu linę z kołem ratunkowym i wyciągnęli zanim statek powrócił na dawne miejsce. Mieliśmy zaplanowane całodzienne zwiedzanie Gdańska. Wszystko było formalnie zgłoszone i zamówione, nawet z obowiązującymi opłatami. Dowiadujemy się, że możemy zwiedzić tylko port, ze statku, bez schodzenia na ląd. Powód, Władze Wolnego Miasta, nie mogą nam zapewnić bezpieczeństwa.   
Gdańsk – płyniemy wycieczkowym stateczkiem przez zatokę. Podpływamy do Sopot, widzimy z daleka Grand Hotel udekorowany czerwonymi, hitlerowskimi flagami ze swastyką i molo. Oliwa, mieliśmy zwiedzać. Nic z tego. Westerplatte, wśród drzew polska flaga powiewa dumnie. Opływamy port. Miasto też czerwieni się flagami, jak przy święcie. Przy starym dźwigu, grupa chłopaków w jasno brunatnych bluzach. Przyglądamy się ciekawie. Czarne chusty i krótkie spodenki, pasy z „koalicyjką” przez lewe ramię i bagneciki przy pasku. Prezentują się nawet nieźle. Zobaczyli nas i wrzeszczą: „Polaken weg!”, „Danzig deutsch!”, wygrażają pięściami. Chcieliśmy odpowiedzieć. Pan Opałka zabrania. Zachowajcie spokój, na ich chamstwo nie ma, co odpowiadać. Przyglądamy się im, jak małpom w zoo. Przechodnie zatrzymują się. Nikt nie przyłącza się do krzykaczy. My, w naszych mundurkach, prezentujemy się nie najgorzej.
        Koniec roku. Znowu mi się przytrafiła wpadka.  Czerwiec był piękny tego roku. Wczesne upały. Po lekcjach chodziliśmy się wykąpać w Wiśle. Szło się w dół, ulica przy naszej szkole i przy żeńskim gimnazjum, Konopnickiej. Na brzegu, książki chowaliśmy pod starą wywróconą łodzią, sandały i skromną garderobę wiązało się na głowie i częściowo brodząc, po pokonaniu kilkunastometrowego głównego nurtu, dostawaliśmy się na wiślaną wyspę. Jak wiadomo, rzeczne, podwodne łachy piaskowe, są bardzo zdradliwe. Idzie się po wodzie do pasa i nagle wpada się w kilkumetrową głębie. Trzeba być przygotowanym, że rzeźba dna zmieniła się i można trafić na taką pułapkę. Były tablice zabraniające kąpieli. było już utonięcie nieostrożnego pływaka. Z policji zawiadomiono szkołę, że podejrzewają uczniów o łamanie zakazu. Było kilku podejrzanych, wśród nich, moja skromna osoba. Nie pomogły tłumaczenia, wyjaśnienia. Wyrok: obniżenie stopnia ze sprawowania. Już to obiecał pan Opałka. Łacina nie pewna. Kiepsko.
Pani Stępieniowa, przy wręczaniu mi świadectwa, mówi: – Miałam trochę kłopotu żeby cię przepchnąć. – Odetchnąłem.  –  Dziękuję pani profesor bardzo, postaram się poprawić te stopnie.  – Nie interesuje cię, jakie otrzymałeś, nie spojrzałeś na świadectwo– śmieje się nauczycielka.  Dużo się nie spodziewam. Następne będą lepsze proszę pani. Przyrzekam! Spojrzałem na oceny. Sprawowanie – dobry, łacina – dostateczny, reszta też nie zachwyca. Jest promocja do trzeciej gimnazjalnej. Mogę sobie naszywać trzeci złoty pasek na rękawie munduru. Następne stopnie były lepsze, – ale dopiero za siedem lat!
        Ostatnie wakacje. Do Zaleszczyk pojedziemy dopiero w drugiej Polowie lipca. Przed nami, wybierają się tam, wujostwo Michalscy. Nie możemy robić tłoku.  Koledzy ze szkoły rozjechali się w różne strony. Wróciłem do moich kumpli z Kokoszki. Włóczymy się koło wypełniających się coraz bardziej koszar. Zazdrościmy im. Chodzimy się kąpać na Słodowo. Przed upustem, przy młynie wodnym na Zgłowiączce, jest niewielki zalew. Można sobie popływać. Umawiają się, na wyprawę „na gapiaki”. Na wieżach katedry gnieżdżą się kawki Właśnie młode zaczynają próbować swych sil. Jeszcze nie umieją fruwać. Mówią mi, że młode, są bardzo smaczne, pieczone na rożnie. Jeśli się nie boję chodzić po belkach, na wysokości, to mogę iść z nimi. Mam tylko zabrać z sobą nieduży worek ze sznurkiem, do zawieszenia na szyi. Pytam mamy, czy kawki są jadalne, nie zdradzam, że się wybieram po nie, z chłopakami. – Ludzie kiedyś jedli nawet małe ptaszki. Ja bym do ust nie wzięła – mówi mama a ja chciałem jej zrobić niespodziankę. Przyłączam się do wyprawy bez worka. Jest nas czterech. Moi towarzysze pochowali worki pod bluzami. Przyklękamy w kruchcie katedry. Jest półmrok. W katedrze nic się nie odprawia, tylko nieliczni wierni wchodzą i wychodzą. Trzeba się pomodlić, chociaż krotko i pojedynczo, żeby nikt nie zwrócił uwagi wsuwamy się na schody prowadzące na chór. Wspinam się ostatni ciemnymi krętymi schodkami. Idący na przedzie Władek, przesyła szeptem sygnał, Na chórze niema nikogo. Droga wolna. Tu trzeba przejść w lewo do drugich krętych i ciemnych schodów. Kończą się i dalej wspinamy się po drabinach ustawionych od jednej belki, do drugiej, do pomostu przy ostatnim odcinku murów wieży, z osadzonymi w nich, okrągłymi oknami. Wyżej zaczyna się konstrukcja iglicy wieży. Zmęczony, usiadłem we wnęce okiennej. Podziwiam panoramę miasta i okolic. Nie długo.
Rozpoczyna się wybieranie piskląt. Krzyk i miotanie się przerażonych dorosłych ptaków. Jest ich kilka setek. Niektóre atakują, biją skrzydłami po głowie. Muszę się zasłaniać, żeby nie dostać dziobem w oko. To moi kompani zaczęli wyciągać młode już opierzone pisklęta. Na występach murów i we wnękach po rusztowaniach, gniazda. Chłopaki przesuwają się po belkach nad mroczną czeluścią wnętrza wieży. Tu nie można mieć lęku wysokości. Opróżniają gniazda jedno po drugim. Ukręcają łebek i wrzucają zabitego ptaszka do wiszącego na szyi worka. Nie mogę patrzyć na to barbarzyństwo. Wracam! Zawiadamiam o tym najbliższego, szczerbatego Heńka. -. Nic z tego, musis cekać, wchodziłeś ostatni i schodzis ostatni. Ciebie złapią a my tu siedzimy, jak te ofiary losu, as nas wybiorom, jak my te pisklaki. – Musiałem zostać do końca. Schodzę ostatni te kilkanaście pięter po drabinach, od belki do belki. Postanowiłem, że przyjdę tu jeszcze sam. Zafascynowało mnie to mroczne wnętrze, te konstrukcje dębowych tak grubych belek i długości kilkunastu metrów. Gdzie rosły te dąbrowy. Ile ludzkiego trudu tkwi w tych tak dokładnie dopasowanych konstrukcjach. Ile tajemniczych zakamarów kryje ta stara świątynia..
        Nasz lokator, jednoizbowego mieszkanka, w domu przy Miłej, hodował fretkę, takie miłe zwierzątko, rodzaj tchórza. Była trochę większe od wiewiórki ze lśniącym ciemno brunatnym futerkiem. Siedziała często „za pazuchą„ opiekuna i wystawiała ciekawie łebek. Trzymał ją w niewielkiej klateczce. Na moja uwagę, że męczy ja w takiej ciasnocie.  Oburzył się: – Ja męczę? Ona ma, co dziennie las do dyspozycji.  -  Zaciekawił mnie. Wypytywałem, odpowiadał wymijająco a w końcu, po moim solennym zapewnieniu, że nie zdradzę nikomu, przyznał, że przy jej pomocy, łowi dzikie króliki. Zgodził się, żebym wziął udział w takich łowach. Uprzedził, że to jest kłusownictwo i jak nas złapią, to będę odpowiadał, jako wspólnik. Nie damy się złapać.
Feter był z pochodzenia Niemcem. Prawidłowo jego nazwisko powinno się pisać „Vetter” (po polsku – kuzyn). Zapisano według fonetycznego brzmienia i tak już zostało. Niski z niewielkim garbem na plecach i trochę skrzywiony na prawą stronę. Patrzył na człowieka nieco z boku. Wyglądał starzej, niż na swoje czterdzieści lat. Żonę miał nawet ładną, wyższą o niego i ładnego sześcioletniego synka. Dziwne są, myślałem, te kobiety, ani przystojny, ani bogaty. Co ona w nim widziała? Chyba nie tak trudno się ożenić. Wyjaśnił mi: Mam go szukać, „pod fajrant”, na szosie między Kruszynem a Kowalem.
Był robotnikiem drogowym. Rozbijał polne kamienie, na tłuczeń, odpowiedni do uzupełniania nawierzchni szos. Znalazłem go. Siedział na złożonym worku. Między rozłożonymi nogami, spory kamień, w który walił ciężkim kamieniarskim młotem. A gdzie fretka? –pytam. -  Śpi sobie w krzakach. Jeszcze te parę „kocich łbów”. Ułożę szuter w pryzmę i polujemy. Wybrałem sobie i ja kamień, wziąłem zapasowy młotek, wale z całej siły i nic. – Zostaw – mówi mój towarzysz – jeszcze ci w oko pryśnie. Jak chcesz to zgarniaj ten utłuczony na pryzmę. Z usypywaniem na wymiar, do odbioru, też nie szło łatwo, choć miałem obok wzór. – To nie gimnazjum, to Życie!  Nie darmo ludzie złorzeczą: „Żebyś kamienienia szosie tłukł!”. Kamień trzeba znać, trzeba z nim rozmawiać. On ci pokaże gdzie podłożyć drugi, gdzie uderzyć. Każdy ma swoją tajemnicę.
Nie spodziewałem się, że usłyszę wykład wiedzy przekazywanej przez pokolenia, od epoki kamiennej.  W tym niepozornym ciele, mieszka dusza filozofa. Czyżby podświadomie wyczuwał, że w każdym kamieniu jest zamknięta historia Wszechświata? Uporał się w końcu, ze swoją robotą. Pomagałem, na ile mogłem. Rowery i sprzęt ukryliśmy w zagajniku. Wyszukaliśmy kilka króliczych norek. Były niezamieszkałe. Fretka w kagańcu na pyszczku i z długą linka przymocowaną do specjalnej uprzęży, pociągała noskiem i żadna jej nie interesowała. Jak wyczuje, to ją trudno utrzymać. Zasypiemy wszystkie wejścia, za wyjątkiem dwóch. Ty zakryjesz jedno, otwartym workiem, musisz mocno trzymać!  – Brzmiała instrukcja. Do worka miały wpadać króliki, wypędzane przez fretkę, od strony drugiego wejścia. Mądre zwierzątko nie miało zamiaru zwiedzać pustych korytarzy. Wyniosły się – stwierdził Feter. Za blisko szosy. Nocami jeżdżą tu stale transporty wojskowe. Pełno śladów żołnierzy w lesie.  Rzeczywiście , omal nie wlazłem na „minę”. Wracaliśmy z niczym.
        Trwa stopniowa mobilizacja, co pewien czas przychodził ktoś z sąsiedztwa pożegnać się. Niektórzy wpadają w nowych wyfasowanych mundurach. Oficerowie mają nowiutkie rewolwery, na rzemieniu do naramiennika, w lśniących nowością kaburach. Ojciec wyczekuje z niecierpliwością na powołanie. Pilnujemy listonosza a tu nic. Rezerwiści tłumaczą sobie, że nie można wszystkich powołać. Kto będzie pracował, przecież nie ma bezrobocia.
Gdyby Hitler rok zwlekał z atakiem, to wykończyłby nas gospodarczo, dowodzi Cezary Leżeński, w swej „Opowieści o marszałku Rydzu Śmigłym”. Pisze, że każdy dzień mobilizacji pochłaniał olbrzymie sumy. Do tego, wcześniejsze posunięcia obronne, paraliżowała nerwowość zachodnich sojuszników. Gdy saperzy zaminowywali strategiczny most w Tczewie, zgłosił się do marszałka zdenerwowany ambasador brytyjski: „Gdyby przez przypadek most ten wyleciał w powietrze, razem z nim wyleciałby w powietrze pokój Europy!”. Minowanie mostu wstrzymano. 
Do naszej piekarni, żołnierze, co dziennie przywozili transport mąki i zbierali wypieczony dla wojska chleb „komiśniak”. Trzeba było zatrudnić dodatkową zmianę piekarzy. Inne piekarnie też dostały takie zadania. Przygotowywaliśmy się, na wszelki wypadek, do ochrony przed gazami bojowymi. W naszej szczelnej, drewnianej bramie pod domem przy Miłej, kazali powycinać otwory, żeby był przewiew. Zakładano sygnały alarmowe na niektórych dachach.
        Wyjeżdżamy do Zaleszczyk. Mama, Alinka, Bożenka, Miruś i ja. Ciotka pisze: „Siostruniu, przyjeżdżaj z dziećmi. Tu spokojnie, posiedzicie jak u Pana Boga za piecem. Odpoczniesz, zapomnisz w nowym środowisku”. Mama często płakała. Niełatwo zapomnieć. Tu niedawno był, tu biegał, tu się cieszył nasz Jureczek. Zgodziła się na ten wyjazd, raczej tylko dla tego, żeby zobaczyć się z siostrą. Słyszałem, jak zwierzała się ojcu, że ma przeczucie, że jej długo a może nigdy już nie zobaczy. Ojciec też nie był zachwycony ewentualną, ewakuacją części rodziny. - Co by nie postanowić to może wyjść na gorsze.- Tu jesteśmy na swoim. Mamy oparcie w rodzinie, przyjaciołach i sąsiadach. Nie chcę, żeby cokolwiek miało wpływ na jej decyzję. – Zwierzał się ojciec dziadkowi.
Dziuni było smutno, że zostanie sama. – Jeśli przyrzeknę, że nikomu nie powiem, to mi zdradzi wielką tajemnicę. Przyrzekam. Znałem moją siostrę. Jej powierzyć tajemnicę, to jak „w studnię”, no taką niezbyt głęboką. – „Jak wyjedziecie to tatuś i ja zrobimy remont mieszkania. To będzie niespodzianka na mamusi imieniny”. Remont był od dawna planowany. Ciemna kuchenka obok schodów miała być zlikwidowana. Tu miała być łazienka, kuchnia w dotychczasowej garderobo – umywalni, sypialny i stołowy zamieniają się miejscami. Ojciec chciał mamie zaoszczędzić widoku tego bałaganu. Wiedziałem o tym, dziękuję Dziuni za zaufanie i obiecuję, że jak się dowiem jakiegoś sekretu, to też jej powiem w tajemnicy. Moja kochana siostrzyczka mówiła czasem coś przez sen. Mogłem wtedy pytać i wyklepała każda swoją tajemnicę. Trzy siostry i każda inna. Alinka – poważna, zasadnicza, Dziunia – „przylepa”, miała łzy na zawołanie, Bożenka – mały uparciuch.
        W Zaleszczykach niewiele się zmieniło, poza tym, że mało urlopowiczów. Przechodzimy naszą owocowo –witaminową kurację.  Ciotka pokazuje mamie „kurort” i okolice, co już znamy z poprzednich pobytów. Mama rozmawia z Ukrainkami, jak jedna z nich. Nie wierzą. „Wy nasza, wy nie Polka”. Na ogół, nie okazują wrogości wobec Polaków, chociaż i takie nuty słychać, jak stwierdza mama w tej „harmonii”. Jak to zawsze dobrze znać język rozmówcy. Wojna może przyniesie „swabodnoju Ukrainu”. Siostry prowadzą długie rozmowy, gdy już jesteśmy w łóżkach. Ada nie ma zamiaru wyjeżdżać. Ma tu pewne perspektywy. Poznajemy młodego urzędnika magistratu. Czy to ten? – pyta mama. Ciotka się wykręca, nie daje konkretnej odpowiedzi. Zmienia temat rozmowy.
Kościół katolicki pełen Polaków. Tu jak w całej Polsce, rozbrzmiewa potężny śpiew: - Święty Boże, święty mocny … od powietrza, głodu, ognia i wojny – zachowaj nas Panie! – Uczestniczyłem we Mszach świętych w wielu krajach, nigdzie nie słyszałem pieśni, tak żarliwej śpiewanej modlitwy. Przed kościołem, rozdzieliliśmy po parę groszy kilku żebrakom, Wśród nich wyróżniający się wysoką posturą, od lat nie wypowiedział jednego słowa, „Janko pokutnik”. Podobno z bogatych „polskich panów”. Nie wiadomo, za co pokutuje. Ciężkie pożegnanie z ciotką. Obficie płyną łzy.
Ada, gdy po wojnie repatriowała się do Włocławka, opowiadała, że gdy weszli sowieci. Wyszły na spacer, z żoną i synkiem majora, który u niej zamieszkał. Dochodziły do kościoła a synek pobiegł na przód. Wraca i woła: – Mama! Mama! Naszi kołhozniki uże zdies (Mamo, nasi kołchoźnicy już tu)! – Żebracy jeszcze siedzieli przez kilka dni pod kościołem. Dziunia po czterdziestu latach, jechała z mężem na wczasy do Bułgarii. Postanowili jechać przez Zaleszczyki. Wszystko zrujnowane. Obraz nędzy i rozpaczy. Pomnik Lenina na centralnym placu i „kołchoźnicy”. Zniknęli, co się stało z nimi i „pokutnikiem”, nie wiedziała. Zniknęli.
Wróciliśmy, pociąg bezpośredni do Gdyni, mijamy transporty wojskowe.  Dziunia i tata z niepokojem czekają na opinie mamy. Mama udaje zaskoczenie i zadowolenie. Niespodzianka, prezent na imieniny, remont mieszkania, udała się.
        18 sierpnia ambasador W. Brytanii i ambasador Francji, przekazują Rządowi Polskiemu wyniki pertraktacji w Moskwie. „Fantastyczne osiągnięcie!” Uzyskali ofertę pomocy Polsce, pod warunkiem zgody na wpuszczenie armii radzieckiej na jej terytorium.
Tu wyszło szydło z worka. Ukazała się cała perfidia sojuszników, którzy Polskę od początku spisali na straty. Chcą doprowadzić do starcia sowiecko – niemieckiego. Będą się przyglądać, może pomagać jednemu, lub drugiemu, aż do wyczerpania obydwóch. Po tym, zobaczy się, co dalej. \Wiedział o tym minister Beck. Wiedział polski Rząd i wyżsi dowódcy.
Włodzimierz T. Kowalski, w swej książce „W kręgu mitów i rzeczywistości”, przytacza odpowiedź pani Jadwigi Sosnkowskiej, wdowy po generale Kazimierzu Sosnkowskim, na pytanie, jak jej mąż przyjął angielskie gwarancje: - „… Mąż uważał, że Anglicy dali te gwarancje, mając na uwadze nie interes Polski, ale swój interes. … przyśpieszali konflikt polsko – nieniecki, rezerwując dla siebie rolę obserwatora. … Hitler uznał, że musi najpierw zlikwidować Polskę. …mąż uważał, że ten manewr perfidnego Albionu, t. j. gwarancje niepodległości Polski, był wymyślony w interesie gentelmanów z Londynu.” 
Odpowiedź polska na „rewelacyjne” osiągniecie sojuszniczych dyplomatów, mogła być tylko jedna: Szef sztabu Wojska Polskiego, generał Stachowicz, prezentuje doniesienia polskiego wywiadu: - Armia radziecka nie ma żadnej wartości militarnej. – Wpuszczenie jej na teren Polski to śmiertelne zagrożenie dla naszego społeczeństwa i jego kultury z obydwóch stron! – Uzasadnia Rząd Polski, swą odmowę przyjęcia radzieckich warunków.
        Tą prawdę, potwierdził przebieg pierwszych miesięcy po ataku Niemców na Związek Radziecki. Potężna, wielomilionowa armia, która miała obronić Polskę, została rozbita w ciągu pierwszym okresie wojny. Ginęły setki tysięcy, fatalnie dowodzonych żołnierzy ( pod Wiazmą, wg. danych niemieckich: – 600 tys.) Ponad milion dostało się do niewoli. Umierali – z głodu, chłodu, dyzenterii i innych chorób, w obozach jenieckich „pod gołym niebem”. Wielu nieszczęśników umierało, doprowadzonych do szaleństwa i kanibalizmu. Niemcy byli zaskoczeni i nie przygotowani na przyjęcie takiej ilości jeńców. To niedawni partnerzy negocjacji z zachodnimi dyplomatami, kremlowscy zbrodniarze ze Stalinem na czele, są współodpowiedzialni za ich los tak straszny, niespotykany w historii cywilizowanego świata. Polityczne służby uciekały pierwsze. Zdążyły jeszcze dokonać ludobójstwa katyńskiego, mordów i barbarzyńskiej „zsyłki” 1,5 miliona Polaków, wymordowania, przed samą ucieczką, więźniów. rabunków i bezprawia na zajętych polskich terenach. Ten los całej Polsce, półtora roku wcześniej, zgotowałoby przyjęcie sowieckich warunków. Moskwę uratował 40 stopniowy mróz, przygotowana na te warunki armia syberyjska i głupota Hitlera, kaprala udającego stratega.
        Wydaje się dziwnym, że żaden z „uczonych historyków” nie pokwapił się zbadać i opisać ten epizod pierwszych tygodni wojny niemiecko sowieckiej. Pracowałem, jako robotnik, z grupą jeńców radzieckich. Uratowali życie, bo Niemcy zatrudnili ich do ciężkich robót. Opowiadali, co przeżyli. Kilku młodych nie uciekło z Niemcami, czekali, że armia radziecka ich wyzwoli. Wyzwoliła, nie wiem czy zdążyli coś powiedzieć. Widziałem ich, zastrzelonych. Dostępne są archiwa niemieckie, niektórzy docierają do radzieckich. Tu można znaleźć tajną historię „zwycięskiej armii”: – 350 tys. rozstrzelanych „za tchórzostwo wobec wroga” a ilu mogło przeżyć, z pośród 1,5 miliona, walczących w pierwszej linii w karnych batalionach? Można się tylko domyślać. – Wracam do chronologii wydarzeń:  
        23 sierpnia.  Zostaje podpisany sojusz chytrego z bezczelnym, układ Ribbentrop Mołotow, wraz z tajnym załącznikiem, protokołem określającym jak podzielą się zdobyczą. Uzgodniono czwarty rozbiór Polski. Hitler wydaje rozkaz ataku na Polskę, dzień Y – 26 sierpnia.
Tego samego dnia, nastąpiła trzecia faza powszechnej mobilizacji armii Polskiej. Przy ulicy Zimnej, na „Maćka polu”, kopiemy ziemne schrony przed bombardowaniem lotnictwa niemieckiego. Rów, szerokość dna 1,0, głębokość 1,7 metra.   Pięć metrów prosto, skręt pod kątem prostym w prawo, 5 metrów prosto, taki sam skręt w lewo, znowu w prawo i tak dalej. Wyszedł z tego w rzucie, grecki meander. Kopie kilkaset osób z okolicy. Młodzi i starzy. Dzieci szufelkami odgarniają wykopaną ziemię, okrywają zdjętą darniną, maskują gałęziami. Wyniosłem wszystkie szpadle i łopaty i pracuję od rana do ciemnej nocy. Jeszcze trzeba wszystko lepiej zamaskować, porobić zejścia. Mają przywieść deski do umacniania skarp i schrony będą gotowe.
        Do Włocławka wracają z Gdyni, wujostwo Michalscy z dziećmi. Cały ich majątek to kilka waliz i tobołków. Resztę zostawili. Wujek Zenek, wraca najbliższym pociągiem na swoją placówkę. Ciocia Hanka i dzieci Basia, prawie rówieśnica Dziuni, Zosia – Bożenki i czteroletni Stasio, teraz nasz Beniaminek w rodzinie. Mają trochę ciasno w mieszkanku cioci Władzi, U nas, mamy teraz podwójny komplet stołowników.
Przyjeżdża, niespodziewanie wujek Zenek. Ma powołanie do wojska. Jest podporucznikiem rezerwy. Ma się stawić w jednostce w Mołodecznie. Przyjechał tylko zabrać trochę rzeczy osobistych i pożegnać się z rodziną. Ciocia Hanka jest w ciąży, w grudniu oczekuje rozwiązania. Wujek pożywia się w pośpiechu. Ojciec zauważył, że wujek ma na nogach lekkie półbuciki. – Widziałem, że masz solidne buty narciarskie, wprawdzie wyfasujesz państwowe, ale wiem, z doświadczenia, że nieźle mieć swoje wygodne, na takiej wycieczce. Wujek się zgadza. Pędzę na górę po buty, pasują jak ulał. Zostajemy na chwilę we trzech. Wujek wstaje. Stoimy na przeciw siebie. Mówi z wielką powagą.
– Słuchaj Waldku. Lada dzień wybuchnie ciężka i nieprzewidywalna wojna. W takich okolicznościach czas biegnie szybciej i ludzie dojrzewają szybciej. Niedługo skończysz czternaście lat.  Otóż ja, jako najstarszy stopniem, minuje cię – dorosłym mężczyzną! Wierzę, że się nie zawiodę. Twój ojciec też pójdzie lada dzień walczyć. Ty i dziadek stryjek zostaniecie, jako jedyni mężczyźni w rodzinie. Opiekuj się nią, na równi z dziadkiem, Zostawiamy cię, jako dorosłego mężczyznę i ponosisz odpowiedzialność za swoje czyny, jak dorosły!  
– Pocałunki z dubeltówki. Ojciec ma łzy w oczach. Bąkam coś, że się postaram nie zawieść. Przybyło mi, co najmniej cztery lata na karku. Pożegnanie. – Wujka zobaczyliśmy po dziesięciu latach.     
        28 sierpnia. Rząd JKM podpisuje, przyrzeczony układ polsko brytyjski, o pełnej pomocy i wzajemnym wsparciu, przy ataku zbrojnym na jednego z partnerów układu. Ludzie oddychają swobodniej. Mamy z Francją stary, niedawno potwierdzony sojusz. Teraz potęgę Wielkiej Brytanii, mamy za sojusznika. Niemcy nie odważą się zaatakować.
        1 września. Słuchamy radia. Powtarzają się komunikaty: Niemcy zaatakowali bez wypowiedzenia wojny. Od godziny czwartej rano, odziały polskie walczą na wszystkich frontach. Westerplatte się broni!  „Żołnierze strzelajcie celnie! Celujcie powoli! – I co chwilę, kodowane, literowo – cyfrowe komunikaty obrony przeciwlotniczej: - AN- 4 nadchodzi! CR- 3 nadchodzi, AN – 4 przeszedł i tak już przez cały dzień.
        Mieliśmy rozpoczynać nowy rok szkolny, Szkoła zajęta przez wojsko. Biegają łącznicy. Oddziały szykują się do wymarszu. Na boisku, na korcie tenisowym zebrał się do wymarszu, pododdział naszego Przysposobienia Wojskowego. Przy nich nasz nauczyciel gimnastyki, teraz w mundurze rotmistrza strzelców konnych i Ksiądz Tomaszewski, ich kapelan. Mają francuskie karabiny z I. wojny, wydaje się nie wszyscy. Jurek ciągnie mnie, – choć poprosimy rotmistrza może weźmie nas na łączników. Ruszyliśmy/ Zatrzymuję się. – Zrozum, nie mogę, na mojej głowie i dziadka cztery kobiety i siedmioro dzieci! Dziadek sam nie da rady.
Trudno. Żegnamy naszych chłopaków, patrząc na nich z zazdrością. Doszli do Warszawy. Walczyli w A.K. i w Powstaniu.
         We Włocławku poszukiwanym towarem są maski przeciw- gazowe. Krążyła opinia, że Niemcy będą używać gazów bojowych. Wszystkiego można się po nich spodziewać. Dostawy bardzo małe. Wstąpiłem do składu aptecznego na rogu 3 – go Maja i Placu Wolności. Długa kolejka. Dostałem tylko dwie maseczki, do zasłonięcia nosa i ust z zaszytym w płótnie proszkiem. Dla reszty rodziny otrzymałem belę gazy opatrunkowej z instrukcja, jak z niej uszyć sobie podobne maski. Do tego dwie litrowe butelki płynu, którym miały być w razie ataku gazowego, nasączane. Ledwie przytargałem ten towar do domu, Ciocia Władzia zabrała się do szycia. Następną nakazaną robotą, było naklejanie, na każde okno, pasków papieru na krzyż. Miały ochronić przed rozpryskiwaniem się szyb, w razie bliskiego wybuchu. Odłamki szkła mogą razić ludzi. Wszyscy mamy zajęcie.
        2 września. Rano skończyłem zaklejanie szyb. Słychać warkot samolotów. Na jasnym niebie, w rejonie stacji kolejowej, krąży kilka srebrnych samolotów. Są na znacznej wysokości, bo rozpiętość skrzydeł, wydaje się, nie większą, niż 30 – 40 cm. Odzywa się karabin maszynowy. Przechodząc z wiaduktu obok stacji widziałem w ogródku, na Węglowej, stanowisko, ze skierowanym do góry, ciężkimi karabinem maszynowym. Pierwsze bliskie spotkanie z wojną. Przenikliwy świst i wybuch w niedalekiej odległości. Ziemia poruszyła się pod nogami. Lecą wyklejone niedawno szyby. Następny świst i wybuch i jeszcze jeden i znowu. Straciłem rachubę. Zrobiło się ciemno od dymu i pyłu. Zobaczyłem jak mama i ciotki biegną z dziećmi do piwnicy pod naszym domem przy Zimnej. Na końcu kroczy Alina. Nad głową trzyma, zdjęty ze ściany, obraz Matki Bożej Częstochowskiej. Nasza piwnica została zakwalifikowana, jako schron przeciwlotniczy.
Pan Grzelak, w swym piekarniczym fartuchu, złapał mnie za marynarkę.  – Nie stój tak na środku, bo ci coś spadnie na głowę i nie zobaczysz jak się ta wojna skończyła! – Stajemy pod murem spichrza. Drugi piekarz, pan Garnuszewski, weteran japońskiej wojny, w szoku. Biega z jednego krańca podwórka na drugi. Poderwany bliskim wybuchem, pędzi w drugą stronę. Wreszcie, ułożył się pod sążniem drewna i stara się budować nad sobą schron, ze ściąganych i opieranych pod kątem szczap. Wybuchy ustały. Od ulicy Chłodnej walą kłęby dymu żrącego w oczy. To pali się wytwórnia papy. Ktoś otwiera furtkę bramy z Milej i wola – Chodźcie ratować! – Biegniemy z panem Grzelakiem. Ulica przysypana gruzem. W miejscu drewnianego domu, Matuszewskich, Miła 23, sterta poplątanych desek, belek i gruzu. Z pod nich wydobywa się wołanie: Ratujcie! i jęk. Już tu pracuje grupa mężczyzn. Pędzimy na drugą stronę ulicy, piętrowy murowany dom, przecięty na pół. Jednej połowy brakuje, zniknęła. Druga wisi przechylona, nad głębokim lejem po bombie. Nic nie słychać. Nikogo niema. Kto był w tej części, pokazuje jakiś człowiek na lej, to już w niebie. Wracamy do drewniaka. Jest coraz więcej ludzi rozbieramy ostrożnie gruz, wyciągamy deski i resztki dachu. Docieramy do rannego. To młody Matuszewski. Nogi ma przygniecione belką. Trzeba więcej ludzi. Dajcie belkę, podważymy – wola pan Grzelak. Chłopak przytomny, uśmiecha się. Podłożono mu, pod głowę, znaleziona poduszkę – Uważajcie na spodnie, to są moje świąteczne. Szukajcie ojca! – Nie mogę tego słuchać ani patrzyć. Jego ojciec leży już przykryty prześcieradłem a jego nogi zmiażdżone.
        Wracam do domu. Piwnica jeszcze pełna ludzi. Kończą, prowadzoną przez mamę modlitwę, Różaniec. Jest ojciec. Wyjechał rano, na moim rowerze do RKU, dowiedzieć się, co jest z jego powołaniem. Nic się konkretnego nie dowiedział. Ma ewentualnie szukać na własną rękę pułku w okolicy Sochaczewa. Znajomy ojca ma willę w lesie, w Michelinie, gdzie mieszka z rodziną i niewielki domek letniskowy. Ojciec już zdążył załatwić dzierżawę na czas nieograniczony, tego domku. Mamy się tam niezwłocznie przenieść.
Niemcy postanowili zbombardować dworzec, tak celnie jak przed godziną, że bomby będą leciały na naszą ulice. Niema tu, co czekać. Zbieramy to, co najpotrzebniejsze. Ładujemy wszystko do naszego furgonu od rozwożenia pieczywa.  Furgon jest masywny. Skrzynia mocna, z blachy na stalowej konstrukcji i koła samochodowe na łożyskach kulkowych. Dookoła dachu skrzyni, metalowa barierka, żeby kosze z pieczywem się nie zsuwały. Teraz, na złożonych kocach, cała rodzina ma wygodne miejsca siedzące, tylko nogi dyndają z boku skrzyni. Na koźle miejsce dla czterech osób. Pan Krzemiński, furman, z żoną i córeczką, też jadą razem z nami. Swój dobytek zapakowali w spory tobół. Dobrze, że przypomniałem o worku owsa, wiadrze i korycie dla kasztana, które wraz z jego przyborami toaletowymi, umocowaliśmy z tyłu furgonu.
Dziadek Wojciech i ciocia Jadzia, nie chcą słuchać o wyjeździe. Zostają, niech będzie, co Bóg da. Ojciec objaśnił nam adres, jedzie jeszcze po kolegę z wojska, z którym mają razem wyruszać na tą wojnę. Jeszcze się nie żegna, bo wpadną po drodze. Mój rower został „zmobilizowany”. Po wojnie, tata mi kupi motor. – Ruszamy. Ile nas? Na koźle: pan Krzemiński, jego żona z córeczką na kolanach, nasza mama i ja. Na skrzyni: ciocie, Władzia i Hanka otoczone wianuszkiem siedmiorga dzieci. Razem, 14 osób. Ten nasz pojazd w sam raz na takie wycieczki. W razie deszczu młodsi pasażerowie mogą się schronić we wnętrzu skrzyni.
Dojeżdżamy do Falbanki. Tu odchodzi szosa do Brześcia Kujawskiego. Prr! Wola pan Krzemiński. Oddaje mi lejce i wręcza bat, symbol furmana. Nie wolno nim uderzyć kasztana, bo jego kopyta, znalazłyby się pod nosem. Taki „honorny”. Natomiast świst bata, to „pedał gazu”, od lekkiego kłusa, do galopu. Na razie, nim się nie będę posługiwał, żeby biegów nie pomylić. Krzemińscy rozmyślili się, nie pojadą z nami. Pojdą do Brześcia, tam mają rodzinę. – Kasztanowi – instruuje mnie pan Krzemiński - nasyp owsa do znaku w korycie, woda żeby nie była za zimna, postaraj się siana. Dasz sobie radę. – Wysiedli, zarzucił sobie tobół na plecy, żona wzięła na ręce córeczkę Stasię. - Zostajta z Bogiem. – Idźcie z Bogiem. – Zostałem furmanem.
Gospodarze przyjęli nas bardzo serdecznie. Willa państwa Markowskich była niedaleko od szosy, po jej prawej stronie, przy dróżce, prowadzącej w las. Wypełniona do granic możliwości. Nasz domek to weranda, kuchenka i pokoik, bez umeblowania. Na werandzie jest stół i ławki. Przynoszę bagaże. Mama i ciocie, z dziewczynkami, układają na podłodze w pokoiku, legowisko do spania. Wzdłuż ścian, jedenaście osób, będzie spało jak śledzie, z głowami przy ścianie. Przynieśliśmy kosze ze sprzętem stołowym i kuchennym, oraz żywnością. W kuchence można gotować. Ja zajmuje się Kasztanem. Wyprzągłem, rozebrałem. Założyłem uzdę i uwiązałem przy korycie za furgonem. Jeszcze napompowałem Kubel wody ze studni. Postawiłem, zgodnie z instrukcja, żeby się trochę rozgrzała. Od strony szosy dochodził nieustanny stukot kopyt i kół wozów, oraz szmer głosów. Wyszedłem popatrzyć. Od strony Włocławka, w kierunku Kruszyna, ciągnął jeden nieprzerwany, sznur wszelkiego rodzaju pojazdów z ludźmi i dobytkiem, gdzie niegdzie szły przywiązane, lub pędzone krowy. Poboczem, albo trzymając się wozów, szli ludzie. Zobaczyłem idących tak, mojego kolegę Stefana Tusiewicza i jego mamę. Na wozie ulokowali walizki, ale miejsca dla nich już nie było. Szedłem kawałek obok nich. - Z Włocławka na Kowal – mówi mi Stefan - droga zamknięta. Tylko dla Wojska. Pożegnaliśmy się. Do widzenia, po wojnie!  W naszym domku mieliśmy gości. Dotąd ich nie znałem. Państwo Starnowscy z córką, trochę starszą i młodszym ode mnie, synem Tadziem, państwo Bąkowie z córką Alusią. Już zajęta, na miejsce do spania i podłoga w kuchence.
Przyjechał ojciec i jego kolega. Rowery nie miały bagażników, Sporządzili sobie prowizoryczne, z listewek i na nich umocowali płaszcze od deszczu. Żegnamy naszego tatę. Będziemy się modlić o jego powrót. Proszę, żeby mi zostawił jeden rewolwer. Nic z tego, dał go swojemu koledze. Trudno.
        Było pod wieczór. Dała się słyszeć daleka kanonada artyleryjska. W naszą dróżkę leśną wpadła galopem bateria lekkiej artylerii. Zatrzymali się niedaleko. Słychać komendy. Po chwili przybiega dwóch żołnierzy, Każdy ma dwa brezentowe wiadra. – Gdzie macie studnie? Prowadzę do naszej pompy „abisynki”. Pompują szybko jeden po drugim i biegną z powrotem. Złapałem wiadro wody przygotowane dla kasztana i biegnę za nimi. Cztery działa ustawione na polance. Z głębi lasu nadjechał łącznościowiec ze szpulą kabla na drugim koniu Podłączają telefon. Wodę nieśliśmy dalej, gdzie stały jaszcze i konie. Zrobiliśmy jeszcze dwa kursy. Wachmistrz podziękował za pomoc. Do pustego wiadra włożył mi jakieś kilka paczuszek, na szyi powiesił mi dwie nowiutkie maski przeciwgazowe. Ostatni model wojskowy, w zielonych brezentowych torbach. – Masz trochę wojskowej kawy. Maski może wam się przydadzą. Zmykaj do domu i powiedz, niech się wszyscy pochowają do piwnicy.- Przekazałem to polecenie. Powstał popłoch. Niewielka piwnica pod willą pełna. Kasztana przeprowadziłem za nasz domek i uwiązałem do haka wbitego w słup ściany. Obawiałem się, że pociągnąłby gdzieś furgon, gdyby się przestraszył.
W naszej kuchence panowie Starnowski i Bąk otworzyli klapę w podłodze. Piwniczka jest mała, czysta i sucha. Ulokowały się tam kobiety z dziećmi. Została nas trójka. Nasza bateria zaczyna strzelać salwami. Trwało to, krótko. Stukot kopyt galopujących koni, brzęk oporządzenia, to bateria przeleciała obok jak burza. Cisza. Dzieci chcą już wychodzić z piwnicy. Pan Starnowski chwyta się za głowę – Boże teraz Niemcy zaczną strzelać w miejsce gdzie stała bateria a to tak blisko nas. Nie strasz – mówi pan Bąk. Czekamy w napięciu. Minęło może pół godziny. Zapadł zmrok. Zaczęło się. Wybuchy pocisków, szum i terkot, to przeleciały pierwsze nad naszymi sosnami. Znowu huk wybuchów. Domek podskakuje, spadają garnki z szafki. Pan Starnowski skoczył w otwór piwnicy i wisi na stromych, jak drabina schodkach. Dzieci się wystraszyły, któreś płacze. Ciocia Hanka zapaliła latarkę, uspokaja. Panie zaczynają głośną modlitwę. Pan Bąk w bardzo niewygodnej pozycji, dolne pół ciała rozciągnięte na podłodze a górne wisi w piwnicy, wsparte na ramionach przyjaciela.  Wybuchy i nowy, terkotliwy szum.  Położyłem się przy ścianie, na przygotowanej do spania pościeli. Słyszę pełne trwogi rżenie kasztana i walenie kopyt o ziemie. Biegnę za domek, omijam ściętą gałąź z wierzchołka sosny. Kasztan przerażony, staje dęba i opada przednimi kopytami. Już wykopał niewielki dołek. Chce zerwać postronek. Niewiele brakuje a wyrwie hak. Podbiegłem, chwyciłem za uzdę. Podniósł mnie, ale nie wysoko. Stoję znowu na ziemi. Trzymam się mocno lewą ręką uzdy, prawą grzywy. Wołam – hooł! Spokojnie kasztanek! Hooł!  Głaszczę po szyi. Jeszcze wstrząsa się przy każdym wybuchu. Jest coraz bardziej spokojny. Liczę ile było salw od początku. Szum i terkot, całego stada pocisków.  Wybuchów jest, cztery czy więcej. Zlewają się razem. Trudno się doliczyć. Są coraz dalej, gdzieś za szosą. Jak mnie uczył tata, szumu pocisku, który ma cię dopaść, już się nie słyszy.  Wydaje mi się, że pociski przenoszą z pół kilometra.  
        Ktoś dotyka delikatnie mego ramienia. Nie słyszałem kroków. To dziewczyna, córka gospodarzy. – Czy mogę być obok ciebie? – pyta trochę drżącym głosem. - Dlaczego nie siedzisz w piwnicy? – Odpowiadam pytaniem. - Uciekłam, ja się boję zamkniętych pomieszczeń. Tu też się bardzo boję. Widziałam jak uspokoiłeś kasztana. Pozwól mi zostać z wami. Czy ty się nie boisz? Oczywiście, że się boje, tylko nie tego szumu. - Przysunęła się blisko. Drży cała. Objąłem ramieniem. Przytuliła się. – Czy nie jesteś przeziębiona? – Nie, opowiedz, dlaczego się nie boisz. - Wyjaśniam, czuje, że głos mój ma jakąś, nieznaną dotąd barwę. Nie zauważyliśmy końca kanonady. – Hanka, gdzie jesteś? – To moja mama, muszę iść. Tak się skończyło moje pierwsze „bliskie spotkanie” z obcą dziewczyną.
W domku przenosiny pościeli do piwnicy. Panie i dzieci układają się jak sardynki w puszce, od ściany do ściany. Panowie będą trzymali wartę. Ja Zawijam się w swój koc z jaśkiem po głową. Będę spal wygodnie, w pokoiku. Nie mogę zasnąć. Myślę o Hance. Może trzeba było ją pocałować. Ładna dziewczyna „czarnobrewa”, jak w ukraińskiej dumce. Tak przyjemnie pachniały jej włosy. Rano mama budzi. – Wstawaj, zaprzęgaj kasztana. Zjemy śniadanie i wracamy do Włocławka.     
Siedzę na koźle z batem w ręku. Czuję się jak kapitan statku. Obok mama, „armator”, z Mirusiem na kolanach i pan Starnowski. Wierci się rozgląda na wszystkie strony, nasłuchuje. Reszta pasażerów na skrzyni furgonu. Myślę o Hance. Szepnęła, przy pożegnaniu z gospodarzami – przyjedź!
Szosa pusta. Jak okiem sięgnąć, żywej duszy. Gdzie się podzieli ci ludzie, co tu takim sznurem ciągnęli? Dojeżdżamy do Falbanki. Na poboczu szosy, nasi żołnierze, leżą z karabinami gotowymi do strzału. Wyskakuje sierżant. - Stać! Wy, dokąd? Na wycieczkę się wybraliście z tymi dziećmi? – Panie sierżancie, my do domu, do Włocławka, już mamy niedaleko, w nocy strzelała artyleria niemiecka, dzieci się boją. Przejedziemy szybko – prosi mama. Żebyście jechali nie ma mowy. Jechał rowerzysta i posunęli za nim krótką serię. Na razie spokój. Najwyżej, wysiadać. Wszyscy idziecie gęsiego rowem a ty konia batem i galopem. – Żołnierze pomagają zsiadać ze skrzyni. Ruszyli. Na przedzie mama prowadzi Mirusia, dalej ciocia Władzia ze Stasiem na ręku i reszta, jedno za drugim. Widzę, że ten rów to zakrywa dorosłych do pasa. Co będzie jak znowu poślą serię. Zrównałem się z pielgrzymką. Kasztan i furgon pawie zasłaniają wszystkich. – Mówiłem, galopem, do jasnej cholery – woła sierżant. Udaję, że nie słyszę. Udało się, zakrywają nas zabudowania ulicy Kaliskiej
Na Miłej, witają nas dziadek i ciocia Jadzia. Oboje ze łzami w oczach. Dziadek opowiada: W nocy strzelała artyleria. Na dachu od Miłej żołnierze mieli karabin maszynowy. Pocisk rozerwał się nad podwórkiem. Pies stracił kawałek ucha. Przed świtem wszystko ucichło. W piwnicy mamy pełno ludzi. Okna, gdzie powypadały szyby, dziadek pouzupełniał. Wstawił zapasowe, zimowe oszklone ramy. Kasztan się cieszy, że jest w swojej stajni. Zarzuciłem mu świeżego sianka. Wpakowujemy furgon. W piwnicy ludzie poznosili materace krzesła, ławki. Jest mały ołtarzyk z naszą Matką Bożą obok dwie świeczki. To urządziła ciocia Jadzia, pełniąca tu rolę gospodyni. 
        Wywołuje mnie Władek Lewandowski. Dobrze, że jesteś chodź zobaczymy, co się dzieje w mieście, podobno ci z Grzywna rabują sklepy na 3-go Maja, na Wiśle stoją barki z cukrem i mąką. Idziemy. - Zobaczyć możemy – mówię. – Za rabunek to kula w łeb, na miejscu. Jak nie ma władzy, to powinna się utworzyć milicja obywatelska, tak tłumaczył mi ojciec. Nie mądruj, wtrąca się, idący obok nas, człowiek. Przyjdą Niemcy, to rozwalą pierwszych, tych z milicji. Ojciec ci opowiadał o dawnych czasach.      
Na Kilińskiego, przy Sądach, słyszymy, że magazyny monopolowe otwarte. Idziemy zobaczyć, Ludzie przeglądają potłuczone butelki z wódką. Zlewają resztki do kanek i dzbanków. Zrozpaczony alkoholik siedzi nad rynsztokiem i zbiera z kałuży, garnuszkiem do kubełka. Czysty spirytus – mówi – „ustoi się”, przepuszczę przez bibułę, da się wypić. Wracamy, mówię do Władka. Grupka ludzi. Opowiadają, że nad Wisłą ludzie jak mrówki, rozładowują barki. Jakaś kobieta zawiązała sobie na plecach worek cukru. Spadła z wąskiego trapu. Nikt nie ratował. Pod ścianą budynku zobaczyłem dwie bańki blaszane. Spirytus denaturowany. Ktoś zostawił. Pobiegł szukać czystego. Zrabowałem cztery litry denaturatu.
Wielka Brytania i Francja wypowiedziały wojnę Niemcom. Teraz już niedługo! Uderzą z drugiej strony. W Warszawie tłumy manifestują radość, przed ambasadami.
        Nocujemy w piwnicy. Dla gospodarzy znalazło się miejsce. O świcie wpada jedna z sąsiadek. – Ludzie, obce wojsko koło łazienek Chyba Francuzi, bo takie niebieskawe mają mundury. – Idę zobaczyć. Dziunia mnie zatrzymuje: – Nie chodź, mamusia będzie się znowu denerwowała. Nie martw się, będę ostrożny! -Ulica pusta. Skradam się przy ścianie. Przy rogu Kapitulnej, wyglądam ostrożnie. Pod murkiem ogradzającym mały skwerek przed łaźnią, stoi motocykl z przyczepką, na murku lekki karabin maszynowy i dwa karabiny gotowe do strzału a za murkiem trzy szare hełmy. Cofnąłem się. Zauważyli. Słyszę: - Chłopiec, widza cię! Chodź ino tu, nie masz mieć strach!  – Wyszedłem. Oni też wstali za murkiem. – Nie ma tam polskie wojsko? – Nie ma – odpowiadam. Powtarza to po niemiecku swym towarzyszom. – Niech tu przyjdzie, będzie pewniej - żądają. – Chodź k’nam, zobacz niemiecki wojak. – Wszedłem za murek. – Masz polski pieniądz? – Szukam po kieszeniach. Mam 20 – groszówkę. Podałem mu, oglądają wszyscy. Wyjęli z chlebaków blaszane pudelka z potężnymi podwójnymi kromkami chleba i menażki. -  Pożywimy się, niech tam sobie poczekają. –Stwierdza któryś. – Mój rozmówca daje mi 20 fenigów. - Mieniasz się?  Tak. – Wehmacht się nie bójta. Uważajta na takich z trupia główka. – Co ty mu tam opowiadasz? – pyta go towarzysz. – Mówię, że Wehrmacht jest silniejszy od ich wojska – skłamał. Zjedli, ustawili swój karabin maszynowy na przyczepie. Wsiedli i zawrócili w kierunku przejazdu kolejowego.
Wróciłem do naszej piwnicy. Gdzie ty byłeś? Martwiłam się – mówi mama. – Byłem trochę w niewoli niemieckiej, ale mnie wypuścili. Możecie się rozchodzić!  – ogłaszam. - Niemcy zajęli miasto. Uważajcie na takich z trupią główką na czapkach. To najwięksi dranie! – Pomódlmy się jeszcze – zaproponowała ciocia Władzia. – „Pod Twoją obronę …”, zakończyło formalnie moją DRUGĄ RZECZPOSPOLITĄ. Została w naszych sercach. 

Warszawa, styczeń 2012 roku.

Dodaj komentarz